The Project Gutenberg eBook ofBajki

The Project Gutenberg eBook ofBajkiThis ebook is for the use of anyone anywhere in the United States and most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included with this ebook or online atwww.gutenberg.org. If you are not located in the United States, you will have to check the laws of the country where you are located before using this eBook.Title: BajkiAuthor: Adam MickiewiczRelease date: January 7, 2009 [eBook #27729]Language: PolishCredits: Produced by Jimmy O'Regan (Produced from images generouslymade available by CBN Polona http://www.polona.pl)*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK BAJKI ***

This ebook is for the use of anyone anywhere in the United States and most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included with this ebook or online atwww.gutenberg.org. If you are not located in the United States, you will have to check the laws of the country where you are located before using this eBook.

Title: BajkiAuthor: Adam MickiewiczRelease date: January 7, 2009 [eBook #27729]Language: PolishCredits: Produced by Jimmy O'Regan (Produced from images generouslymade available by CBN Polona http://www.polona.pl)

Title: Bajki

Author: Adam Mickiewicz

Author: Adam Mickiewicz

Release date: January 7, 2009 [eBook #27729]

Language: Polish

Credits: Produced by Jimmy O'Regan (Produced from images generouslymade available by CBN Polona http://www.polona.pl)

*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK BAJKI ***

ŻABY i ICH KRÓLE.KRÓL CHORY i LISY.PRZYJACIELE.ZAJĄC i ŻABA.OSIOŁ i PIES.LIS i KOZIOŁ.PCHŁA i RABIN.DZWON i DZWONKI.TCHÓRZ NA WYBÓRACH.ŻONA UPARTA.GOLONO, STRZYŻONO.CHŁOP i ŻMIJA.PIES i WILK.KOZA, KÓZKA i WILK.

Cena 5 kop.

WARSZAWA.Nakładem T. H. Nasierowskiego.

1893.

ДОЗВОЛЕНО ЦЕНЗУРОЮВаршава—2 Декабря 1892 года.

W Drukarni F. Csernák, Krakowskie-Przedmieściuw Warszawie.

Są ludzie dla których rzeźba musi mieć gigantyczne rozmiary, obraz dopiero wtedy jest obrazem, gdy liczy ze sześć łokci długości i ze cztery wysokości, a na miano poezyi zasługuje utwór, który na setki stronic się liczy.

Ludzie tacy, arcydzieło Celliniego uważać będą za jubilerską tylko robotę, obrazeczek Meissoniera uznają za podlejszy od dużego oleodruku, a... bajka będzie dla nich próżną dziecinną igraszką, niegodną imienia poezyi.

Na szczęście, nie wszyscy są takimi znawcami sztuki—i dla tych, którzy piękno odnajdą wszędzie gdzie się ono znajduje, wypuszczamy obecne wydanie „Bajek Adama Mickiewicza.”

Ileż tu prawdziwie oszlifowanychklejnocików w tych na pól żartobliwych bajeczkach! Co za niezmierne panowanie nad językiem i naginanie go do wszystkich, najsubtelniejszych odcieni myśli!

Niektóre z bajek tych są—jak je w tytułach nazwał arcymistrz poezyi tłómaczone. Jestto skromność wielkiego poety. Gdyby nazwać je „naśladowanemi” i to może byłoby niesprawiedliwem. Pomysł wprawdzie jest w nich cudzy, ale cała skrząca dowcipem forma, jest już niezaprzeczenie własnością naszego poety.

Dość jest porównać tylokrotnie dokonywane tłomaczenia bajek Lafontain'a, aby ocenić jak daleko odbiegł Mickiewicz, od wszystkich innych, choćby, względnie biorąc, najlepszych przekładów francuzkiego bajkopisarza.

Podpis: Jan Łuba

Rzeczpospolita żabska wodami i lądemSzerzyła się od wieków, a stalą nierządem.Tam każda obywatelka,Mała, czy wielka,Gdzie chciała, mogła skakać,Karmić się i ikrzyćTen zbytek swobód w końcu zaczynał się przykrzyć.Zauważyły, że sąsiednie państwaUżywają pod królmi rządnego poddaństwa,Że lew panem czworonogów,Orzeł nad ptaki,U pszczół jest królowa ula;A więc w krzyk do Jowisza:„Królu! ojcze Bogów,Dajże i nam króla—króla!”Powolny bóg wszechżabstwu na króla użyczaMałego jako Łokiet Kija Kijowicza.Spadł Kij i pluskiem wszemu obwieścił się błotu.Struchlały żaby na ten majestat łoskotu.Milczą, dzień i noc, ledwie śmiejąc dychać,Nazajutrz jedna drugiej pytają: „Co słychać?Czy niema co od króla?” Aż śmielsze i starszeRuszają przed oblicze stawić się monarsze.Zrazu zdala, w bojaźni, by się nie narazić;Potem, przemógłszy te strachy,Brat za brat z królem biorą się pod pachyI zaczynają na kark mu włazić.„Toż to taki ma być król?... Najjaśniejszy Bela,Nie wiele z niego będziem mieć wesela;Król, co po karku bezkarnie go gładzim,Niechaj nam abdykuje zaraz, niedołęga!Potrzebna nam jest władza, ale władza tęga!”Bóg, gdy ta nowa skargażab, niebo przebija,Zdegradował króla Kija,A zamianował węża królem żabim.Ten pełzacz, pływacz i biegacz,Podsłuchiwacz i dostrzegacz,Wszędzie wziera pod wodę, pod kamienie, pod pnie,Wszędzie szuka nadużyć i karze okropnie.Arystokracja naprzód gryziona jest żabia,Że się nadyma i zbyt się utłuszcza;Gryziony potom chudy lud, że nie zarabiaI że się na dno biedy opuszcza;Gryzione są krzykacze, że wrzeszczą namiętnie,Gryzieni cisi, że śmią siedzieć obojętnie.Tak gryząc je swobodnie, wąż do dziś dnia hula,A rzeczpospolita żab bolesnemi skwierkiDo dziś dnia woła o innego króla,Lecz bóg niechce się więcej mieszać w jej rozterki.

„Na ukaz jego lwiej mości,Dany do nas (z JaskiniewskaZbójskiego, gdzie dla słabościZdrowia ma jego królewskaMość pobyt) do gabinetuMinistrów, my z ich kompletuZamianowani być przy nimNa służbie, wiadomo czynim:Po pierwsze: Z obywatelstwaDrapieżnego, tudzież stanuBydlego, wybrać poselstwaZ tem, iżby wskutek uchwałyPowiatów, one udałySię najjaśniejszemu panuŻyczyć, w najpoddańszy sposób,Cojaknajdłuższego życia.Powtóre: posłów brać z osóbZaszczytnie nam znanych z tycia,Dan: rezydencya letniaJaskiniewsk pierwszego kwietnia,Przyczem, ministra rozkazem,Postanowiono zarazemPosłom z ich towarzyszami,W tej podróży nadzwyczajnej,Kazać jechać z paszportamiZe lwiej kancelaryi tajnej;Zaczem niech się nikt nie waży,Ani w policyjnej straży,Ani nawet z dygnitarzy,Posła ukąsić lub drapnąć,A tem mniej w pół drogi capnąć.”Na ten rozkaz ode dworu,Baraństwo, tudzież stan ośli,Pierwsi sejmikować pośli;Pilnując się onych toru,Wszyscy inni z pól i z borówZgromadzić się mają dzisia;Tylko jedna giełda lisiaWstrzymuje się od wyborów.Zkądże im ta taktyka i co jej powodem?Wydał to jeden stary urzędnik, lis rodem.„Uważam, rzekł, już dawno trop wszelkiego zwierzaPrzed i za Jaskiniewskiem; upewniam was o tem,Że pełno zewsząd śladów ku monarsze zmierza,Ale żadnego nie widać z powrotem.”

Nie masz teraz prawdziwej przyjaźni na świecie;Ostatni znam jej przykład w oszmianskim powiecie.Tam żył Mieszek, kum Leszka i kum Mieszka, Leszek,—Z tych, co to: gdzie ty, tam ja, co moje, to twoje.Mówiono o nich, że gdy znaleźli orzeszek,Ziarnko dzielili na dwoje;Słowem tacy przyjaciele,Jakich i wtenczas liczono nie wiele,Rzekłbyś dwójduch w jednem ciele.O tej swojej przyjaźni raz w cieniu dąbrowyKiedy gadali, łącząc swoje czułe mowyDo kukań zozul i krakań gawronich,—Alić ryknęło raptem coś koło nich.Leszek na dąb; nuż po pniu skakać jak dzięciolek.Mieszek tej sztuki nie umie,Tylko wyciąga z dołu ręce i „Kumie!”Kum już wylazł na wierzchołek.Ledwie Mieszkowi był czas zmróżyć oczy,Zbladnąć, paść na twarz, a już niedźwiedź kroczy,Trafia na czoło, maca, jak trup leży...Wnosi, że to nieboszczyk i że już nie świeży,Więc, mruknąwszy ze wzgardą, odwraca się w knieje.Bo niedźwiedź Litwin mięs nieświeżych nie jeDopieroż Mieszek odżył.—„Było z tobą krucho!Wola kum—szczęście, Mieszku, że cię nie zadrapał!Ale co on tak długo tam nad tobą sapał,Jak gdyby coś miał powiadać na ucho?”„Powiedział mi, rzekł Mieszek, przysłowie niedźwiedzieŻe prawdziwych przyjaciół poznajemy wbiedzic.”

Szarak, co nieraz bywał w kłopotach i trwogach,Nie tracąc serca, póki czuł się rączy,Teraz podupadł na nogach,Poczuł, że się źle z nim skończy;Więc jęknął z głębi serca: „Ach, nie masz pod słońcemLichszego powołania, jak zostać zającem,Co mię w dzień pies, lis, konik, kania,I wrona,Nawet i ona,Jak chce, tak gania!A w noc gdy drzemię, oko się nie zmrużą,Bo lada komar bzyknie przez siatki pajęcze,Wnet drży me serce zajęcze,Tchórząc tchórzliwiej od tchórza.Zbrzydło mi życie, co jest wiecznym niepokojem;Postanowiłem dziś je skończyć samobojem.Żegnaj więc, miedzo, lat mych wiośnianych kolebko!Wy, kochanki młodości, kapusto i rzepko,Pożegnalnemi łzami dozwólcie się skropić.Oznajmuję wszem w obec, że idę się topić!”Tak z płaczem gdy do stawu zwraca skoki słabe,Po drodze stąpił na żabę.Ta mu, jak raca, drgnąwszy z pod nóg szusłaI z góry na łeb w staw plusła.A zając rzekł do siebie: „Niech nikt nie narzeka,Że jest tchórzem bo cały świat na tchórzu stoi!Każdy ma swoją żabę, co przed nim uciekaI swojego zająca, którego się boi!”

„Jeśli chcesz, ośle, by pies kochał ciebie,Kochaj-że ty psa,” słowa są Lokmana.Rozumiał je nasz osioł, boć już nie był źrebię,Ale z nich drwił. Ta lekkość jak była skarana,Opowiem dla was, bydląt potomnych nauki.Ten osioł, nosząc jak zazwyczaj juki,Szedł w ślad za panem, a za nim z tyłu,Mający nad jukami i bydlęciem dozór,Ledwie widny w kłębach pyłu,Biegł pies, wywiesiwszy ozór.Bogdaj takich dozorców! Przez drogi czas wszystekNie tknął się swego podwładnego łytek;Owszem, bawiąc go, to z boku harcuje,To się naprzód wysforuje,Ogonem wciąż dla zachętu Krętu—wętu...Szli tak aż do południa.Pan na skwar narzekał,Siadł pod drzewem i zasnął.Tegoć osieł czekał.Obejrzał i naprzód darń przy drodze siekał,Potem podstrzygać zaczął czubok miedzy;Nakoniec przez rów hopsa!Widzi się w łące,Jakoś mimo wiedzy.Nie znalazł-ci tam przysmaków,Chwastowiska, ni bodziaków,Lecz koniczyny do pasa.„Będziesz się miała zpyszna!Tylko ty, człowiecze,Zmiłuj się, śpij!” Tak westchnął i siecze a siecze.Psu oskoma i pokusa:„Mój osłosiu, od rana jestem naczczo, mdli mię,Ty masz wędzonkę w jukach, aż ztad czuć po dymie,Pozwól, że dam jej całusa!Wiesz jak zrobimy? Ja na łapy stanę dębkiemA ty przyklęknij na jedno kolano.”Nasz egoista, jakby do muru gadano,Siecze, a żuje, milcząc. Aż wreszcie półgębkiemWypchanym koniczyną: „Co się tu wałęsasz?Poszedłbyś psie do nogi! Jak jegomość wstanie,Da ci śniadanie.”Odpowiedzi nie czekałI obuszcząk znowuTak zarwał trawy,Że aż wygryzł w ziemi dołek,Klnąc psa, że mu przeszkadza.Wtem nagło z za rogu,Błysnął ku niemu parą krwawych świecBiorąc go na cel i na tuj.Wtedy do psa: „Bracie, broń! ciu ciu! na tu! ratuj!”A pies: ja nie twój Ratuj, ani twój pan Broniec;Nie wrzeszcz i laki nie tratuj,Czekaj, aż jegomość wstanie,Na waści obronienie i poratowanie."Wtejże chwili wilk osła dorznął.Ot i koniec.

Już był w ogródku, już witał się z gąską,Kiedy skok robiąc, wpadł w beczkę wkopaną,Gdzie wodę zbierano;Ani pomyśleć o wyskoczeniu,Chociaż wody nie było i nawet nie grzązko,Studnia na półczwarta łokcia.Za wysokie progiNa lisie nogi;Zrąb tak gładki, że nigdzie nie wścibić paznogcia.Postaw się teraz w lisa tego położeniu!Inny zwierz pewno załamałby łapyI bił się w chrapy,Wołając gromu ażeby go dobił.Nasz lis takich głupstw nie robił,Wie, że rozpaczać, jest to zło przydawać do zła.Zawsze maca w koło zębem.A patrzy w górę. Jakoż wkrótce ujrzał kozła,Stojącego tuż nad zrębemI patrzącego z ciekawością w studnię.Lis więc spuścił pysk na dno, udając, że pije,Cmoka mocno, głośno chłepceI tak sam do siebie szepce:„Oto mi woda! Takiej nie piłem, jak żyję!Smak lodu, a czysta cudnie!Chce mi się całemu spłókać,Ale mi ją szkoda zbrukać,Szkoda!Bo co też to za woda!”Kozioł, który tam właśnie przyszedł wody szukać:„Ej!—krzyknął z góry—ej ty ryży kudła!Warą od źródła!”I hop w dół. Lis mu na kark, a z karku na rogi,A z rogów na drąg—i w nogi.

Pewien rabin w talmudzie kąpiąc się po uszy,Cierpiał, że go pchła gryzła; w końcu się obruszy,Dalej czatować—złowił. Srodze przyciśniętaKręcąc się, wyciągając główkę i nożęta:„Daruj rabi, mądremu nie godzi się gniewać,O święty synu Lewi, nie chciej krwi przelewać!”„Krew za krew!—wrzasnął rabin—Beliala płodzie!Filistynko na cudzej wy tuczona szkodzie!Mrówki mają śpichlerze, pracowite rojeZnoszą miody i woski, a trucień napoje,Ty się jedna śród ludzi z liwarem uwijasz,Pijaczko, tem szkodliwsza, że cudze wypijasz.”Zakończył i gdy więźnia bez litości dłabi,Pchła, konając, pisnęła: „A czem żyje rabi?”

Dzwonki razu jednego świegotały z wieżyDo dzwona, który w piasku pod kościołem leży:„Widzisz, bracie, choć mniejsi, jak śpiewać umiemy;Cóż tobie po wielkości, gdyś głuchy i niemy?”„O głośni braciszkowie!—dzwon smutny zaszeptał,Dziękujcie plebanowi, że mię w piasek wdeptał.”

Po owej porażce zwierzątWszczął się w ich armii nierząd.Zwołana wojenna rada,Z rady zwada;Każdy każdemu się żali,Każdy przed każdym się chwaliI każdy winę na każdego wali,Tchórzowi tylko wszyscy pokój dali.Obywatel tchórz w rządzie nie zasiadał,Ani wojskowo nawet nie służył,Więc w politycznem życiu się nie zużył,Ufny w niepokalaną swą przeszłość, tak gada„Obywatele! czas jest przystąpić do kwestjiCzemu przypiszem klęski tej kampanji?Czy że na wodza brak nam zdolnej bestji?Nie! Ale my ulegli przesądów tyranji!Grzesznym przodków obyczajem,Nie tym buławę oddajem,Których zasługa i talent wyniosą,Ale tylko mamy w cenie:Ci—drapieżne urodzenie,Tamci—rogato znaczenie,A owi—socjalne, tłuste położenie.Otóż dowódzry nasi, przypatrzcie się kto są?Lew, prezes, istny pańskich ideał nałogów;Radca żubr, już dziad, ledwie goni resztą rogów;Niedźwiedź mruk, niech-no stanio przed wojskiem, co powie?Z lamparta byłoby coś, ale mu pstro wglowie;Że pułkownik wilk sławny, toć tylko z rabunkówI z procesu, co zrobił owemu jagniątku;A o kwatermistrzu lisieLepiej przemilczeć zda mi się,Niźli zazierać do jego rachunków,Sam się nie tai, że skory do wziątku.Pominiemy odyńca, pan ten tylko pragnieSkarbić żołędzie i spoczywać w bagnie.Przywyklejszy doń, niż do marsowego kurzu:Co się zaś tyczy osła, ten był i jest błaznem.”Gdy tchórz tak gadał. Rada wrąc entuzyazmem,Gotowa za krasomówstwoDać mu naczelne wodzostwo,Odezwała się nagle w jeden głos: „Żyj tchórzu!”On, stropion krzykiem tym pośród perory,Zmieszał się, owszem, dał czuć najwyraźniej,Że był w gwałtownej bojaźni.Dopiero rozruch. „Precz z nim! pfe! tchórz! a do nory!”Szczęściem, tuż była. Wśród sarkań i śmiechuWpadł w nią i rył bez oddechu,Aż gdy na sążeń czuł się pod podwórzem,Rzekł do siebie z ironją czystego sumienia:„Ot proszę, co też to jest przesad urodzenia!Obranoby mię wodzem, gdybym nie był tchórzem.”

Teraz tyle samobójstw, że czyhają strażeNad rzeką. Niech-no człowiek się pokaże,Co na afisze nie patrzyI od korzenników bladszy,Niedbale utrzewiczonyI ile urękawiczniony—Myślą, że się chce topić; a więc pełni zgrozy,Ratują go od śmierci, a wiodą do kozy.Taki to jakiś po Sekwany brzeguBiegł przeciw wody. Żandarm zatrzymał go w bieguI urzędownie pyta o powodyTego biegu przeciw wody.„Nieszczęście!—woła biedak—pomocy ratunku!Żona mi utonęła, żona iż tak rzekę,Wpadła mi w rzekę”.A na to żandarm mu rzecze:„O, praw hydrauliki nieświadom człowiecze!Szukasz utopionego ciała w złym kierunku,Ono z góry w dół płynie wedle praw przyrodyA ty za żoną biegniesz przeciw wody?”„Boć to ciało—rzekł szukacz—było w życiu dziwne,Zawżdy wszystkiemu przeciwne,I domyślać się mam pewne powody,Że popłynęło z rzeką przeciw wody.”

U nas, kto jest niby chory,Zwołuje zaraz doktory,Lecz czując się bardzo słaby,Prosi chłopa albo baby.Ci ze swego aptekarstwa,Potrafiają i podagrze,I chiragrze i głuchotom,I suchotom i głupotomRadzić—a u nich wszakżeNiemasz na upór lekarstwa.Mieszkał Mazur blizko Zgierza,Któremu zginęła suka,Straż domostwa i spichlerza.Gdy jej z żalem i kłopotemW okolicy całej szuka,Wróciła się w tydzień potem.Ledwie poznał, że to ona,Bo była wpół-ogolona.„O zbóje! żeby ją skryli,Używając takich figli,Że biedaczkę wygolili!”„Powiedz raczej, że ostrzygli,Robi mu uwagę żona,Bo psów nie golą lecz strzygą.”„A no patrzcież-bo mi go,Ozwie się Mazur z przekąsem,Jaka ty mi dyć uczona!Mając gołe jak pięść lice,Chcesz nauczyć nas pod wąsem,Co jest brzytwa, co nożyce?A nasz pan, co mu łysinaPrześwieca się jak ta psina,Myślisz, że jest postrzyżona?”„A wąsiki ekonoma,Odpowiada zaraz żona,Co mu wiszą jak u sosny,A błyszczą jak namaszczone,Sąż golone, czy strzyżono?”„Bierz ci licho twego panaI pana i ekonoma,Dobrze, że jest suka doma,Choć tak szpetnie ogolona.”„Toć i jam się ucieszyła.Odpowiada zaraz żona.Że się suka powróciła,Choć tak szpetnie ostrzyżona.”Głupiaś z twemi nożycami!”„I ty z twojemi brzytwami!...”„Że golona, przypatrz-że się!”„Że strzyżona, pokaże się.”Tak się kłócą mąż i żona;Miasto Zgierz całe się zbiega,A krzyk wkoło się rozlega.Ogolona! ostrzyżona!Idzie sąsiad: „Niechaj przyjdzie,Niech się wpatrzy i przekona.”Idzie żyd: „Powiedz-no, żydzie,Czy golona? Czy strzyżona?”Od żyda aż do plebana.Od plebana, aż do pana,Sprawa zapieczętowana;Co sąsiad i żyd dowodził,Na to się ksiądz i pan zgodził,Że wygrała męzka strona,Że suka jest ogolona.Wracają do domu strony,Po drodze chłop pyta żony,Czy wyroku treść pamięta?Ona milczy jak zaklęta.U progu suka ich wita.„Pójdź tu, moja ogolona!”Wola mąż. A kobieta:„Pójdź tu moja ostrzyżona!”Mazur wściekły już nie gadał,Ani żonie odpowiadał;Tylko wziąwszy pod rękawki,Wlecze ją wprost do sadzawkiI topi jak kadź ogórków.Ona nienawykła nurków,Już się zachłysnęła nieraz;On, trzymając za ramiona,Gnębi, krzycząc: „A no teraz:Czy golona? czy strzyżona?”Biedaczka ze śmiercią w walce,Czując skonu paraliże,I na odpowiedź palcami,Jakby dwiema nożycami,Mężowi pod nosem strzyże.Na ten widok uciekł z wodyOna poszła do gospody;On się puścił aż do ZgierzaI tam przystał za żołnierza.

z Lafontaina

W pamiętnikach bestyo-graficznych EzopaJest wzmianka o uczynku miłosiernym chłopaI o pewnego węża postępku łajdackim.Chłop wyszedł zimnym runkiem po chróśniak do sadu,Aż tu pod bramą wąż mu do nóg plackiem.Przeziębły, wpółskostniały, przysypany szrónem,Już zdychał, już ostatni raz kiwnął ogonem.Chłop zlitował się nad tą mizeryą gadu,Wziął go za ogon, niesie nazad w chatę,Kładzie go na przypiecku,Podściela mu kożuszek, jak własnemu dziecku.(Nie wiedząc, jaką weźmie od gościa zapłątę;)Póty dmucha, póty chucha,Aż w nieboszczyku dobudził się ducha.Nieboszczyk wąż jak ożył, tak się wnet nasrożył,Rozkręcił się, do góry wyprężył się, syknąłI calym sobą w chłopa się wycela,W swojego dobrodzieja, w swego zbawicielaI wskrzesiciela!„A to co się ma znaczyć?—zdziwiony chłop krzyknął;To ty w nagrodę dobrego czynuJeszcze chcesz mnie ukosić? A! ty żmiji-synu!”I wnet porwawszy dubasa,Tnie węża raz pod ucho, drugi raz w pół pasa.Odleciał ogon w jeden, a pysk w drugi kątek;Rozpadło się żmijsko na troje żmijątek.Donno drgająI biegają,Ogon za szyją, za ogonem szyja,Już nie zmartwychwstanie żmija.Przytrafia się to często, ic dobry człek jakiNiewdzięcznika przygarnie;Ale trafia się częściej, że niewdzięcznik takiPrzepada marnie.

Jeden bardzo mizerny wilk, skóra a kości,Myszkując po zamrozkach, kiedy w łapy dmucha,Zdybie przypadkiem Brysia jegomości,Bernardyńskiego karku, sędziowskiego brzucha;Sierć na nim błyszczy, gdyby szmelcowana,Podgardle tłuste, zwisło do kolana.„A witaj, panie kumie! Witaj panie Brychu!Już od lat kopy o was ni widu, ni slychu,Wtedyś był mały kondlik, ale kto nie z postem,Prędko zmienia figurę. Jakże służy zdrowie?”„Niczego”—Brysio odpowieI za grzeczność kiwnął chwostom.„Oj! oj!... niczego! Widać ze wzrostu i tuszy!Co to za łeb, mój Boże! choć walić obuchem!A kark jaki! a brzuch jaki!Brzuch! niech mnie porwą sobaki,Jeżeli, uczciwszy uszy,Wieprza widziałem kiedy z takim brzuchom!”„Żartuj zdrów, kumie wilku; lecz mówiąc licz żartu.Jeśli chcesz, możesz sobie równie wypchać boki.”„A to jak, kiedyś łaskaw?”—Ot tak bez odwłokiBory i nory oddawszy czartuI łajdackich po polu wyrzekłszy się świstań,Idź między ludzi i na służbę przystań!”„Lecz w tej służbie co robić?”—wilk znowu zapyta.„Co robić?—Dziecko jesteś! Służba wyśmienita:Ot jedno z drugiem nic a nic!Dziedzińca pilnować granic,Przybycie gości szczekaniem głosić,Na dziada warknąć, żyda potarmosić,Panom pochlebiać ukłonom,Sługom wachlować ogonem,A za toż, bracie, niczego nie braknie:Od panów, paniątek, dziewek,Okruszyn kostek, polewek.Słowom, czego dusza łaknie,”Pies mówił, a wilk słuchał uchem, gębą, nosem,Nie stracił słówka; połknął dyskurs całyI nad smacznej przyszłości medytując losem,Już obiecane wietrzył specyały.Wtem patrzy.—„A to co?”—„Gdzie?”—Ot, tu, na karku?”„Ech, błazeństwo!”—„Cóż przecie”—„Oto widzisz troszkęPrzyczesano, bo na noc kładą mi obrożkę,Ażebym lepiej pilnował folwarku!”„Czy tak? pięknąś wiadomość schował na ostatku!”„I cóż, wilku, nie idziesz?”—„Co nie, to nie, bratku!Lepszy w wolności kąsek ladajaki,Niźli w niewoli przysmaki.”Rzekł i drapnąwszy co miał skoku w łapie,Aż dotąd drapie.

Sąsiadka koza, ta, co to rozwódka,Z rodu Ostrorożanka, a tak rzezka czołem,Że umie łeb za łeb rozmówić się z wołemI nie da lada wilku brać się do podbródka,Wczoraj w las idąc zbierać na domu potrzebęRokitę, czy lipią skórkę,Na gospodarstwie zostawiła córkę,Której jest na imię Bebe.A że młodym osobom, pod niebytność matki,Rozliczne grożą przypadki,Nakazuje dziecku srogo:—Nie ruszać mi za próg nogąI nieprzyjmować nikogo—nikogo!Jest tu wilk w okolicy; mam go w podejrzeniu,Że zamyśla o czem brzydkiem;Pilnujże drzwi, aż wrócę i dam znak kopytkiem,Wołając cię po imieniu:Bebe! Lepiej, że zgrzeszym ostrożności zbytkiem,Niż gdyby miało kiedy być przysłowiom trzodzie:Mądra koza po szkodzie.O wilku mówiono w izbieA wilk tuż sicdział na przyzbie,Podsłuchał. Matka z domu, a on wnet do córkStuk i puk we drzwi komórki.Wilk zwykle wyciem łaje albo grozi,Lecz gdy prosić ma potrzebę,Nieźłe udaje śpiew kozi;Więc jako mógł najkoziej odezwał się „BebeOtwórz!” A kózka na to: „Przepraszam nie możnaMamy niemasz, jestem sama”.On znowu: „Bebe, otwórz, to ja, mama”Na to znów kózka ostrożna:„Głos wprawdzie matczyn; ale czyś ty matka,Jak mogę wiedzieć gdy zamknięta klatka?Podejdźże tu i przez to pod progiem korytkoPokaż mi na znak kopytko.”Wilk odszedł, klnąc Bebe i mać jej brzydkoTa bajka jest po całym świecie znana z treściLecz żeby ja, dać poznać płci niewieściej,Udawajmy, że wzięta z francuzkiej powieści.


Back to IndexNext