„O dziwy! zgroza!—wołają janczaryI mędrce w prawie ćwiczeni.Tę Nazaretkę, za okropne czary,Zakopiem w stosie kamieni.„Owóż to Hassan, ów renegat basza,Sroższy nad lwa i tygrysa,Co go nie tknęła żadna dziewa naszaNi Dżurdżystanu hurysa;„On, gdy hanowi na srebrny półmisekRzucił łeb księcia Iflaku,Wdzięczny mu Hagan dziesięć odalisekZ własnego przysłał orszaku.„Wszystkiemi wzgardził! Teraz go zabijaPostać lękliwej gazeli;Jako motyla lada modra żmijaPromieniem oczu zastrzeli.Niechże tę żmiję bej na pastwę czerniZ warownej straży przywiedzie!Już od godziny zebrali się wierniI każdy z miasta już jedzie...”Przyjechał kady, zbierają kamienie;Czekają—próżna nadzieja!Bej nie przychodzi, odbite więzienie:Ani dziewicy, ni beja!...
„O dziwy! zgroza!—wołają janczaryI mędrce w prawie ćwiczeni.Tę Nazaretkę, za okropne czary,Zakopiem w stosie kamieni.
„Owóż to Hassan, ów renegat basza,Sroższy nad lwa i tygrysa,Co go nie tknęła żadna dziewa naszaNi Dżurdżystanu hurysa;
„On, gdy hanowi na srebrny półmisekRzucił łeb księcia Iflaku,Wdzięczny mu Hagan dziesięć odalisekZ własnego przysłał orszaku.
„Wszystkiemi wzgardził! Teraz go zabijaPostać lękliwej gazeli;Jako motyla lada modra żmijaPromieniem oczu zastrzeli.
Niechże tę żmiję bej na pastwę czerniZ warownej straży przywiedzie!Już od godziny zebrali się wierniI każdy z miasta już jedzie...”
Przyjechał kady, zbierają kamienie;Czekają—próżna nadzieja!Bej nie przychodzi, odbite więzienie:Ani dziewicy, ni beja!...
1824.
1824.
Z ogrodowej altany wojewoda zdyszanyBieży w zamek z wściekłością i trwogą.Odchyliwszy zasłony, spojrzał w łoże swej żony,Pojrzał, zadrżał, nie znalazł nikogo.Wzrok opuścił ku ziemi i rękami drżącemiSiwe wąsy pokręca i duma.Wzrok od łoża odwrócił, wtył wyloty zarzuciłI zawołał kozaka Nauma.„Hej, kozaku, ty chamie! czemu w sadzie przy bramieNiema nocą ni psa, ni pachołka?...Weź mi torbę borsuczą i janczarkę hajduczą,I mą strzelbę gwintówkę zdejm z kołka.”Wzięli bronie, wypadli, do ogrodu się wkradli,Kędy szpaler altanę obrasta.Na darniowem siedzeniu coś bieleje się w cieniu:To siedziała w bieliźnie niewiasta.Jedną ręką swe oczy kryła w puklach warkoczyI pierś kryła pod rąbek bielizny;Drugą ręką od łona odpychała ramionaKlęczącego u kolan mężczyzny.Ten, ściskając kolana, mówił do niej: „Kochana!Więc już wszystko, jam wszystko utracił?Nawet twoje westchnienia, nawet ręki ściśnieniaWojewoda już zgóry zapłacił?„Ja, choć z takim zapałem tyle lat cię kochałem,Będę kochał i jęczał daleki;On nie kochał, nie jęczał, tylko trzosem zabrzęczał,Tyś mu wszystko przedała na wieki!„Co wieczora on będzie, tonąc w puchy łabędzie,Stary łeb na twem łonie kołysał,I z twych ustek różanych, i z twych liców rumianychMnie wzbronione słodycze wysysał!„Ja na wiernym koniku, przy księżyca promyku,Biegę tutaj, przez chłody i słoty,Bym cię witał westchnieniem i pożegnał życzeniemDobrej nocy i długiej pieszczoty!...”Ona jeszcze nie słucha; on jej szepce do uchaNowe skargi, czy nowe zaklęcia;Aż wzruszona, zemdlona, opuściła ramionaI schyliła się w jego objęcia.Wojewoda z kozakiem przyklęknęli za krzakiemI dobyli zza pasa naboje;I odcięli zębami, i przybili sztęflamiProchu garść i grankulek we dwoje.„Panie! kozak powiada, jakiś bies mię napada,Ja nie mogę zastrzelić tej dziewki;Gdym półkurcze odwodził, zimny dreszcz mię przechodziłI stoczyła się łza do panewki.”„Ciszej, plemię hajducze, ja cię płakać nauczę!Masz tu z prochem leszczyńskim sakiewkę;Podsyp zapał, a żywo zczyść paznogciem krzesiwo,Potem palnij w twój łeb, lub w tę dziewkę.„Wyżej, wprawo, pomału, czekaj mego wystrzału:Pierwiej musi w łeb dostać pan młody.”Kozak odwiódł, wycelił, nie czekając wystrzeliłI ugodził w sam łeb—wojewody.
Z ogrodowej altany wojewoda zdyszanyBieży w zamek z wściekłością i trwogą.Odchyliwszy zasłony, spojrzał w łoże swej żony,Pojrzał, zadrżał, nie znalazł nikogo.
Wzrok opuścił ku ziemi i rękami drżącemiSiwe wąsy pokręca i duma.Wzrok od łoża odwrócił, wtył wyloty zarzuciłI zawołał kozaka Nauma.
„Hej, kozaku, ty chamie! czemu w sadzie przy bramieNiema nocą ni psa, ni pachołka?...Weź mi torbę borsuczą i janczarkę hajduczą,I mą strzelbę gwintówkę zdejm z kołka.”
Wzięli bronie, wypadli, do ogrodu się wkradli,Kędy szpaler altanę obrasta.Na darniowem siedzeniu coś bieleje się w cieniu:To siedziała w bieliźnie niewiasta.
Jedną ręką swe oczy kryła w puklach warkoczyI pierś kryła pod rąbek bielizny;Drugą ręką od łona odpychała ramionaKlęczącego u kolan mężczyzny.
Ten, ściskając kolana, mówił do niej: „Kochana!Więc już wszystko, jam wszystko utracił?Nawet twoje westchnienia, nawet ręki ściśnieniaWojewoda już zgóry zapłacił?
„Ja, choć z takim zapałem tyle lat cię kochałem,Będę kochał i jęczał daleki;On nie kochał, nie jęczał, tylko trzosem zabrzęczał,Tyś mu wszystko przedała na wieki!
„Co wieczora on będzie, tonąc w puchy łabędzie,Stary łeb na twem łonie kołysał,I z twych ustek różanych, i z twych liców rumianychMnie wzbronione słodycze wysysał!
„Ja na wiernym koniku, przy księżyca promyku,Biegę tutaj, przez chłody i słoty,Bym cię witał westchnieniem i pożegnał życzeniemDobrej nocy i długiej pieszczoty!...”
Ona jeszcze nie słucha; on jej szepce do uchaNowe skargi, czy nowe zaklęcia;Aż wzruszona, zemdlona, opuściła ramionaI schyliła się w jego objęcia.
Wojewoda z kozakiem przyklęknęli za krzakiemI dobyli zza pasa naboje;I odcięli zębami, i przybili sztęflamiProchu garść i grankulek we dwoje.
„Panie! kozak powiada, jakiś bies mię napada,Ja nie mogę zastrzelić tej dziewki;Gdym półkurcze odwodził, zimny dreszcz mię przechodziłI stoczyła się łza do panewki.”
„Ciszej, plemię hajducze, ja cię płakać nauczę!Masz tu z prochem leszczyńskim sakiewkę;Podsyp zapał, a żywo zczyść paznogciem krzesiwo,Potem palnij w twój łeb, lub w tę dziewkę.
„Wyżej, wprawo, pomału, czekaj mego wystrzału:Pierwiej musi w łeb dostać pan młody.”Kozak odwiódł, wycelił, nie czekając wystrzeliłI ugodził w sam łeb—wojewody.
Około 1820.
Około 1820.
Stary Budrys trzech synów, tęgich jak sam Litwinów,Na dziedziniec przyzywa i rzecze:„Wyprowadźcie rumaki i narządźcie kulbaki,A wyostrzcie i groty i miecze.„Bo mówiono mi w Wilnie, że otrąbią niemylnieTrzy wyprawy na świata trzy strony:Olgierd ruskie posady, Skirgiełł Lachy sąsiady,Książe Kiejstut napadnie Teutony.„Wyście krzepcy i zdrowi, jedźcie służyć krajowi,Niech litewskie prowadzą was bogi!Tego roku nie jadę, lecz jadącym dam radę:Trzej jesteście i macie trzy drogi.„Jeden z waszych biedz musi za Olgierdem ku Rusi,Po nad Ilmen, pod mur Nowogrodu;Tam sobole ogony i srebrzyste zasłonyI u kupców tam dziengi jak lodu.„Niech zaciągnie się drugi w księcia Kiejstuta cugi,Niechaj tępi Krzyżaki psubraty;Tam bursztynu jak piasku, sukna cudnego blaskuI kapłańskie w brylantach ornaty.„Za Skirgiełłem niech trzeci po za Niemen przeleci;Nędzne znajdzie tam sprzęty domowe,Ale za to wybierze dobre szable, puklerzeI mnie ztamtąd przywiezie synowę:„Bo nad wszystkich ziem branki milsze Laszki kochanki,Wesolutkie jak młode koteczki,—Lice bielsze od mleka, z czarną rzęsą powieka,Oczy błyszczą się jak dwie gwiazdeczki.[6]„Ztamtąd ja przed pół wiekiem, gdym był młodym człowiekiem,Laszkę sobie przywiozłem za żonę,—A choć ona już w grobie, jeszcze dotąd ją sobiePrzypominam, gdy spojrzę w tę stronę.”Taką dawszy przestrogę, błogosławił na drogę.Oni wsiedli, broń wzięli, pobiegli.Idzie jesień i zima, synów niema i niema;Budrys myślał, że w boju polegli.Po śnieżystej zamieci do wsi zbrojny mąż leci,A pod burką wielkiego coś chowa.„Ej, to kubeł, w tym kuble nowogrodzkie są ruble!”—„Nie, mój ojcze, to Laszka synowa!”Po śnieżystej zamieci do wsi zbrojny mąż leci,A pod burką wielkiego coś chowa.„Pewnie z Niemiec, mój synu, wieziesz kubeł bursztynu?”—„Nie, mój ojcze, to Laszka synowa.”Po śnieżystej zamieci, do wsi jedzie mąż trzeci;Burka pełna, zdobyczy tam wiele,Lecz, nim zdobycz pokazał, stary Budrys już kazałProsić gości na trzecie wesele.
Stary Budrys trzech synów, tęgich jak sam Litwinów,Na dziedziniec przyzywa i rzecze:„Wyprowadźcie rumaki i narządźcie kulbaki,A wyostrzcie i groty i miecze.
„Bo mówiono mi w Wilnie, że otrąbią niemylnieTrzy wyprawy na świata trzy strony:Olgierd ruskie posady, Skirgiełł Lachy sąsiady,Książe Kiejstut napadnie Teutony.
„Wyście krzepcy i zdrowi, jedźcie służyć krajowi,Niech litewskie prowadzą was bogi!Tego roku nie jadę, lecz jadącym dam radę:Trzej jesteście i macie trzy drogi.
„Jeden z waszych biedz musi za Olgierdem ku Rusi,Po nad Ilmen, pod mur Nowogrodu;Tam sobole ogony i srebrzyste zasłonyI u kupców tam dziengi jak lodu.
„Niech zaciągnie się drugi w księcia Kiejstuta cugi,Niechaj tępi Krzyżaki psubraty;Tam bursztynu jak piasku, sukna cudnego blaskuI kapłańskie w brylantach ornaty.
„Za Skirgiełłem niech trzeci po za Niemen przeleci;Nędzne znajdzie tam sprzęty domowe,Ale za to wybierze dobre szable, puklerzeI mnie ztamtąd przywiezie synowę:
„Bo nad wszystkich ziem branki milsze Laszki kochanki,Wesolutkie jak młode koteczki,—Lice bielsze od mleka, z czarną rzęsą powieka,Oczy błyszczą się jak dwie gwiazdeczki.[6]
„Ztamtąd ja przed pół wiekiem, gdym był młodym człowiekiem,Laszkę sobie przywiozłem za żonę,—A choć ona już w grobie, jeszcze dotąd ją sobiePrzypominam, gdy spojrzę w tę stronę.”
Taką dawszy przestrogę, błogosławił na drogę.Oni wsiedli, broń wzięli, pobiegli.Idzie jesień i zima, synów niema i niema;Budrys myślał, że w boju polegli.
Po śnieżystej zamieci do wsi zbrojny mąż leci,A pod burką wielkiego coś chowa.„Ej, to kubeł, w tym kuble nowogrodzkie są ruble!”—„Nie, mój ojcze, to Laszka synowa!”
Po śnieżystej zamieci do wsi zbrojny mąż leci,A pod burką wielkiego coś chowa.„Pewnie z Niemiec, mój synu, wieziesz kubeł bursztynu?”—„Nie, mój ojcze, to Laszka synowa.”
Po śnieżystej zamieci, do wsi jedzie mąż trzeci;Burka pełna, zdobyczy tam wiele,Lecz, nim zdobycz pokazał, stary Budrys już kazałProsić gości na trzecie wesele.
Około 1828.
Około 1828.
PRZYPISY:[1]Ponieważ czas napisania balad i romansów w niektórych jedynie szczegółach jest niewątpliwy, umieszczamy je więc, aż do „Dudarza” włącznie, w takim porządku, w jakim podał je sam poeta w r. 1822.[2]Za te bluźnierstwa znajdzie czytelnik ukaranie w następnych baladach (P. poety).[3]Nazwisko jeziora (P. p.).[4]W pierwszem wydaniu, z r. 1882, znajduje się dopisek: „Dalsze balady o Tukaju w następnych tomikach.” Ale Mickiewicz nigdy dalszego ciągu nie napisał. Tukaja dokończył A. E. Odyniec.[5]Te tryolety wyjęte są z poezyj Tomasza Zana (P. p.)[6]W Albumie Piotra Moszyńskiego znajduje się też i baladaTrzech Budrysów. Oprócz kilku drobnych odmian, czytamy tam następną, w wielu wydaniach opuszczoną strofę:„Piersi twarde jak gruszki, a tak małe ich nóżki,Że za trzewik dziewczynie swawolnejCzęsto służy kwiat pewny, zwany trepkiem królewny,Kwiat nie większy od lilii polnej.”
[1]Ponieważ czas napisania balad i romansów w niektórych jedynie szczegółach jest niewątpliwy, umieszczamy je więc, aż do „Dudarza” włącznie, w takim porządku, w jakim podał je sam poeta w r. 1822.
[1]Ponieważ czas napisania balad i romansów w niektórych jedynie szczegółach jest niewątpliwy, umieszczamy je więc, aż do „Dudarza” włącznie, w takim porządku, w jakim podał je sam poeta w r. 1822.
[2]Za te bluźnierstwa znajdzie czytelnik ukaranie w następnych baladach (P. poety).
[2]Za te bluźnierstwa znajdzie czytelnik ukaranie w następnych baladach (P. poety).
[3]Nazwisko jeziora (P. p.).
[3]Nazwisko jeziora (P. p.).
[4]W pierwszem wydaniu, z r. 1882, znajduje się dopisek: „Dalsze balady o Tukaju w następnych tomikach.” Ale Mickiewicz nigdy dalszego ciągu nie napisał. Tukaja dokończył A. E. Odyniec.
[4]W pierwszem wydaniu, z r. 1882, znajduje się dopisek: „Dalsze balady o Tukaju w następnych tomikach.” Ale Mickiewicz nigdy dalszego ciągu nie napisał. Tukaja dokończył A. E. Odyniec.
[5]Te tryolety wyjęte są z poezyj Tomasza Zana (P. p.)
[5]Te tryolety wyjęte są z poezyj Tomasza Zana (P. p.)
[6]W Albumie Piotra Moszyńskiego znajduje się też i baladaTrzech Budrysów. Oprócz kilku drobnych odmian, czytamy tam następną, w wielu wydaniach opuszczoną strofę:„Piersi twarde jak gruszki, a tak małe ich nóżki,Że za trzewik dziewczynie swawolnejCzęsto służy kwiat pewny, zwany trepkiem królewny,Kwiat nie większy od lilii polnej.”
[6]W Albumie Piotra Moszyńskiego znajduje się też i baladaTrzech Budrysów. Oprócz kilku drobnych odmian, czytamy tam następną, w wielu wydaniach opuszczoną strofę:
„Piersi twarde jak gruszki, a tak małe ich nóżki,Że za trzewik dziewczynie swawolnejCzęsto służy kwiat pewny, zwany trepkiem królewny,Kwiat nie większy od lilii polnej.”
„Piersi twarde jak gruszki, a tak małe ich nóżki,Że za trzewik dziewczynie swawolnejCzęsto służy kwiat pewny, zwany trepkiem królewny,Kwiat nie większy od lilii polnej.”
UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO.Zachowano oryginalną pisownię i interpunkcję, poza miejscami, które wyglądały na błędy drukarskie. Pełna lista poprawek znajduje się poniżej.stronatekst pierwotnytekst poprawionywyjaśnienie4Zawcześnie, kwiatku, zawcześnie!Dodano wcięcie akapitu.10„Na miejscach, które dziś [...]57—„Kiedy?"—„Dawno, rok minął,47katusze!..katusze!...Dodano kropkę w wielokropku.57bratowie!bratowie!”Dodano cudzysłów zamykający.79śmiarciąśmierciąapoprawiono nae.83,Wyżej,„WyżejPrzecinek poprawiono na cudzysłów.Ponadto tekst rozstrzelony sformatowano jako kursywę.
Zachowano oryginalną pisownię i interpunkcję, poza miejscami, które wyglądały na błędy drukarskie. Pełna lista poprawek znajduje się poniżej.
Ponadto tekst rozstrzelony sformatowano jako kursywę.