The Project Gutenberg eBook ofBalady i romanseThis ebook is for the use of anyone anywhere in the United States and most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included with this ebook or online atwww.gutenberg.org. If you are not located in the United States, you will have to check the laws of the country where you are located before using this eBook.Title: Balady i romanseAuthor: Adam MickiewiczRelease date: February 11, 2009 [eBook #28049]Most recently updated: January 4, 2021Language: PolishCredits: Produced by Ewa Jaros and the Online DistributedProofreading Team at http://dp.rastko.net (this file wascreated from images generously made available by CBN Polona- http://www.polona.pl)*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK BALADY I ROMANSE ***
This ebook is for the use of anyone anywhere in the United States and most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included with this ebook or online atwww.gutenberg.org. If you are not located in the United States, you will have to check the laws of the country where you are located before using this eBook.
Title: Balady i romanseAuthor: Adam MickiewiczRelease date: February 11, 2009 [eBook #28049]Most recently updated: January 4, 2021Language: PolishCredits: Produced by Ewa Jaros and the Online DistributedProofreading Team at http://dp.rastko.net (this file wascreated from images generously made available by CBN Polona- http://www.polona.pl)
Title: Balady i romanse
Author: Adam Mickiewicz
Author: Adam Mickiewicz
Release date: February 11, 2009 [eBook #28049]Most recently updated: January 4, 2021
Language: Polish
Credits: Produced by Ewa Jaros and the Online DistributedProofreading Team at http://dp.rastko.net (this file wascreated from images generously made available by CBN Polona- http://www.polona.pl)
*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK BALADY I ROMANSE ***
Uwagi do wydania elektronicznego.Zachowano oryginalną pisownię i interpunkcję, poza kilkoma przypadkami, które wyglądały na błędy drukarskie.Pełna lista zmian, jak równieżspis treści, znajdują się na końcu książki.
Zachowano oryginalną pisownię i interpunkcję, poza kilkoma przypadkami, które wyglądały na błędy drukarskie.Pełna lista zmian, jak równieżspis treści, znajdują się na końcu książki.
WARSZAWA.NAKŁAD KSIĘGARNI S. BUKOWIECKIEGO100. Marszałkowska 100.
1898.
Drukiem Władysława Szulca, Bednarska 22.
Дозволено Цензурою.Варшава, 29 Iюля 1897 r.
Z niebieskich najrańszą piosnekLedwie zadzwonił skowronek,Najrańszy kwiatek, pierwiosnek,Błysnął ze złotych obsłonek.Ja.Zawcześnie, kwiatku, zawcześnie!Jeszcze północ mrozem dmucha,Z gór białe nie zeszły pleśnie,Dąbrowa jeszcze nie sucha.Przymruż złociste światełka,Ukryj się, pod matki rąbek,Nim cię zgubi szronu ząbek,Lub chłodnej rosy perełka.Kwiatek.Dni nasze jak dni motylka:Życiem wschód, śmiercią południe;Lepsza w kwietniu jedna chwilka.Niż w jesieni całe grudnie.Czy dla bogów szukasz datku,Czy dla druha lub kochanki,Upleć wianek z mego kwiatku,Wianek to będzie nad wianki.Ja.W podłej trawce, w dzikim laskuUrosłeś, o kwiatku luby!Mało wzrostu, mało blasku,Cóż ci daje tyle chluby?Ni to kolory jutrzenki,Ni zawoje tulipana.Ni lilijowe sukienki,Ni róży pierś malowana.Uplatam ciebie do wianka;Lecz zkądże ufności tyle?Przyjaciele i kochankaCzy cię powitają mile?Kwiatek.Powitają przyjacieleMię, wiosny młodej aniołka;Przyjaźń ma blasku niewieleI cień lubi, jak me ziołka.Czym kochanki godzien rączek?Powiedz, niebieska Marylko!Za pierwszy miłości pączekZyskam pierwszą—ach! łzę tylko...
Z niebieskich najrańszą piosnekLedwie zadzwonił skowronek,Najrańszy kwiatek, pierwiosnek,Błysnął ze złotych obsłonek.
Ja.
Zawcześnie, kwiatku, zawcześnie!Jeszcze północ mrozem dmucha,Z gór białe nie zeszły pleśnie,Dąbrowa jeszcze nie sucha.
Przymruż złociste światełka,Ukryj się, pod matki rąbek,Nim cię zgubi szronu ząbek,Lub chłodnej rosy perełka.
Kwiatek.
Dni nasze jak dni motylka:Życiem wschód, śmiercią południe;Lepsza w kwietniu jedna chwilka.Niż w jesieni całe grudnie.
Czy dla bogów szukasz datku,Czy dla druha lub kochanki,Upleć wianek z mego kwiatku,Wianek to będzie nad wianki.
Ja.
W podłej trawce, w dzikim laskuUrosłeś, o kwiatku luby!Mało wzrostu, mało blasku,Cóż ci daje tyle chluby?
Ni to kolory jutrzenki,Ni zawoje tulipana.Ni lilijowe sukienki,Ni róży pierś malowana.
Uplatam ciebie do wianka;Lecz zkądże ufności tyle?Przyjaciele i kochankaCzy cię powitają mile?
Kwiatek.
Powitają przyjacieleMię, wiosny młodej aniołka;Przyjaźń ma blasku niewieleI cień lubi, jak me ziołka.
Czym kochanki godzien rączek?Powiedz, niebieska Marylko!Za pierwszy miłości pączekZyskam pierwszą—ach! łzę tylko...
Me thinks i see...—Where?In my mind's eyes.Shakespeare.Zdaje mi się, że widzę... Gdzie?Przed oczami mojej duszy.
Me thinks i see...—Where?In my mind's eyes.
Me thinks i see...—Where?In my mind's eyes.
Shakespeare.
Zdaje mi się, że widzę... Gdzie?Przed oczami mojej duszy.
Zdaje mi się, że widzę... Gdzie?Przed oczami mojej duszy.
Słuchaj, dzieweczko!—Ona nie słucha.To dzień biały! to miasteczko!Przy tobie niema żywego ducha;Co tam wkoło siebie chwytasz?Kogo wołasz, z kim się witasz?—Ona nie słucha.To jak martwa opokaNie zwróci w stronę oka,To strzela wkoło oczyma,To się łzami zaleje,Coś niby chwyta, coś niby trzyma,Rozpłacze się i zaśmieje.„Tyżeś to w nocy? to ty, Jasieńku!Ach! i po śmierci kocha!Tutaj, tutaj, pomaleńku!Czasem usłyszy macocha?„Niech sobie słyszy—już niema ciebie!Już po twoim pogrzebie!Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!Czego się boję mego Jasieńka?Ach, to on! lica twoje! oczki twoje!Twoja biała sukienka!„I sam ty biały jak chusta,Zimny—jakie zimno dłonie!Tutaj połóż, tu na łonie,—Przyciśnij mnie—do ust usta!„Ach, jak tam zimno musi być w grobie!Umarłeś! tak, dwa lata!Weź mię, ja umrę przy tobie,—Nie lubię świata!„Źle mnie w złych ludzi tłumie,Płaczę, a oni szydzą;Mówię—nikt nie rozumie;Widzę—oni nie widzą.„Śród dnia przyjdź kiedy... To może we śnie?Nie, nie... trzymam ciebie w ręku.Gdzie znikasz, gdzie, mój Jasieńku!Jeszcze wcześnie, jeszcze wcześnie!„Mój Boże! kur się odzywa,Zorza błyska w okienku.Gdzie znikłeś! ach! stój, Jasieńku!Ja nieszczęśliwa!”Tak się dziewczyna z kochankiem pieści,Bieży za nim, krzyczy, pada...Na ten upadek, na głos boleściSkupia się ludzi gromada.„Mówcie pacierze!—krzyczy prostota,Tu jego dusza być musi.Jasio być musi przy swej Karusi—On ją kochał za żywota!”I ja to słyszę, i ja tak wierzę—Płaczę i mówię pacierze.„Słuchaj, dzieweczko!—krzyknie śród zgiełkuStarzec, i na lud zawoła:Ufajcie memu oku i szkiełku—Nic tu nie widzę dokoła.„Duchy karczemnej tworem gawiedzi,W głupstwa wywarzone kuźni;Dziewczyna duby smalone bredzi,A gmin rozumowi bluźni.”„Dziewczyna czuje, odpowiadam skromnie,A gawiedź wierzy głęboko;Czucie i wiara silniej mówi do mnie,Niż mędrca szkiełko i oko.„Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce;Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!Miej serce i patrzaj w serce!”
Słuchaj, dzieweczko!—Ona nie słucha.To dzień biały! to miasteczko!Przy tobie niema żywego ducha;Co tam wkoło siebie chwytasz?Kogo wołasz, z kim się witasz?—Ona nie słucha.
To jak martwa opokaNie zwróci w stronę oka,To strzela wkoło oczyma,To się łzami zaleje,Coś niby chwyta, coś niby trzyma,Rozpłacze się i zaśmieje.
„Tyżeś to w nocy? to ty, Jasieńku!Ach! i po śmierci kocha!Tutaj, tutaj, pomaleńku!Czasem usłyszy macocha?
„Niech sobie słyszy—już niema ciebie!Już po twoim pogrzebie!Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!Czego się boję mego Jasieńka?Ach, to on! lica twoje! oczki twoje!Twoja biała sukienka!
„I sam ty biały jak chusta,Zimny—jakie zimno dłonie!Tutaj połóż, tu na łonie,—Przyciśnij mnie—do ust usta!
„Ach, jak tam zimno musi być w grobie!Umarłeś! tak, dwa lata!Weź mię, ja umrę przy tobie,—Nie lubię świata!
„Źle mnie w złych ludzi tłumie,Płaczę, a oni szydzą;Mówię—nikt nie rozumie;Widzę—oni nie widzą.
„Śród dnia przyjdź kiedy... To może we śnie?Nie, nie... trzymam ciebie w ręku.Gdzie znikasz, gdzie, mój Jasieńku!Jeszcze wcześnie, jeszcze wcześnie!
„Mój Boże! kur się odzywa,Zorza błyska w okienku.Gdzie znikłeś! ach! stój, Jasieńku!Ja nieszczęśliwa!”
Tak się dziewczyna z kochankiem pieści,Bieży za nim, krzyczy, pada...Na ten upadek, na głos boleściSkupia się ludzi gromada.
„Mówcie pacierze!—krzyczy prostota,Tu jego dusza być musi.Jasio być musi przy swej Karusi—On ją kochał za żywota!”
I ja to słyszę, i ja tak wierzę—Płaczę i mówię pacierze.„Słuchaj, dzieweczko!—krzyknie śród zgiełkuStarzec, i na lud zawoła:Ufajcie memu oku i szkiełku—Nic tu nie widzę dokoła.
„Duchy karczemnej tworem gawiedzi,W głupstwa wywarzone kuźni;Dziewczyna duby smalone bredzi,A gmin rozumowi bluźni.”
„Dziewczyna czuje, odpowiadam skromnie,A gawiedź wierzy głęboko;Czucie i wiara silniej mówi do mnie,Niż mędrca szkiełko i oko.
„Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce;Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!Miej serce i patrzaj w serce!”
Ktokolwiek będziesz w nowogrodzkiej stronie,Do Płużyn ciemnego boruWjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,Byś się przypatrzył jezioru.Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,W wielkiego kształcie obwodu,Gęstą po bokach puszczą oczerniona,A gładka jak szyba lodu.Jeżeli nocną przybliżysz się dobąI zwrócisz ku wodom lice—Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,I dwa obaczysz księżyce.Niepewny, czyli szklana z pod twej stopyPod niebo idzie równina,Czyli też niebo swoje szklane stropyAż do nóg twoich ugina,—Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,Dna nie odróżnia od szczytu,Zdajesz się wisieć w środku niebokręga,W jakiejś otchłani błękitu.Tak w noc, pogodna jeśli służy pora,Wzrok się przyjemnie ułudzi,Lecz żeby w nocy jechać do jeziora,Trzeba być najśmielszym z ludzi;Bo jakie szatan wyprawia tam harce!Jakie się larwy szamocą!Drżę cały, kiedy bają o tem starceI strach wspominać przed nocą.Nieraz śród wody gwar, jakoby w mieście,Ogień i dym bucha gęsty,I zgiełk walczących, i wrzaski niewieście,I dzwonów gwałt, i zbrój chrzęsty.Nagle dym spada, hałas się uśmierza,Na brzegach tylko szum jodły,W wodach gadanie cichego pacierzaI dziewic żałosne modły.Co to ma znaczyć? różni różnie plotą,—Cóż, kiedy nie był nikt na dnie;Biegają wieści pomiędzy prostotą,Lecz któż z nich prawdę odgadnie?Pan na Płużynach, którego pradziadyByły Świtezi dziedzice,Zdawna przemyślał i zasięgał rady,Jak te zbadać tajemnice.Kazał przybory w blizkiem robić mieścieI wielkie sypał wydatki;Związano niewód głęboki stóp dwieście,Budują czółna i statki.Ja ostrzegałem, że w tak wielkiem dzieleDobrze, kto z Bogiem poczyna:Dano więc na mszę w niejednym kościeleI ksiądz przyjechał z Cyryna;Stanął na brzegu, ubrał się w ornaty,Przeżegnał, pracę pokropił;Pan daje hasło: odbijają baty,Niewód się z szumem zatopił.Topi się; pławki nadół z sobą spycha,Tak przepaść wody głęboka;Prężą się liny, niewód idzie zcicha—Pewnie nie złowią ni oka.Na brzeg oboje wyjęto już skrzydło,Ciągną ostatek więcierzy.Powiemże, jakie złowiono straszydło?Choć powiem, nikt nie uwierzy.Powiem jednakże. Nie straszydło wcale;Żywa kobieta w niewodzie!Twarz miała jasną, usta jak korale,Włos biały, skąpany w wodzie;Do brzegu dąży, a gdy jedni z trwogiNa miejscu stanęli głazem,Drudzy zwracają ku ucieczce nogi—Łagodnym rzecze wyrazem:„Młodzieńcy, wiecie, że tutaj bezkarnieDotąd nikt statku nie spuści,—Każdego śmiałka jezioro zagarnieDo nieprzebrnionych czeluści„I ty zuchwały i twoja gromadaWrazbyście poszli w głębinie,Lecz ze to kraj był twojego pradziada,Że w tobie nasza krew płynie,„Choć godna kary jest ciekawość pusta,Lecz, żeście z Bogiem poczęli,Bóg wam przez moje opowiada ustaDzieje tej cudnej topieli.„Na miejscach, które dziś piaskiem zaniosło,Gdzie car i trzcina zarasta,Po których teraz wasze biega wiosło,Stał okrąg pięknego miasta.„Świteź—i w sławne orężem ramiona,I w kraśne twarze bogata—Niegdyś od książąt Tuhanów rządzona,Kwitnęła przez długie lata.„Nie ćmił widoku ten ostęp ponury;Przez żyzne wskroś okoliceWidać ztąd było nowogrodzkie mury,Litwy naówczas stolicę.„Raz niespodzianie obległ tam MendogaPotężnem wojskiem car z Rusi;Na całą Litwę wielka padła trwoga,Że Mendog poddać się musi.„Nim ściągnął wojsko z odległej granicy,Do ojca mego napisze:Tuhanie! w tobie obrona stolicy—Śpiesz, zwołaj twe towarzysze!„Skoro przeczytał Tuhan list książęcyI wydał rozkaz do wojny,Stanęło zaraz mężów pięć tysięcy,A każdy konny i zbrojny.„Uderza w trąby, rusza młódź, już w bramieBłyska Tuhana proporzec,Lecz Tuhan stanie, i ręce załamie,I znowu jedzie na dworzec,„I mówi do mnie: „Jaż własnych mieszkańcówDla obcej zgubię odsieczy?Wszak wiesz, że Świteź nie ma innych szańców,Prócz naszych piersi i mieczy.„Jeśli rozdzielę szczupłe wojsko moje—Krewnemu nie dam obrony,A jeśli wszyscy pociągniem na boje—Jak będą córy i żony?”„Ojcze, odpowiem, lękasz się niewcześnie!Idź, kędy sława cię woła!Bóg nas obroni; dziś nad miastem we śnieWidziałam jego anioła.„Okrążył Świteź miecza błyskawicąI nakrył złotemi pióry,I rzekł mi: póki męże zagranicą,Ja bronię żony i córy.”„Usłuchał Tuhan i za wojskiem goni,Lecz gdy noc spadła ponura,Słychać gwar zdała, szczęk i tentent koniI zewsząd straszny wrzask: ura!„Zagrzmią tarany, padły bram ostatki,Zewsząd pocisków grad leci,—Biegną na dworzec starce, nędzne matki,Dziewice i drobne dzieci.„Gwałtu! wołają, zamykajcie bramę!Tuż, tuż za nami Ruś wali!Ach! zgińmy lepiej, zabijmy się same,Śmierć nas od hańby ocali.”„Natychmiast wściekłość bierze miejsce strachu;Miecą bogactwa na stosy,Przynoszą żagwie i płomień do gmachu,I krzyczą strasznemi głosy:„Przeklęty będzie, kto się nie dobije!...”„Broniłam, lecz próżny opór:Klęczą, na progach wyciągają szyje,A drugie przynoszą topór.„Gotowa zbrodnia.—Czyli wezwać hordyI podłe przyjąć kajdany,Czy bezbożnemi wytępić się mordy?„Panie, zawołam, nad Pany!„Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,O śmierć błagamy u Ciebie,—Niechaj nas lepiej twój piorun wystrzela,Lub żywych ziemia pogrzebie!”„Wtem jakaś białość nagle mię otoczy,Dzień zda się spędzać noc ciemną;Spuszczam ku ziemi przerażone oczy,Już ziemi niema podemną!„Takeśmy uszły zhańbienia i rzezi.Widzisz to ziele dokoła?To są małżonki i córki Świtezi,Które Bóg przemienił w zioła.Białawem kwieciem, jak białe motylki.Unoszą się nad topielą;Liść ich zielony, jak jodłowe szpilki,Kiedy je śniegi pobielą.„Za życia cnoty niewinnej obrazy,Jej barwę mają po zgonie;W ukryciu żyją i nie cierpią skazy,Śmiertelne nie tkną ich dłonie.„Doświadczył tego car i ruska zgraja,Gdy, piękne ujrzawszy kwiecie,Ten rwie i szyszak stalowy umaja,Ten wianki na skronie plecie.„Kto tylko ściągnął do głębiny ramię,Tak straszna jest kwiatów władza,Że go natychmiast choroba wyłamieI śmierć gwałtowna ugadza.„Choć czas te dzieje wymazał z pamięci,Pozostał sam odgłos kary—Dotąd w swych baśniach prostota go święciI kwiaty nazywacary.”To mówiąc, pani zwolna się oddala;Topią się statki i sieci,Szum słychać w puszczy, poburzona falaZ łoskotem do brzegu leci;Jezioro do dna pękło nakształt rowu,Lecz próżno za nią wzrok goni:Wpadła i falą nakryła się znowu,I więcej nie słychać o niej.
Ktokolwiek będziesz w nowogrodzkiej stronie,Do Płużyn ciemnego boruWjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,Byś się przypatrzył jezioru.
Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,W wielkiego kształcie obwodu,Gęstą po bokach puszczą oczerniona,A gładka jak szyba lodu.
Jeżeli nocną przybliżysz się dobąI zwrócisz ku wodom lice—Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,I dwa obaczysz księżyce.
Niepewny, czyli szklana z pod twej stopyPod niebo idzie równina,Czyli też niebo swoje szklane stropyAż do nóg twoich ugina,—
Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,Dna nie odróżnia od szczytu,Zdajesz się wisieć w środku niebokręga,W jakiejś otchłani błękitu.
Tak w noc, pogodna jeśli służy pora,Wzrok się przyjemnie ułudzi,Lecz żeby w nocy jechać do jeziora,Trzeba być najśmielszym z ludzi;
Bo jakie szatan wyprawia tam harce!Jakie się larwy szamocą!Drżę cały, kiedy bają o tem starceI strach wspominać przed nocą.
Nieraz śród wody gwar, jakoby w mieście,Ogień i dym bucha gęsty,I zgiełk walczących, i wrzaski niewieście,I dzwonów gwałt, i zbrój chrzęsty.
Nagle dym spada, hałas się uśmierza,Na brzegach tylko szum jodły,W wodach gadanie cichego pacierzaI dziewic żałosne modły.
Co to ma znaczyć? różni różnie plotą,—Cóż, kiedy nie był nikt na dnie;Biegają wieści pomiędzy prostotą,Lecz któż z nich prawdę odgadnie?
Pan na Płużynach, którego pradziadyByły Świtezi dziedzice,Zdawna przemyślał i zasięgał rady,Jak te zbadać tajemnice.
Kazał przybory w blizkiem robić mieścieI wielkie sypał wydatki;Związano niewód głęboki stóp dwieście,Budują czółna i statki.
Ja ostrzegałem, że w tak wielkiem dzieleDobrze, kto z Bogiem poczyna:Dano więc na mszę w niejednym kościeleI ksiądz przyjechał z Cyryna;
Stanął na brzegu, ubrał się w ornaty,Przeżegnał, pracę pokropił;Pan daje hasło: odbijają baty,Niewód się z szumem zatopił.
Topi się; pławki nadół z sobą spycha,Tak przepaść wody głęboka;Prężą się liny, niewód idzie zcicha—Pewnie nie złowią ni oka.
Na brzeg oboje wyjęto już skrzydło,Ciągną ostatek więcierzy.Powiemże, jakie złowiono straszydło?Choć powiem, nikt nie uwierzy.
Powiem jednakże. Nie straszydło wcale;Żywa kobieta w niewodzie!Twarz miała jasną, usta jak korale,Włos biały, skąpany w wodzie;
Do brzegu dąży, a gdy jedni z trwogiNa miejscu stanęli głazem,Drudzy zwracają ku ucieczce nogi—Łagodnym rzecze wyrazem:
„Młodzieńcy, wiecie, że tutaj bezkarnieDotąd nikt statku nie spuści,—Każdego śmiałka jezioro zagarnieDo nieprzebrnionych czeluści
„I ty zuchwały i twoja gromadaWrazbyście poszli w głębinie,Lecz ze to kraj był twojego pradziada,Że w tobie nasza krew płynie,
„Choć godna kary jest ciekawość pusta,Lecz, żeście z Bogiem poczęli,Bóg wam przez moje opowiada ustaDzieje tej cudnej topieli.
„Na miejscach, które dziś piaskiem zaniosło,Gdzie car i trzcina zarasta,Po których teraz wasze biega wiosło,Stał okrąg pięknego miasta.
„Świteź—i w sławne orężem ramiona,I w kraśne twarze bogata—Niegdyś od książąt Tuhanów rządzona,Kwitnęła przez długie lata.
„Nie ćmił widoku ten ostęp ponury;Przez żyzne wskroś okoliceWidać ztąd było nowogrodzkie mury,Litwy naówczas stolicę.
„Raz niespodzianie obległ tam MendogaPotężnem wojskiem car z Rusi;Na całą Litwę wielka padła trwoga,Że Mendog poddać się musi.
„Nim ściągnął wojsko z odległej granicy,Do ojca mego napisze:Tuhanie! w tobie obrona stolicy—Śpiesz, zwołaj twe towarzysze!
„Skoro przeczytał Tuhan list książęcyI wydał rozkaz do wojny,Stanęło zaraz mężów pięć tysięcy,A każdy konny i zbrojny.
„Uderza w trąby, rusza młódź, już w bramieBłyska Tuhana proporzec,Lecz Tuhan stanie, i ręce załamie,I znowu jedzie na dworzec,
„I mówi do mnie: „Jaż własnych mieszkańcówDla obcej zgubię odsieczy?Wszak wiesz, że Świteź nie ma innych szańców,Prócz naszych piersi i mieczy.
„Jeśli rozdzielę szczupłe wojsko moje—Krewnemu nie dam obrony,A jeśli wszyscy pociągniem na boje—Jak będą córy i żony?”
„Ojcze, odpowiem, lękasz się niewcześnie!Idź, kędy sława cię woła!Bóg nas obroni; dziś nad miastem we śnieWidziałam jego anioła.
„Okrążył Świteź miecza błyskawicąI nakrył złotemi pióry,I rzekł mi: póki męże zagranicą,Ja bronię żony i córy.”
„Usłuchał Tuhan i za wojskiem goni,Lecz gdy noc spadła ponura,Słychać gwar zdała, szczęk i tentent koniI zewsząd straszny wrzask: ura!
„Zagrzmią tarany, padły bram ostatki,Zewsząd pocisków grad leci,—Biegną na dworzec starce, nędzne matki,Dziewice i drobne dzieci.
„Gwałtu! wołają, zamykajcie bramę!Tuż, tuż za nami Ruś wali!Ach! zgińmy lepiej, zabijmy się same,Śmierć nas od hańby ocali.”
„Natychmiast wściekłość bierze miejsce strachu;Miecą bogactwa na stosy,Przynoszą żagwie i płomień do gmachu,I krzyczą strasznemi głosy:
„Przeklęty będzie, kto się nie dobije!...”„Broniłam, lecz próżny opór:Klęczą, na progach wyciągają szyje,A drugie przynoszą topór.
„Gotowa zbrodnia.—Czyli wezwać hordyI podłe przyjąć kajdany,Czy bezbożnemi wytępić się mordy?„Panie, zawołam, nad Pany!
„Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,O śmierć błagamy u Ciebie,—Niechaj nas lepiej twój piorun wystrzela,Lub żywych ziemia pogrzebie!”
„Wtem jakaś białość nagle mię otoczy,Dzień zda się spędzać noc ciemną;Spuszczam ku ziemi przerażone oczy,Już ziemi niema podemną!
„Takeśmy uszły zhańbienia i rzezi.Widzisz to ziele dokoła?To są małżonki i córki Świtezi,Które Bóg przemienił w zioła.
Białawem kwieciem, jak białe motylki.Unoszą się nad topielą;Liść ich zielony, jak jodłowe szpilki,Kiedy je śniegi pobielą.
„Za życia cnoty niewinnej obrazy,Jej barwę mają po zgonie;W ukryciu żyją i nie cierpią skazy,Śmiertelne nie tkną ich dłonie.
„Doświadczył tego car i ruska zgraja,Gdy, piękne ujrzawszy kwiecie,Ten rwie i szyszak stalowy umaja,Ten wianki na skronie plecie.
„Kto tylko ściągnął do głębiny ramię,Tak straszna jest kwiatów władza,Że go natychmiast choroba wyłamieI śmierć gwałtowna ugadza.
„Choć czas te dzieje wymazał z pamięci,Pozostał sam odgłos kary—Dotąd w swych baśniach prostota go święciI kwiaty nazywacary.”
To mówiąc, pani zwolna się oddala;Topią się statki i sieci,Szum słychać w puszczy, poburzona falaZ łoskotem do brzegu leci;
Jezioro do dna pękło nakształt rowu,Lecz próżno za nią wzrok goni:Wpadła i falą nakryła się znowu,I więcej nie słychać o niej.
Jakiż to chłopiec piękny i młody,Jaka to obok dziewica,Brzegami sinej Świtezi wody,Idą przy świetle księżyca?Ona mu z kosza daje maliny,A on jej kwiatki do wianka;Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,Pewnie to jego kochanka.Każdą noc prawie, o jednej porze,Pod tym się widzą modrzewiem.Młody jest strzelcem w tutejszym borze,—Kto jest dziewczyna? ja nie wiem.Zkąd przyszła? darmo śledzić kto pragnie;Gdzie uszła? nikt jej nie zbada:Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie,Jak ognik nocny przepada.„Powiedz mi, piękna, luba dziewczyno,Na co nam te tajemnice?Jaką przybiegłaś do mnie drożyną?Gdzie dom twój, gdzie są rodzice?„Minęło lato, zżółkniały liścieI dżdżysta nadchodzi pora;Zawsze mam czekać twojego przyjściaNa dzikich brzegach jeziora?„Zawszeż po kniejach, jak sarna płocha,Jak upiór błądzisz w noc ciemną?Zostań się lepiej z tym, kto cię kocha—Zostań się, o luba, ze mną!„Chateczka moja ztąd niedaleka,Pośrodku gęstej leszczyny;Jest tam dostatkiem owoców, mleka,Jest tam dostatkiem zwierzyny.”„Stój, stój—odpowie—hardy młokosie,Pomnę, co ojciec rzekł stary:Słowicze dźwięki w mężczyzny głosie,A w sercu—lisie zamiary.„Więcej się waszej obłudy boję,Niż w zmienne ufam zapały;Możebym prośby przyjęła twoje,Ale czy będziesz mi stały?”Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku,Piekielne wzywał potęgi,Klął się przy świętym księżyca blasku—Lecz czy dochowa przysięgi?„Dochowaj, strzelcze, to moja rada,Bo kto przysięgę naruszy,Ach biada jemu, za życia biada!I biada jego złej duszy!”To mówiąc, dziewka więcej nie czeka,Wieniec włożyła na skronieI, pożegnawszy strzelca zdaleka,Na zwykłe uchodzi błonie.Próżno się za nią strzelec pomyka,Kaczym wybiegom nie sprostał;Znikła, jak lekki powiew wietrzyka,A on sam jeden pozostał!Sam został, dziką powraca drogą,Ziemia uchyla się grzązka,—Cisza wokoło tylko pod nogąZwiędła szeleszcze gałązka.Idzie nad wodą, błędny krok niesie,Błędnemi strzela oczyma;Wtem wiatr zaszumiał po gęstym lesie—Woda się burzy i wzdyma;Burzy się, wzdyma, pękają tonie,O niesłychane zjawiska!Ponad srebrzyste Świtezi błonieDziewicza piękność wytryska.Jej twarz, jak róży bladej zawoje,Skropione jutrzenki łezką;Jako mgła lekka, tak lekkie strojeObwiały postać niebieską.„Chłopcze mój piękny, chłopcze mój młody!Zanuci czule dziewica,Poco wokoło Świtezi wodyBłądzisz przy świetle księżyca?„Poco żałujesz dzikiej wietrznicy,Która cię zwabia w te knieje,Zawraca głowę, rzuca w tęsknicyI może jeszcze się śmieje?„Daj się namówić czułym wyrazem:Porzuć wzdychania i żale!Do mnie tu, do mnie! tu będziem razemPo wodnym pląsać krysztale—„Czy zechcesz niby jaskółka chybkaOblicze tylko wód muskać,Czy zdrów jak rybka, wesół jak rybka,Cały dzień ze mną się pluskać,„A na noc w łożu srebrnej topieli,Pod namiotami zwierciadeł,Na miękkiej wodnych lilijek bieli,Śród boskich usnąć widziadeł.”Wtem z zasłon błysną piersi łabędzie;Strzelec w ziemię patrzy skromnie;Dziewica w lekkim zbliża się pędzieI „Do mnie!—woła—pójdź do mnie!”I na wiatr lotne rzuciwszy stopy,Jak tęcza śmiga w krąg wielki,To znowu siekąc wodne zatopy,Srebrnemi błyska kropelki.Podbiega strzelec i staje w biegu,I chciałby skoczyć, i nie chce;Wtem modra fala, prysnąwszy z brzegu,Zlekka mu stopy załechce—I tak go łechce i tak go znęca,Tak się w nim serce rozpływa,Jak gdy tajemnie rękę młodzieńcaŚciśnie kochanka wstydliwa.Zapomniał strzelec o swej dziewczynie,Przysięgą pogardził świętą,Na zgubę oślep bieży w głębinie,Nową zwabiony ponętą.Bieży i patrzy, patrzy i bieży,Niesie go wodne przestworze;Już zdala suchych odbiegł wybrzeży,Na średniem igra jeziorze,I już dłoń śnieżną w swej ciśnie dłoni,W pięknych licach topi oczy.Ustami usta różane goniI skoczne okręgi toczy.Wtem wietrzyk świsnął, obłoczek pryska,Co ją w łudzącym krył blasku,Poznaje strzelec dziewczynę zblizka—Ach, to dziewczyna z pod lasku!„A gdzie przysięga? gdzie moja rada?Wszak kto przysięgę naruszy,Ach biada jemu, za życia biada!I biada jego złej duszy!„Nie tobie igrać przez srebrne tonie,Lub nurkiem pluskać w głąb jasną:Surowa ziemia ciało pochłonie,Oczy twe żwirem zagasną,„A dusza przy tem świadomem drzewieNiech lat doczeka tysiąca,Wiecznie piekielne cierpiąc zarzewie,Nie ma czem zgasić gorąca.”Słyszy to strzelec, błędny krok niesie,Błędnemi rzuca oczyma;A wicher szumi po gęstym lesie,Woda się burzy i wzdyma,—Burzy się, wzdyma i wre aż do dna,Kręconym nurtem pochwycą;Roztwiera paszczę otchłań podwodna—Ginie z młodzieńcem dziewica.Woda się dotąd burzy i pieni;Dotąd przy świetle księżycaSnuje się para znikomych cieni;Jestto z młodzieńcem dziewica.Ona po srebrnem pląsa jeziorze.On pod tym jęczy modrzewiem.Kto jest młodzieniec? Strzelcem był w borze.A kto dziewczyna? Ja nie wiem.
Jakiż to chłopiec piękny i młody,Jaka to obok dziewica,Brzegami sinej Świtezi wody,Idą przy świetle księżyca?
Ona mu z kosza daje maliny,A on jej kwiatki do wianka;Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,Pewnie to jego kochanka.
Każdą noc prawie, o jednej porze,Pod tym się widzą modrzewiem.Młody jest strzelcem w tutejszym borze,—Kto jest dziewczyna? ja nie wiem.
Zkąd przyszła? darmo śledzić kto pragnie;Gdzie uszła? nikt jej nie zbada:Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie,Jak ognik nocny przepada.
„Powiedz mi, piękna, luba dziewczyno,Na co nam te tajemnice?Jaką przybiegłaś do mnie drożyną?Gdzie dom twój, gdzie są rodzice?
„Minęło lato, zżółkniały liścieI dżdżysta nadchodzi pora;Zawsze mam czekać twojego przyjściaNa dzikich brzegach jeziora?
„Zawszeż po kniejach, jak sarna płocha,Jak upiór błądzisz w noc ciemną?Zostań się lepiej z tym, kto cię kocha—Zostań się, o luba, ze mną!
„Chateczka moja ztąd niedaleka,Pośrodku gęstej leszczyny;Jest tam dostatkiem owoców, mleka,Jest tam dostatkiem zwierzyny.”
„Stój, stój—odpowie—hardy młokosie,Pomnę, co ojciec rzekł stary:Słowicze dźwięki w mężczyzny głosie,A w sercu—lisie zamiary.
„Więcej się waszej obłudy boję,Niż w zmienne ufam zapały;Możebym prośby przyjęła twoje,Ale czy będziesz mi stały?”
Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku,Piekielne wzywał potęgi,Klął się przy świętym księżyca blasku—Lecz czy dochowa przysięgi?
„Dochowaj, strzelcze, to moja rada,Bo kto przysięgę naruszy,Ach biada jemu, za życia biada!I biada jego złej duszy!”
To mówiąc, dziewka więcej nie czeka,Wieniec włożyła na skronieI, pożegnawszy strzelca zdaleka,Na zwykłe uchodzi błonie.
Próżno się za nią strzelec pomyka,Kaczym wybiegom nie sprostał;Znikła, jak lekki powiew wietrzyka,A on sam jeden pozostał!
Sam został, dziką powraca drogą,Ziemia uchyla się grzązka,—Cisza wokoło tylko pod nogąZwiędła szeleszcze gałązka.
Idzie nad wodą, błędny krok niesie,Błędnemi strzela oczyma;Wtem wiatr zaszumiał po gęstym lesie—Woda się burzy i wzdyma;
Burzy się, wzdyma, pękają tonie,O niesłychane zjawiska!Ponad srebrzyste Świtezi błonieDziewicza piękność wytryska.
Jej twarz, jak róży bladej zawoje,Skropione jutrzenki łezką;Jako mgła lekka, tak lekkie strojeObwiały postać niebieską.
„Chłopcze mój piękny, chłopcze mój młody!Zanuci czule dziewica,Poco wokoło Świtezi wodyBłądzisz przy świetle księżyca?
„Poco żałujesz dzikiej wietrznicy,Która cię zwabia w te knieje,Zawraca głowę, rzuca w tęsknicyI może jeszcze się śmieje?
„Daj się namówić czułym wyrazem:Porzuć wzdychania i żale!Do mnie tu, do mnie! tu będziem razemPo wodnym pląsać krysztale—
„Czy zechcesz niby jaskółka chybkaOblicze tylko wód muskać,Czy zdrów jak rybka, wesół jak rybka,Cały dzień ze mną się pluskać,
„A na noc w łożu srebrnej topieli,Pod namiotami zwierciadeł,Na miękkiej wodnych lilijek bieli,Śród boskich usnąć widziadeł.”
Wtem z zasłon błysną piersi łabędzie;Strzelec w ziemię patrzy skromnie;Dziewica w lekkim zbliża się pędzieI „Do mnie!—woła—pójdź do mnie!”
I na wiatr lotne rzuciwszy stopy,Jak tęcza śmiga w krąg wielki,To znowu siekąc wodne zatopy,Srebrnemi błyska kropelki.
Podbiega strzelec i staje w biegu,I chciałby skoczyć, i nie chce;Wtem modra fala, prysnąwszy z brzegu,Zlekka mu stopy załechce—
I tak go łechce i tak go znęca,Tak się w nim serce rozpływa,Jak gdy tajemnie rękę młodzieńcaŚciśnie kochanka wstydliwa.
Zapomniał strzelec o swej dziewczynie,Przysięgą pogardził świętą,Na zgubę oślep bieży w głębinie,Nową zwabiony ponętą.
Bieży i patrzy, patrzy i bieży,Niesie go wodne przestworze;Już zdala suchych odbiegł wybrzeży,Na średniem igra jeziorze,
I już dłoń śnieżną w swej ciśnie dłoni,W pięknych licach topi oczy.Ustami usta różane goniI skoczne okręgi toczy.
Wtem wietrzyk świsnął, obłoczek pryska,Co ją w łudzącym krył blasku,Poznaje strzelec dziewczynę zblizka—Ach, to dziewczyna z pod lasku!
„A gdzie przysięga? gdzie moja rada?Wszak kto przysięgę naruszy,Ach biada jemu, za życia biada!I biada jego złej duszy!
„Nie tobie igrać przez srebrne tonie,Lub nurkiem pluskać w głąb jasną:Surowa ziemia ciało pochłonie,Oczy twe żwirem zagasną,
„A dusza przy tem świadomem drzewieNiech lat doczeka tysiąca,Wiecznie piekielne cierpiąc zarzewie,Nie ma czem zgasić gorąca.”
Słyszy to strzelec, błędny krok niesie,Błędnemi rzuca oczyma;A wicher szumi po gęstym lesie,Woda się burzy i wzdyma,—
Burzy się, wzdyma i wre aż do dna,Kręconym nurtem pochwycą;Roztwiera paszczę otchłań podwodna—Ginie z młodzieńcem dziewica.
Woda się dotąd burzy i pieni;Dotąd przy świetle księżycaSnuje się para znikomych cieni;Jestto z młodzieńcem dziewica.
Ona po srebrnem pląsa jeziorze.On pod tym jęczy modrzewiem.Kto jest młodzieniec? Strzelcem był w borze.A kto dziewczyna? Ja nie wiem.
Płużyny, 12 sierpnia 1821 r.
Płużyny, 12 sierpnia 1821 r.
Od dworu, z pod lasu, z wioskiSmutna wybiega dziewica;Rozpuściła na wiatr włoskiI łzami skropiła lica.Przybiega na koniec łączki,Gdzie w jezioro wpada rzeka,Załamuje białe rączkiI tak żałośnie narzeka:„O wy! co mieszkacie w wodzie,Siostry moje, Świtezianki,Słuchajcie w ciężkiej przygodzieGłosu zdradzonej kochanki.„Kochałam pana tak szczerze!On mię przysięgał zaślubić;Dziś księżnę za żonę bierze,Krysię ubogą chce zgubić.Niechże sobie żyją młodzi,Niech się z nią obłudnik pieści,—Niech tylko tu nie przychodzi,Urągać się z mych boleści!„Dla opuszczonej kochankiCóż pozostało na świecie?Przyjmijcie mię, Świtezianki;Lecz moje dziecię—ach, dziecię!”To mówiąc, rzewnie zapłacze,Rączkami oczy zasłoni,I z brzegu do wody skacze,I w bystrej nurza się toni.Wtem z lasu, gdzie się dwór bieli,Tysiączne świecą kagańce;Zjeżdżają goście weseli,Muzyka, hałas i tańce.Lecz mimo tego hałasu,Płacz dziecięcia słychać w lesie;Wierny sługa wyszedł z lasuI dziecię na ręku niesie,—Ku wodzie obraca kroki;Gdzie łoza, gęsto spleciona,Wzdłuż wykręconej zatokiOkryła rzeki ramiona—Tam staje w ciemnym zakątku,Płacze i woła: „Niestety!Ach któż da piersi dzieciątku?Ach! gdzie ty, Krysiu, ach, gdzie ty?”„Tu jestem, w rzece u spodu,Cichy mu głos odpowiada,Tutaj drżę cała od chłodu,A żwir mi oczki wyjada.„Przez żwir, przez ostre kamuszkiFale mnie gwałtowne niosą;Pokarm mój: koralki, muszki,A zapijam zimną rosą.”Lecz sługa, jak na początku,Tak wszystko woła: „Niestety!Ach, któż da piersi dzieciątku?Ach! gdzie ty, Krysiu, ach, gdzie ty?”Wtem się coś zlekka potrąciŚród kryształowej przezroczy,Woda się zlekka zamąci—Rybka nad wodę podskoczy,I jak skałka płaskim bokiem,Gdy z lekkich rąk chłopca pierzchnie,Tak nasza rybka podskokiemMokre całuje powierzchnie.Złotemi plamki nadobna,Kraśne ma po bokach piórka,Główka jak naparstek drobna,Oczko drobne jak paciorka.Wtem rybią łuskę odwinie,Spojrzy dziewicy oczyma;Z głowy jasny włos wypłynie,Szyjka cieniuchna się wzdyma;Na licach różana krasa,Piersi jak jabłuszka mleczne;Rybią ma płetwę do pasa,—Płynie pod chrósty nadrzeczne,I dziecię bierze do ręki,U łona białego tuli,„Luli, woła, mój maleńki!Luli, mój maleńki, luli.”Gdy dziecię płakać przestało,Zawiesza kosz na gałęzi,I znowu ściska swe ciałoI główkę nadobną zwęzi.Znowu ją łuski powleką,Od boków wyskoczą skrzelki—Plusła, i tylko nad rzekąKipiące pękły bąbelki.Tak co wieczora, co ranka,Gdy sługa stanie w zakątku,Wraz wypływa Świtezianka,Żeby dać piersi dzieciątku.Zacóż jednego wieczoraNikt nie przychodzi na smugi?Już zwykła przemija pora:Nie widać z dziecięciem sługi.Nie może on przyjść tą stroną,Musi zaczekać troszeczkę,Bo właśnie teraz pan z żonąPoszli przechadzką nad rzeczkę.Wrócił się, czekał zdaleka,Za gęstym usiadłszy krzakiem;Lecz próżno czeka i czeka,Nikt nie powracał tym szlakiem.Wstaje i dłoń w trąbkę owinął,I patrzył przez palców szparę,Ale i dzień, już przeminąłI mroki padają szare.Czekał długo po zachodzie,A gdy noc gwiazdy zapala,Zbliża się zlekka ku wodzieI śledzi oczyma zdała.Przebóg! cudy, czy moc piekła?Uderza go widok nowy:Gdzie pierwej rzeczułka ciekła,Tam suchy piasek i rowy.Na brzegach porozrzucanaWala się odzież bez ładu,—Ani pani, ani panaNie widać nigdzie ni śladu—Tylko z zatoki połowąSterczał wielki głazu kawał,I dziwną kształtu budowąDwa ludzkie ciała udawał.Zdumiewa się wierny sługa,Rozpierzchłych myśli nie złowił;Przeszła godzina, i druga,Nim wreszcie słówko przemówił.„Krysiu, o Krysiu!” zawoła,—Echo mu „Krysiu” odpowie;Lecz próżno patrzy dokoła—Nikt nie pokazał się w rowie.Patrzy na rów i na głazy,Otrze pot na licu zbladłemI kiwnie głową trzy razy,Jakby chciał mówić: już zgadłem.Dzieciątko na ręce bierze,Śmieje się dzikim uśmiechem,I odmawiając pacierze,Wraca do domu z pośpiechem.
Od dworu, z pod lasu, z wioskiSmutna wybiega dziewica;Rozpuściła na wiatr włoskiI łzami skropiła lica.
Przybiega na koniec łączki,Gdzie w jezioro wpada rzeka,Załamuje białe rączkiI tak żałośnie narzeka:
„O wy! co mieszkacie w wodzie,Siostry moje, Świtezianki,Słuchajcie w ciężkiej przygodzieGłosu zdradzonej kochanki.
„Kochałam pana tak szczerze!On mię przysięgał zaślubić;Dziś księżnę za żonę bierze,Krysię ubogą chce zgubić.
Niechże sobie żyją młodzi,Niech się z nią obłudnik pieści,—Niech tylko tu nie przychodzi,Urągać się z mych boleści!
„Dla opuszczonej kochankiCóż pozostało na świecie?Przyjmijcie mię, Świtezianki;Lecz moje dziecię—ach, dziecię!”
To mówiąc, rzewnie zapłacze,Rączkami oczy zasłoni,I z brzegu do wody skacze,I w bystrej nurza się toni.
Wtem z lasu, gdzie się dwór bieli,Tysiączne świecą kagańce;Zjeżdżają goście weseli,Muzyka, hałas i tańce.
Lecz mimo tego hałasu,Płacz dziecięcia słychać w lesie;Wierny sługa wyszedł z lasuI dziecię na ręku niesie,—
Ku wodzie obraca kroki;Gdzie łoza, gęsto spleciona,Wzdłuż wykręconej zatokiOkryła rzeki ramiona—
Tam staje w ciemnym zakątku,Płacze i woła: „Niestety!Ach któż da piersi dzieciątku?Ach! gdzie ty, Krysiu, ach, gdzie ty?”
„Tu jestem, w rzece u spodu,Cichy mu głos odpowiada,Tutaj drżę cała od chłodu,A żwir mi oczki wyjada.
„Przez żwir, przez ostre kamuszkiFale mnie gwałtowne niosą;Pokarm mój: koralki, muszki,A zapijam zimną rosą.”
Lecz sługa, jak na początku,Tak wszystko woła: „Niestety!Ach, któż da piersi dzieciątku?Ach! gdzie ty, Krysiu, ach, gdzie ty?”
Wtem się coś zlekka potrąciŚród kryształowej przezroczy,Woda się zlekka zamąci—Rybka nad wodę podskoczy,
I jak skałka płaskim bokiem,Gdy z lekkich rąk chłopca pierzchnie,Tak nasza rybka podskokiemMokre całuje powierzchnie.
Złotemi plamki nadobna,Kraśne ma po bokach piórka,Główka jak naparstek drobna,Oczko drobne jak paciorka.
Wtem rybią łuskę odwinie,Spojrzy dziewicy oczyma;Z głowy jasny włos wypłynie,Szyjka cieniuchna się wzdyma;
Na licach różana krasa,Piersi jak jabłuszka mleczne;Rybią ma płetwę do pasa,—Płynie pod chrósty nadrzeczne,
I dziecię bierze do ręki,U łona białego tuli,„Luli, woła, mój maleńki!Luli, mój maleńki, luli.”
Gdy dziecię płakać przestało,Zawiesza kosz na gałęzi,I znowu ściska swe ciałoI główkę nadobną zwęzi.
Znowu ją łuski powleką,Od boków wyskoczą skrzelki—Plusła, i tylko nad rzekąKipiące pękły bąbelki.
Tak co wieczora, co ranka,Gdy sługa stanie w zakątku,Wraz wypływa Świtezianka,Żeby dać piersi dzieciątku.
Zacóż jednego wieczoraNikt nie przychodzi na smugi?Już zwykła przemija pora:Nie widać z dziecięciem sługi.
Nie może on przyjść tą stroną,Musi zaczekać troszeczkę,Bo właśnie teraz pan z żonąPoszli przechadzką nad rzeczkę.
Wrócił się, czekał zdaleka,Za gęstym usiadłszy krzakiem;Lecz próżno czeka i czeka,Nikt nie powracał tym szlakiem.
Wstaje i dłoń w trąbkę owinął,I patrzył przez palców szparę,Ale i dzień, już przeminąłI mroki padają szare.
Czekał długo po zachodzie,A gdy noc gwiazdy zapala,Zbliża się zlekka ku wodzieI śledzi oczyma zdała.
Przebóg! cudy, czy moc piekła?Uderza go widok nowy:Gdzie pierwej rzeczułka ciekła,Tam suchy piasek i rowy.
Na brzegach porozrzucanaWala się odzież bez ładu,—Ani pani, ani panaNie widać nigdzie ni śladu—
Tylko z zatoki połowąSterczał wielki głazu kawał,I dziwną kształtu budowąDwa ludzkie ciała udawał.
Zdumiewa się wierny sługa,Rozpierzchłych myśli nie złowił;Przeszła godzina, i druga,Nim wreszcie słówko przemówił.
„Krysiu, o Krysiu!” zawoła,—Echo mu „Krysiu” odpowie;Lecz próżno patrzy dokoła—Nikt nie pokazał się w rowie.
Patrzy na rów i na głazy,Otrze pot na licu zbladłemI kiwnie głową trzy razy,Jakby chciał mówić: już zgadłem.
Dzieciątko na ręce bierze,Śmieje się dzikim uśmiechem,I odmawiając pacierze,Wraca do domu z pośpiechem.
„Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie, wszystkie razemZa miasto, pod słup, na wzgórek;Tam przed cudownym klęknijcie obrazem,Pobożnie zmówcie paciórek.„Tato nie wraca; ranki i wieczoryWe łzach go czekam i trwodze:Rozlały rzeki, pełne zwierza boryI pełno zbójców na drodze.”Słysząc to dziatki, biegną wszystkie razemZa miasto, pod słup, na wzgórek;Tam przed cudownym klękają obrazemI zaczynają paciórek.Całują ziemię, potem: w imię Ojca,Syna i Ducha świętego,Bądź pochwalona przenajświętsza Trójca,Teraz i czasu wszelkiego.Potem: Ojcze nasz, i Zdrowaś, i Wierzę,Dziesięcioro i koronki,A kiedy całe zmówili pacierze,Wyjmą książeczkę z kieszonki,I litaniją do Najświętszej MatkiStarszy brat śpiewa, a z bratem:„Najświętsza Matko, przyśpiewują dziatki,Zmiłuj się, zmiłuj nad tatem!”Wtem słychać turkot. Wozy jadą drogąI wóz znajomy na przedzie;Skoczyły dzieci i krzyczą, jak mogą:„Tato, ach, tato nasz jedzie!”Obaczył kupiec, łzy radośne leje,Z wozu na ziemię wylata:„Ha, jak się macie, co się u was dzieje?Czyście tęskniły do tata?„Mama czy zdrowa? ciotunia? domowi?A ot—rodzynki w koszyku.”Ten sobie mówi, a ten sobie mówi—Pełno radości i krzyku.„Ruszajcie!—kupiec na sługi zawoła,Ja z dziećmi pójdę ku miastu.”Idzie... aż zbójcy obskoczą dokoła,A zbójców było dwunastu.Brody ich długie, kręcone wąsiska,Wzrok dziki; suknia plugawa,Noże za pasem, miecz u boku błyska,W ręku ogromna buława.Krzyknęły dziatki, do ojca przypadły,Tulą się pod płaszcz na łonie;Truchleją sługi, struchlał pan wybladły,Drżące ku zbójcom wzniósł dłonie:„Ach! bierzcie wozy, ach, bierzcie dostatek,Tylko puszczajcie nas zdrowo;Nie róbcie małych sierotami dziatekI młodej małżonki wdową!”Nie słucha zgraja. Ten już wóz wyprzęga.Zabiera konie; a drugi„Pieniędzy!” krzyczy i buławą sięga;Ów z mieczem wpada na sługi.Wtem: „Stójcie, stójcie!” krzyknie starszy zbójcaI spędza bandę precz z drogi,A wypuściwszy i dzieci i ojca,„Idźcie, rzekł, dalej bez trwogi,”Kupiec dziękuje, a zbójca odpowie:„Nie dziękuj; wyznam ci szczerze—Pierwszybym pałkę strzaskał na twej głowie,Gdyby nie dziatek pacierze.„Dziatki sprawiły, że uchodzisz cało,Darzą cię życiem i zdrowiem;Im więc podziękuj za to, co się stało,A jak się stało—opowiem.„Zdawna już słysząc o przejeździe kupca,I ja, i moje kamraty,Tutaj za miastem, przy wzgórku u słupca,Zasiadaliśmy na czaty.„Dzisiaj nadchodzę, patrzę między chrósty:Modlą się dziatki do Boga;Słucham: zpoczątku porwał mig śmiech pusty,A potem litość i trwoga.„Słucham: ojczyste przyszły na myśl strony,Buława upadła z ręki;Ach! ja mam żonę, i u mojej żonyJest synek taki maleńki.„Kupcze! jedź w miasto; ja do lasu muszę.Wy, dziatki, na ten pagórekBiegajcie sobie... i za moją duszęZmówcie też czasem paciórek.”
„Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie, wszystkie razemZa miasto, pod słup, na wzgórek;Tam przed cudownym klęknijcie obrazem,Pobożnie zmówcie paciórek.
„Tato nie wraca; ranki i wieczoryWe łzach go czekam i trwodze:Rozlały rzeki, pełne zwierza boryI pełno zbójców na drodze.”
Słysząc to dziatki, biegną wszystkie razemZa miasto, pod słup, na wzgórek;Tam przed cudownym klękają obrazemI zaczynają paciórek.
Całują ziemię, potem: w imię Ojca,Syna i Ducha świętego,Bądź pochwalona przenajświętsza Trójca,Teraz i czasu wszelkiego.
Potem: Ojcze nasz, i Zdrowaś, i Wierzę,Dziesięcioro i koronki,A kiedy całe zmówili pacierze,Wyjmą książeczkę z kieszonki,
I litaniją do Najświętszej MatkiStarszy brat śpiewa, a z bratem:„Najświętsza Matko, przyśpiewują dziatki,Zmiłuj się, zmiłuj nad tatem!”
Wtem słychać turkot. Wozy jadą drogąI wóz znajomy na przedzie;Skoczyły dzieci i krzyczą, jak mogą:„Tato, ach, tato nasz jedzie!”
Obaczył kupiec, łzy radośne leje,Z wozu na ziemię wylata:„Ha, jak się macie, co się u was dzieje?Czyście tęskniły do tata?
„Mama czy zdrowa? ciotunia? domowi?A ot—rodzynki w koszyku.”Ten sobie mówi, a ten sobie mówi—Pełno radości i krzyku.
„Ruszajcie!—kupiec na sługi zawoła,Ja z dziećmi pójdę ku miastu.”Idzie... aż zbójcy obskoczą dokoła,A zbójców było dwunastu.
Brody ich długie, kręcone wąsiska,Wzrok dziki; suknia plugawa,Noże za pasem, miecz u boku błyska,W ręku ogromna buława.
Krzyknęły dziatki, do ojca przypadły,Tulą się pod płaszcz na łonie;Truchleją sługi, struchlał pan wybladły,Drżące ku zbójcom wzniósł dłonie:
„Ach! bierzcie wozy, ach, bierzcie dostatek,Tylko puszczajcie nas zdrowo;Nie róbcie małych sierotami dziatekI młodej małżonki wdową!”
Nie słucha zgraja. Ten już wóz wyprzęga.Zabiera konie; a drugi„Pieniędzy!” krzyczy i buławą sięga;Ów z mieczem wpada na sługi.
Wtem: „Stójcie, stójcie!” krzyknie starszy zbójcaI spędza bandę precz z drogi,A wypuściwszy i dzieci i ojca,„Idźcie, rzekł, dalej bez trwogi,”
Kupiec dziękuje, a zbójca odpowie:„Nie dziękuj; wyznam ci szczerze—Pierwszybym pałkę strzaskał na twej głowie,Gdyby nie dziatek pacierze.
„Dziatki sprawiły, że uchodzisz cało,Darzą cię życiem i zdrowiem;Im więc podziękuj za to, co się stało,A jak się stało—opowiem.
„Zdawna już słysząc o przejeździe kupca,I ja, i moje kamraty,Tutaj za miastem, przy wzgórku u słupca,Zasiadaliśmy na czaty.
„Dzisiaj nadchodzę, patrzę między chrósty:Modlą się dziatki do Boga;Słucham: zpoczątku porwał mig śmiech pusty,A potem litość i trwoga.
„Słucham: ojczyste przyszły na myśl strony,Buława upadła z ręki;Ach! ja mam żonę, i u mojej żonyJest synek taki maleńki.
„Kupcze! jedź w miasto; ja do lasu muszę.Wy, dziatki, na ten pagórekBiegajcie sobie... i za moją duszęZmówcie też czasem paciórek.”