Pod ścianą kredens, na wpół otwarty, z wysuniętym blatem, ukazywał ubogie wnętrze zapełnione blaszanemi puszkami cukru, kawy i herbaty. Wielki bochenek chleba świeżo napoczęty, rozkładał wśród masy okruchów swe ciemnawe wnętrze, okolone brunatną spieczoną skórą.Pod oknem maszyna do szycia, na wpół przykryta sztywną merlą zszywanej spódnicy, i krzesełko wyplatane odsunięte na środek pokoju.Dokoła stołu kilka krzeseł wyplatanych i dwa wysokie foteliki dziecinni: z zasuwanemi linijkami. Na jednym poduszeczka czerwona perkalowa i przewieszony przez poręcz śliniaczek szydełkowy, nawleczony czerwoną tasiemką. Wszystko to jednym rzutem oka objął Seweryn. Jakieś dziwne przygnębienie ogarniało go wśród tych ścian pustych, przed tym ubogim stołem, pośród tej duszącej woni kuchennej i stukotu tasakao stolnicę, dolatującego z po za drzwi źle przymkniętych.Cała nędza rodzinnego życia, smutnego, pełnego poświęceń, prywacyj i obowiązków — zdawała się spływać tu z trywialnością trosk codziennych. Tylko różowa i uśmiechnięta twarzyczka chłopca miała w sobie świeżość małego egoisty, zabierającego w swe płuca najzdrowsze cząstki powietrza, a w usta najlepszy kęs mięsa i największy kawał chleba.I znów oczy Seweryna spoczywały na drobnej a dobrze rozwiniętej postaci dziecka, które, pogwizdując lekko, wyszarpywało z bochenka chleba kawałek ośrodka i, maczając go w solniczce, zajadało ze smakiem.Seweryn przypomniał sobie, że, dzieckiem będąc, lubił namiętnie chleb z solą i zakradał się przed obiadem do sali jadalnej, aby wyprosić u lokaja kawałek ośrodka.Wspomnienie to sprawiło mu pewien rodzaj przyjemności.Mimowoli uśmiechnął się do chłopca uśmiechem koleżeńskim, przyjemnym, porozumiawczym.Malec nie został mu dłużnym.Jakby w zwierciadle odbił się na różanych ustach dziecka uśmiech mężczyzny.Te same zadrganie nerwowe kącików, te same zmarszczenie brody.— To dobre przed obiadem — bełkotał chłopiec i uderzył się znów po klatce piersiowej, smarując przód flanelowej białej bluzki tłustemi rękami.Seweryn stał ciągle przy ścianie, obserwując dziecko. Poddał się bezwiednie pociągowi ku tej małej, kędzierzawej główce, kręcącej się przed nim w mgławem świetle dnia jesiennego. Chłopiec ten zaciekawiał go i śledzić wzrokiem za sobą kazał. Szare źrenice z pod długich rzęs błyskały mu pożądliwie, gdy skubał ośrodek chleba... tęgi kark odsłaniał się z szeroko rozwartego kołnierza bluzy, kark o zarysach wspaniałego w przyszłości samca,podbijającego kobiety siłą sprawianej rozkoszy.Na karku tym zatrzymał się dłużej wzrok Seweryna, zdawało mu się, ze gdzieś już widział podobny szmat ciała, tylko większy, grubszy, porosły krótkiemi włosami, majaczący we mgle zestawionych umiejętnie luster... i osłonięty draperyą białej flaneli.— Teraz pokażę panu dziecinny pokój, później mamci i kuchnię!Z łoskotem malec szarpnął drzwiami i przed oczyma Seweryna ukazał się pokój podłużny, zastawiony pod ścianami małemi łóżeczkami, okrytemi kołderkami z pąsowego, wytartego kaszmiru. Duży stół zarzucony książkami i zabawkami czernił się na środku.Koło pieca suszyło się prześcieradełko, na ziemi leżała naga lalka, z której sypały się trociny.Jakieś gorąco wilgotne panowało tu, wyziew mokrej bielizny i rozlanych na podłodze mydlin.Pod stołem siedziała malutka dziewczynka, wydzierająca kartki z wielkiej książki.Pod oknem, na obdartym skórzanym koniu huśtał się czteroletni chłopczyk, chudy, anemiczny, wybladły.Chłopiec oprowadzający Seweryna, jak szalony rzucił się ku dziecku kołyszącemu się na koniu.— Złaź! to mój koń! złaź natychmiast!I silny, z pasyą wyrytą na drobnej twarzyczce, strącał młodszego brata, który z pokorą dziwną złaził z siodła, zaczepiając się o powiązane sznurkami strzemiona.Chłopiec, cały purpurowy, z krwią nabiegłą do oczów, rzucił się teraz pod stół i wyrwał dziewczynce książkę.— Ty, oddaj, to moje!Książkę rzucił na łóżko, poczem porwawszy za łeb konia, wsunął go w kąt tuż przy łóżku, które zapewne było jego miejscem spoczynku.Dzieci — milczące, przytuliły się do siebie, nędzne, drobne, małe — poddając się brutalnej przemocy, jaką wywierał nad niemi ten chłopak, zdający się rządzić tu bezpodzielnie, brać pod swe panowanie wszystko, co było jeszcze do wzięcia w tej nędzy urzędniczej, w tych ubogich sprzętach powleczonych kurzem trywialności.Seweryn znów oparł się o ścianę i śledził wzrokiem drobną postać chłopca, który z wysiłkiem pakował konia na łóżko.I zdawało mu się, że dziecko to jest mu doskonale znajome, że widywał je codziennie dawniej i teraz odnalazł nagle wraz ze wszystkiemi ruchami, tonacyą głosu, karnacyą skóry...Wreszcie — rzecz dziwna, Seweryn odczuwał jakby z jego wnętrza coś się oderwało i poruszało się teraz w małych a silnych członkach tej istoty, nurtowało tę kędzierzawą głowę, objawiało się w suchych, urywanych zdaniach, wyrzuconych z tej klatki dziwniewydętej pod cienką tkaniną białej flaneli.Nagle — drzwi w przeciwległej ścianie otworzyły się na rozcierz i stanęła w nich kobieta okryta ciemnym, flanelowym szlafrokiem, wiszącym luźno na wychudłem jej ciele.Stanąwszy w ramie drzwi, które po za nią rozwarły się szeroko, ukazując profil łóżek okrytych brązowemi kapami i przedzielonych małą ciemną szafką, wyciągnęła rękę ku hałasującemu dziecku.— Maniek! — wyrzekła suchym, bezdźwięcznym głosem — nie hałasuj, wiesz że mnie głowa bo...Reszta słów uwięzła jej w gardle.Dostrzegła Seweryna i obiema rękami schwyciła się za piersi.Pobladła jak ściana i na chwilę oczy przymknąwszy, oparcia ciałem szukała.On — poznał ją także, poznał odrazu, jakkolwiek straszną zmianą te lat siedem naznaczyły się na jej twarzy.Był to szkielet Anny — tej Anny, która podniosła się wśród blasków bizantyjskiej lampy, milcząca i blada — i odeszła z płodem cudzołożnym w łonie, niewymówiwszyani słowa do swego wspólnika.Teraz stali przed sobą, oboje bledzi — mając pomiędzy swemi ciałami całą przeszłość pieszczot, zmysłowych porywów i chwilę rozstania gorzką i gwałtowną, z początkiem brzemienności kobiety.Wreszcie — ona odzyskała przytomność i podniosła głowę.W wyblakłych jej oczach, otoczonych sinawemi cieniami, zadrgała cała gama nienawiści głuchej, tajonej wśród nocy bezsennych, na szafocie małżeńskiego łoża, wśród których do krwi gryząc wargi, taiła wyznanie prawdy, rwące się na usta w porywie bezdennej rozpaczy i cielesnego obrzydzenia.Wszystko to mignęło w jej oczach i padło na twarz Seweryna, jak uderzenie biczemcienkim a wiązanym w silnie zadzierzgnięte węzły.— Czego? — zapytała.Mężczyzna milczał, nie mogąc zdobyć się na odpowiedź.Ta kobieta wydała mu się w tej chwili straszną, tragiczną, wielką w swym gniewie.— Czego? — powtórzyła.Czuł, że odezwać się musi.— O... mieszkanie — wyjąkał, pocierając jedną łydkę o drugą.Kobieta uśmiechnęła się ironicznie.— To mieszkanienieodpowiedniedla pana, wyjść proszę!...Wyciągnęła drżącą rękę w kierunku drzwi.Seweryn stał jednak ciągle, zmieszany, z oczyma spuszczonemi w ziemię.— Wyjść proszę! — powtórzyła kobieta.Lecz on, powoli, nieśmiało wzrok swój od ziemi oderwał i na chłopca stojącego koło łóżeczka przeniósł.— To... on? — zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem.Na twarz kobiety wystąpił rumieniec.— Wyjść... proszę! — powtórzyła przyciszonym głosem.Seweryn patrzał wprost już w twarz chłopca, który, odstąpiwszy od łóżka, znalazł się pomiędzy nim i matką, a wsadziwszy ręce w kieszenie od kurtki, łydki wygiąć pierś naprzód podał i z uśmiechem na Seweryna spoglądał.I był to on! on sam w zmniejszonym formacie, on — egoista, on — samolub, on — brutalny samiec tyranizujący wszystko! Kukułcze pisklę zagarnęło gniazdo dla siebie, rozpierając się w niem z zuchwałością bękarta...W oczach kobiety szkliły się łzy, głowę oparła o ramę drzwi i ponuro patrzyła przed siebie.Seweryn machinalnie rękę ku dziecku wyciągnął.Sięgnął jak po swoją własność, zapominając, że w nikczemnym egoizmie swoim stracił prawo do istoty spłodzonejprzez siebie i podrzuconej nieznanemu człowiekowi.Lecz Anna nagle, jak hyena, porwała się ode drzwi i schwyciwszy dziecko jedną ręką, drugą chudą i drżącą wyciągnęła z wspaniałym gestem silnej w swem prawie kobiety.Z po zaciśniętych zębów wybiegło jedno jedyne słowo:— Precz!...I słowo to było tak silne, tak tętniące obietnicą niecofnięcia się przed niczem, iż Seweryn po raz pierwszy w życiu ustąpił nędznie przed wzrokiem kobiety, kurcząc się i cofając ku wyjściu, jak znikczemniałe wypędzone z cudzego legowiska zwierzę...VII.Lewek.Małe to było, brzydkie, krępe, na krzywych nogach osadzone, z głową kudłatą i z bezczelnem spojrzeniem w zielonawych, świdrowatych oczach, których usiłowaniem najgorętszem było rzucać piekielne podbójcze błyski.„Demoniczny jestem”, mawiał, pukając się w wypukłe piersi, okryte wykrochmaloną koszulą, „demoniczny bestya, jak chyba nikt na świecie”. I pakował gałkę od laski w szerokie usta, które oblizywał ciągle, grubym, sinawym językiem. Nogi obute w płytkie lakierowane pantofle wyciągał przed siebie, ohydny, trywialny, śmieszny pod jasnym blaskiem porannego słońca filtrującego złotawe światłoprzez liście kasztanów nad ławkami się zwieszających.Spoglądał na przechodzące kobiety z lekceważeniem pozornem a z utajoną lubieżnością. Kiwaniem nogi, wydęciem ust, zdawał się mówić jak sułtan rozparty na sofie w haremie.„No! któraż tam!... Pan czeka!...”Lecz w myśli powtarzał sobie:„Ach!... żeby też która!...”Lecz kobiety mijały go szybko, nie zwracając nań najmniejszej uwagi. Czasem zasłaniały się parasolkami, aby uniknąć jego natrętnego i bezczelnego spojrzenia, które on uważał za szczyt demoniczności. Często — gdy zniecierpliwiony, rozdrażniony, wstawał z ławki i z arogancyą zaglądał pod ronda kapeluszy mężatek pilnujących dzieci, lub następował na pięty dziewcząt uśmiechających się w promieniach słonecznych — ta i owa mruknęła przez zaciśnięte zęby:— Błazen!On wtedy zaciskał zęby z wściekłością, przybierając pozornie rozpromienionywyraz twarzy. Siedzący bowiem na ławie przyjaciele śledzili go z uwielbieniem, patrząc, jak „zachodzi” — i jak kobiety rzucają mu w przelocie jakieś słowa, które on, szczęśliwiec! z uśmiechem niedbałym przyjmuje. Gdy powracał do ławki, kołysząc się na swych krótkich, kaczych nogach, gołowąsy młodzieniaszek w świat podbojów wchodzący, zapytywał:— I cóż? i cóż? co one powiedziały?...Ireneusz wydymał dolną wargę:— Ha! lecą na mnie!Po ławce rozchodził się szmer uwielbienia.Wiadomo bowiem, że Ireneusz należy do tych wybrańców, którzy mają szczęście do kobiet! Już w czwartej klasie miał taką reputacyę, gdy za brązowemi spódniczkami pensyonarek gonił, spocony, czerwony, kroplami potu na krótkiej, niekształtnej szyi okryty.Pensyonarki pluły, złościły się, obrzucały go rozmaitemi epitetami, on to wszystko ze stoicyzmem znosił — wiedząc, że w oczach kolegów rośnie na zjadaczaserc panieńskich, na don Żuana, na kobieciarza! Podtrzymując reputacyę swoją, pracował i nadal w tym kierunku, zamieniwszy tylko teren swych manewrów, wiecznie w pogoni za kobietą, zawsze głodny a udający przesyconego, drżący na szelest krochmalnej spódnicy pokojówki a ziewający na widok koronek wyłaniających się z pod sukni szykownej strojnisi.Szlachectwo zobowiązuje!Reputacya Irka była ustalona.Demoniczny i szczęśliwy do kobiet!...Tylko tyle.Godność tę trzeba było dźwigać na swej kwadratowej głowie pod grozą śmieszności i odstąpienia podbójczego berła komu innemu.Tego Irek byłby nie przeżył.Chował więc „błazna” — do kieszeni i mówił zapalając papierosa:— Lecą na mnie!Lecą! och!...Akuszerka odbierająca Irka zaopiniowała w dwie minuty po urodzeniu się tego rozkosznego dziwotworu w następujących wyrazach:— Chłoptaś szelma śliczny jak lalka, do mamy podobny jak dwie krople wody. Będzie miał szczęście do kobiet!Ojciec — suchy, biedny, zawiędły urzędnik — stojący pod piecem z pieluszkamiw ręku, uśmiechnął się blado.— Jak Boga szczerze kocham — przyświadczała akuszerka, wodę na kąpiel szykując — będą za nim hrabiny latały, już ja się znam na tem!Słowa pani Malinkiewicz, powtarzane często w obecności już podrastającego Irka, głębokie nań wywarły wrażenie.— Powiedziała — o! powiedziała!... musiała coś przecież wiedzieć, z palca sobie tego nie wyssała.Uczył się, ale za to był bezustannie w fałdach kobiecych spódnic, wcześnie roznamiętniony i ofiarowujący się z miną znudzonej przymusowem dziewictwem kobiety. Odpychano go jednak, tak byłwstrętny, z oczyma zielonawemi, powleczonemi mgłą namiętności, z ustami wpół otwartemi o zaślimaczonych kącikach. Przez grzeczność, w obecności rodziców dziewczęta znosiły go pomiędzy sobą, unikając dotknięcia jego rąk zimnych i wiecznie spoconych. On — połykał upokorzenia, znosił przycinki, znajdując dziwną rozkosz w słowach obcych, widzących go w gronie dziewczyn.— Irek ma szczęście do kobiet! patrzcie!... zawsze jest pomiędzy niemi!...Gdy podrósł, zaczął się zastanawiać, czem właściwie można podbijać kobiety.Czytał wiele, zatrzymując się zawsze nad opisami bohaterów, którzy, szczególnie obdarzeni od natury, uwodzili po sześć kobiet dziennie, porzucając je później na pastwę tęsknoty i rozpaczy...Bohaterowie ci mieli przeważnie — „czoło wyniosłe, otoczone kruczemi kędziorami, twarze pociągłe, blade — nozdrza namiętne, rozdęte”. Jeden z bohaterów Balzaka, uwodziciel urzędowy, miał wargędolną lekko obwisłą „świadczącą o zmysłowości”...Zaczęły się więc tortury ciała Irkowego.Włosy smażyły się i piekły na żelazku od rurkowania spódnic, nieruchome i mięsiste nozdrza rozciągane palcami, nabrały pewnych ruchów przy wciąganiu powietrza, warga zaś dolna — ta nieszczęsna warga, miała rzeczywiście pozory zmysłowości „szalonej”.— Irek, co robisz z ustami? — wołała matka, cicha, potulna kobiecina, niemogąca pojąć jak zaszczytne stanowisko zająć ma jej syn w społeczeństwie.Projekt na „lwa” — tymczasem wargę ciągnął i nozdrzami ruszał, tworząc sobie w ten sposób maskę podbójczą, niezwalczoną...Wzrósłszy w lata i ciało, krępy i nabity, rozsadzający pełnością kształtów jasne garnitury, aplikował u jednego z adwokatów, zapełniając ciasną kancelaryę trywialną, ostrą wonią chypru. Lokował się przy drzwiach salonu, aby za każdemich otwarciem, rzucić w głębię przenikliwe spojrzenie, samą adwokatowę mające na względzie.Pani ta jednak — jakkolwiek w niebezpieczną trzydziestkę wkroczyła i miała lekki puszek na wierzchniej wardze posiadała tylko jedną namiętność, to jest... rurki czekoladowe napełnione kremem. Pochłaniała ich ilość obfitą, zmysłowe rozkosze na bok odkładając, namiętne przeto drżenie nozdrzy Irka zostawiało ją zimną, nawet nieździwioną w jej łakomem, kremowem rozleniwieniu.Demoniczny natomiast młodzian, obserwowany, popychany przez kolegów, widząc, iż nic nie zyska, przybrał... minę zwycięzcy i często w pustą głębię salonu rzucał porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechy, ku wielkiej radości całej dependenckiej rzeszy.— Wzięła się! wzięła! — szeptali do siebie, głowy z plik papierów wyściubiając.Irek brwi marszczył i rękę patetycznie wyciągał.— Proszę was — mówił — zaprzestańcie tych żartów. Podobnemi podejrzeniami obrażacie mnie i kobietę, która obdarza mnie sercem zaufanem!Milknął na chwilę, poczem dodawał z wysiłkiem:—...I której honor jest mi drogim!Było w tym głosie to „coś”, które drga zawsze w głosie mężczyzny, ile razy zapiera się miłostek z jakąś kobietą. Mówi „nie!” — a słyszy się najwyraźniej „tak!”Wreszcie — następował teraz — bukiet, wieńczący zwykłe podobnego rodzaju rozmowy.— Daję wam na to... słowo honoru!Wszystko tam było — i honor (och ten nieszczęsny!), i ręka na kamizelce położona, i przymrużanie oczów, słowem — cała lira.Mimo to, a właściwie mówiąc, dlatego — dependenci mówili w kilka dni później w gronie swych zaufanych przyjaciół:— Irek poleciał teraz na grandę, mężatka, szyk kobieta! Nie — on ma dziwne szczęście do kobiet!...A zapytywani przez rodzinę o panią adwokatowę, odpowiadali:— Phi!... kobieta nieszczególnego prowadzenia się! Podobno Irek... i to nie sam!... nie on jeden!Adwokatowa tymczasem kremem cała ubielona, ani przypuszczała jak czernieje jej dobre imię, jaka smutna przyszłość gotuje się dla jej córek — których matka, niedługo w opinii całego miasta zostanie „taką, co przez całą kancelaryę męża przeszła!”Powoli — Irek rozzuchwalał się coraz więcej.Tu i owdzie, jakaś pokojówka rozuzdana, sklepikarka lub dystrybutorka spragniona miłosnych wrażeń — zsuwała mu się w objęcia. On — wygłodzony, miłostki te skwapliwie przyjmował, dekorując je później w wytworne barwy, w opowiadaniach swych, wśród kilku przyjaciół. Franusia z drugiego piętra, cuchnąca mydlinami,była w tych opowieściach — panną „z bardzo przyzwoitej rodziny” — odwiedzającą go o szarej godzinie z panną służącą. Biedactwo! przybywało zawsze spłonione i drżące. Narzuciło mu się prawie samo a teraz on — z litości nad biedną, stosunek ten przeciągał, który, nawiasem mówiąc, nużył go niewypowiedzianie. Czuł bowiem do czego to zmierza, panna chce koniecznie doprowadzić go do ołtarza — lecz on, Ircio — bynajmniej tego nie pragnie!Tembardziej — że... niedawno zaplątał się jeszcze w znajomość z pewną wdową, majętną, posiadającą handel na jednej z pryncypalnych ulic, o!... wiecie! — sklep wspaniały — jubilerski, pełen brylantów, turkusów, rubinów...On — uległ także temu kaprysowi, pociągnięty wielką pięknością wdowy, lecz teraz radby się wywinąć uczciwie, jak na przyzwoitego człowieka przystoi.Wdową tą tymczasem — była dystrybutorka, rozlana w czterdziestce, którą przekroczyła, żółta i nędzna za skromnymkontuarem ubogiego sklepiku, na jednej z najbardziej oddalonych ulic miasta.Przyjaciele Irka cisnęli się teraz do niego, pełni tej dziwnej łatwowierności, jaką mają mężczyźni, wobec miłosnych blag patentowanego przez nich samych bezczelnika.— Irek!... Irek!... powiedz — jak się nazywa?Irek łyżeczką kawę mieszał z tajemniczą miną.— Nie wymagajcie! honor kobiety!...Lecz oni nacierali, pełni niezdrowej ciekawości starych plotkarek.— Czy znamy ją? powiedz?Irek ramionami ruszał.— Może... — rzucał z niechcenią.— Pani Strzelecka?— A... cóż znowu!— Pani Jacksohn?— Ależ...Uśmiechał się dwuznacznie, oczami demonicznie błyskając.— Ależ tak — ona — ona — nikt inny!...Lecz on porywał się nagle, godności pełen:— Proszę, zaprzestańcie tych domysłów. Gdyby nawet tak było... honor milczeć mi nakazuje!I nagle wdowa po jubilerze zostawała kobietą „kompromitującą się z jakimś dependentem”, istotą zgubioną, nieumiejącą nawet uszanować pozorów... Ta i owa, w chwili oburzenia, wróciwszy z „pod Raka”, gdzie grywa rozstrojona orkiestra, a gabinety zbudowane są z dziurawych desek — mówiła:— Wszystko przecież można... ale zachować trzeba pozory!...Koło kobiety robiła się pustka, której ona wytłomaczyć sobie nie umiała i nie mogła — a lewek Irek powtarzał tymczasem:— Gdyby nawet tak było — honor mi milczeć nakazuje!Och!... ten honor mężczyzn, lwów broniących czci kobiety, którą sami zszargali, ten honor dzwoniący, jak fałszywa moneta— „qu'allait-il faire donc, dans cette galère?”Powoli, Irek rozzuchwalał się jeszcze więcej.Trzeba było słyszeć tę potworę mówiącą o kobietach w ogóle, zwłaszcza gdy wypił filiżankę czarnej kawy z figową cykoryą, pod werendą dystyngowanej cukierni.— Kobiety!... hm — wiedział on dobrze co znaczy to słowo! Trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości... tak!... tak!... trzysta czterdzieści siedem! ani mniej ani więcej! Zna więc do gruntu te istoty, które bez wielkich wysiłków przykuć do siebie na zawsze można. Gorący pocałunek, w ucho naprzykład, zupełnie wystarcza! On to próbował nieraz i żadna mu się nie oparła! a ileż ich przez ręce mu się przewinęło! Blondynki, brunetki, rude, ba!... nawet jedna siwa, lecz młoda i piękna! Wybierał zawsze bowiem piękne i dobrze zbudowane... wszak tyle jest tego na świecie!... mój Boże — ręką tylko siegnąć... już jest i tonie byle co, szyk, elegancya, inteligencya! wszystko!Cóż? — kobieta? — istotnie słaba, bez woli — lgnąca do trochę przystojniejszego mężczyzny na oślep. Tak zwanych „uczciwych” — phii!... to okazy do wypchania, niema ich poprostu. Irek takich nie znał, wreszcie... on za nikogo, za żadnąby nie ręczył!...Podkreślał te słowa, przybijając tem słuchaczy. A wreszcie — gdyby oni byli na jego miejscu i przeszli to, co on przeszedł — widzieli kobiety napozór zacne, święte, nieskalane... szalejące w chwili ekstazy miłosnej w jego objęciach jak kurtyzany! — a!... tak! tak, jak proste kurtyzany!Od pewnego czasu upodobał sobie wyraz „kurtyzana” — i szastał nim na prawo i lewo, wsłuchując się w dźwięk tego teatralnego słowa.— Zresztą — ciągnął dalej, paznogcie sobie oglądając — życie trzeba brać jak jest! Kobieta jest przyjemnem narzędziem rozkoszy i miłą rozrywką. Tylko...Tu składał ręce jak do modlitwy.— Na Boga, panowie, nie żądajcie niemożliwego! nie chciejcie widzieć w kobiecie istoty na wieki do was przykutej, bo w ten sposób — życie będzie dla was męczarnią. W młodości mej... wiedziałem coś o tem!Pozował się melancholijnie, głowę na dłoni wspierając.— Tak!... tak!... — kończył cichym, przytłumionym głosem — początkowo brałem komedyę miłości na seryo. To mnie zabijało! Dziś, nie kocham! pozwalam się kochać... i czuję się o wiele szczęśliwszym.Uśmiechał się, usta oblizując — w kącikach mu kawa pomieszana ze śliną czerniała.— Teraz, już trzysta czterdzieste ósme przedstawienie nie kosztuje mnie nic i bez najmniejszego wzruszenia o schadzce wieczornej myślę. Ot — spędzić wieczór z kobietą, jest dla mnie to samo, co... filiżankę kawy wypić!Pełen dezinwoltury, wspaniały, nadzwyczajny, sączył resztę fusów osiadłychna dnie filiżanki. Słuchano go z religijnem skupieniem.Swadę miał i widoczną gruntowną znajomość przedmiotu.Czasem miał odpowiedzi, które po prostu historycznemi się stały, rywalizując ze słowem Cambronne'owi przypisywanem.Przykład:Jeden z młodzieży — wkraczający dopiero w dziedzinę galanteryi, zauważył nieśmiało, że pomiędzy „szwaczkami” wiele się znajduje dowodów szczerego przywiązania i miłości.Dyskutowano trochę, ten i ów opozycyę zakładał, wreszcie zwrócono się do Irka, który ostentacyjnie jakiś list na różowym papierze nabazgrany czytał.— Jak pan sądzisz?... szwaczki? co?Irek oczy zmrużył.— Szwaczki? — odpowiedział po chwili z niezrównanem roztargnieniem — szwaczki?... je n'en sais rien?... nie znam!...Od pewnego czasu używał francuzczyzny, ucząc się zdań pojedynczych i rozmówek pani Bocquel.— Nieznasz pan szwaczek? — pytano ze zdziwieniem. On, demoniczny wzrok wokoło ciskał:— A, od czegóż... damy? — zapytał.Razem z latami, wzrosła w tym mężczyźnie dziwna zaciekłość udawania kochanka każdej choć trochę wybitniejszej lub bardziej znanej kobiety.Zwrócił się przedewszystkiem do — teatru.Poznał jakąś nędzarkę, chórzystkę — obarczoną kilkorgiem dzieci, zaglądał często do jej biednego mieszkania, i teraz, nagle zaczął pastwić się nad aktorkami.Od owej chórzystki — wyciągał niektóre szczegóły co do artystek stojących na stanowisku i szargał je w błocie rozpusty, obmawiając w najcyniczniejszy sposób.Pisywały do niego! o! tak — nawet bardzo często, cierpiąc po prostu na manię listów! Lecz on — jakkolwiek chwilami znajdował pewne upodobanie w towarzystwie „tych pań” — umiał postawić się na odpowiedniej stopie. Mój Boże!... wiadomo bowiem jak przewrotną jest kobieta — a cóż dopiero aktorka! Tej ostatniej głównie chodzi o świecidełka, błyskotki. Rzuca się więc jej ten okup i flirtuje wesoło w jej buduarze. Co jeszcze mają najlepszego w sobie aktorki — to umiejętność urządzania buduarów.I dyskretnie dawał rozmaite szczegóły.U tej naprzykład buduar cały różowy ma na szezlongu rzuconą białą niedźwiedzią skórę, u tamtej buduar w kształcie oryentalnego namiotu, u innej znowu lustra, lustra i lustra.Jeszcze inna nie miała buduaru, przyjmowała zwykle w saloniku, w którym była zaciszna alkowa, wybita liliową draperyą. Aktorka miała jasne złociste włosy,zwyklerozpuszczone i wielkiekoronkowe rękawy, któremi zamiatała ziemię.Nawet na nim, na Irku robiło to pewien efekt, dlatego przesiadywał tam często, powtarzając z „tą panią” — jej role.Ależ tak — tylko role, a wreszcie...Tu — był już dyskretnym.Dobra wiara, którą zaszczycano go od lat kilku, wyrobiła w nim bezczelność, posuniętą do niemożliwych granic.Opinia aktorek, szarpana zwykle przez wszystkich, dla tego lwa była prawdziwym kęskiem królewskim, na który rzucał się s całą zajadłością.Aktorki!... fiu!.. wszystko — kurtyzany!...Rzecz ceny — nic więcej!Ramionami wzruszał, usta wydymał — pełen szlachetnej pogardy dla tych istot ujrzanych zaledwie zdaleka, wśród blasku gazu, w szeleście jedwabnych spódnic i całej fali koronek.Serce mu biło gwałtownie, gdy ujrzał którą przechodzącą ulicą.Jeśli nie był sam — pociągał gwałtownie swego towarzysza i przechodził na drugą stronę ulicy.— Dlaczego to robisz? — pytał towarzysz — patrz, idzie Morelka, przywitasz się z nią... może mnie przedstawisz?Irek brwi marszczył, głowę odwracając.— Dziwny jesteś — odpowiadał — nie wiesz, że oddawna nie znam tej pani?Lub zapuszczał się dalej w efronteryę, mówiąc junacko:— Witać się z nią? cóż znowu, przecież ja nie mogę się tak kompromitować!Przechodził szybko, głowę do góry niosąc, z ustami wydętemi pogardliwie, ironicznie — pogwizdując jakąś urywaną melodyę.Aktorka tymczasem szła powoli, nie przypuszczając, że po drugiej stronie chodnika szedł człowiek — rzucający nanią błotem, dający jej miano „kurtyzany” i mówiący z pogardą:— Ta pani, to rzecz... ceny.Niezrównaną miał fantazyę, ten kreowany przez akuszerkę pożeracz serc kobiecych. Wyjeżdżał raz do Wiednia i zawadził o Wenecyę. Było to już po śmierci matki i trochę klejnotów przez nią pozostawionych przeszło w ręce żydów, dla opłacenia kosztownej dla Irka w świat wycieczki.Lecz za to z powrotem, ileż legend opromieniło demoniczną postać lewka!...Wiedenki — hm... cóż! Wiedenki — namiętne, rozmarzone, wysiadające na ławkach Stadtparku podczas księżycowych nocy.Sentymentalizm straszny... samobójstwo w perspektywie! zapewne — sensacyenowe i dość miłe, lecz dla człowieka,który trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości — zanadto wstrząsające.Wspanialsze o wiele włoszki, wenecyanki, tajemnicze, pełne ognia i nieopisanej zmysłowości... A gondole! ach!...Irek głową w takt wioseł kiwał i oczy przymykał uśmiechnięty, pełen rozkosznych wspomnień. Czasem... barkarollę Troschla nucił fałszywie i powtarzał jak papuga:„T'amo!”Raz — w chwili zwierzeń wyznał, iż przechodzącego placem Św. Marka, dojrzała go pewna księżna karmiąca gołębie i wieczorem — w gondoli swej uwiozła.Na Canale grande nauczyła go słowa — „t'amo!”W rzeczywistości Irek mieszkał w Wiedniu na Leopoldstadt, został w Stadtparku zwymyślany przez jakąś mäderl — wracającą z „Waschanstallt” — a w Wenecyi, wynudziwszy się nad cuchnącym kanałem, napróżno usiłował pozyskać względy dziewczyny posługującej w hotelu,grubej trywialnej włoszki, czeszącej się raz na trzy tygodnie...W kilka miesięcy później, Irek kupił sobie wąskie porte-bonheur i kazał je zakuć na ręku.Było to szczytem elegancyi i szyku.Wysuwał teraz rękę z pod mankietu i błyskał złotem bransoletki, drażniąc ciekawych niezwykłem tem zjawiskiem.Gdy go pytano — wymijał zręcznie odpowiedzi, honorem się znów zastawiając...Szczególniej w teatrze imponował bezustannie, bransoletkę na rękę naciągał i pod oczy nią siedzącym w krzesłach kobietom świecił.Niektóre mówiły:— Patrz! to monstrum ma bransoletkę!Inne, zaciekawione istotnie, rzucały badawcze spojrzenia.Irek, uszczęśliwiony, nadymał się jak żaba, porte bonheurem o szpinki dzwonił i przeginał się z nonszalancyą przez baryerę krzeseł.W tym czasie przeczytał „Siostry Rondoli” i „Safo”. Mówił przeto wiele o francuzkiej literaturze i o głębokości studyów nad kobietą, dokonanych przez Maupassanta i Daudeta.Rozmarzywszy się raz fałszowaną chartreuse'ą, ułożył nagle cały romans o jakiejś tajemniczej, czarnoubranej kobiecie, która od dni kilku przychodziła do niego o zmroku wieczornym.Miało to być „coś z arystokracji” — spowitego w batyst i blondyny(!) i pragnącego u stóp Irka pozostać do śmierci.Słuchacze zainteresowali się tą opowieścią i przez kilka tygodni, tajemnicza dama unosiła się, jak mistyczne zjawisko po nad głowami mężczyzn. Powoli — zapomniano o niej. Irek — przestał mówić, znużony własnem kłamstwem.Minęło kilka miesięcy.Nagle przypomniano sobie tajemniczą damę i rzecz naturalna, zapytano o nią Lewka. On przez chwilę stał osłupiały,niemogąc przypomnieć sobie — o co tu właściwie chodzi.Wreszcie pamięć mu wróciła.Do dyabła! cóż teraz zrobić z tą całą historyą! Plątać ją dalej — jak? — konceptu mu zabrakło.Nagle wspaniała myśl zaświtała mu jak gwiazda zbawienia.Uśmierci ją!Tajemnicza dama umrze...I z ponurą twarzą, grubym głosem, opowiedział pochylony nad swoją kawą — że — czarna dama umarła w Nicei... na suchoty, miesiąc temu, a ostatnie jej słowo było „Ireneusz”...Powiedziawszy to — zamyślił się głęboko, smutny i znękany.Słuchacze uszanowali jego boleść — ogólnem milczeniem. Od tej chwili, aureola cierpienia otoczyła czoło Irka; zaczął chodzić zgarbiony, jakby smutkiem do ziemi przyciśnięty.Pluł wzgardą na wszystkie kobiety tęskniąc do tej jednej, szacunku i miłościgodnej — która „odeszła w dal ciemną — pod błękitnem niebem Italii”.— Cóż znowu! — pocieszali go przyjaciele — trudno ginąć z tęsknoty dla trupa. Miej siłę! oprzytomniej, Irku!Lecz Irek pozował teraz coraz więcej, drapując się w szatę tragiczną. Fikcyjna kochanka zaczęła dlań przybierać kształty. Po upływie pewnego czasu nabrał przekonania, że — — czarna dama, rzeczywiście istniała.Teraz w węzeł krawatu wpinał szpilki w formie trupich główek, ubierał sięciemno, cały żałobny jak karawaniarz.Chwilami miał chęć sprawienia sobie krepy przy kapeluszu.Słowem, był to wdowiec, wdowiec opłakujący istotę, która, nie istniejąc, śmiercią swą pogrążyła go w bezmiarze boleści.I często z zamglonemi oczyma siadał w gronie swych przyjaciół, aby wywnętrzyć ból swój drżącym od wzruszenia głosem.Jeśli go kto w życiu kochał, o! to pewno ta jedna!... Była mu cała oddana, pomimo odpychającego chłodu, z jakim miłość jej przyjmował!Uderzał się w czoło z rozpaczą.— Byłem względem niej niegodziwy — wołał — lecz czyż to była moja wina! Popsuły mnie te wszystkie inne, popsuły, bo trzysta czterdzieści siedem razy musiałem grać z niemi komedyę miłości. A czy która z nich była warta tego?...— Przecież adwokatowa... — przerywano mu półgłosem.— Och!... ona!... — i tu Irek mścił się za lekceważenie okazywane mu przez amatorkę kremu. Och, ona szczególniej!... głupia, zła, gadatliwa, narzucająca się, nudna i chuda!... o tak, chuda w przerażający sposób. Stanikiem dobrze zrobionym okłamywała ludzi... lecz, on — Irek, wiedział czego się ma trzymać...Nie krępował się już teraz w słowach, rozbierając brutalnie kobiety, o których istnieniu wiedział zaledwie. Podniecony,wściekły — mścił się za każdą obelgę, każde odepchnięcie, wyrzuceniem z siebie całej masy kłamliwych szczegółów piętnujących kobietę jak rozpalonem żelazem, na dowód przytaczając tajemnice alkowy, sekreta ciała, ukryte wady lub wdzięki.I tylko dla nadania sobie pozy i uroku powracał ciągle do zmarłej, wysławiając ją jako ideał piękności i wdzięku.— Włosy miała czarne jak kruk i do pięt sięgające — mówił, potrząsając głową — oczy szafirowe, twarz bladą... nie! — opisać jej niepodobna, a wreszcie, chcecie? — pokażę wam jej fotografię?Radość w tłumie powstała ogólna.— Ale, przysięgnijcie mi na honor, iż nigdy żaden nie da poznać po sobie, że widział ten portret w rękach moich!Słuchacze, powstawszy, na honor przysięgli.Gdy Irek do domu powrócił, uczuł kłopot niemały.Przyrzekł pokazać fotografię zmarłej — hm!... dobrze, ale zkąd fotografię tę dostać?Niewypada nic innego tylko kupić jakiś „gabinet” — i przyjaciołom przed oczyma błysnąć. Nazajutrz, wczesnym rankiem, pobiegł Irek do ateliers fotograficznych.Podał się za heliominiaturzystę amatora, chcącego nabyć kilka fotografij, celem robienia studyów.Podano mu całe stosy wybiórków, portretów osób, które nie zastrzegły sobie sprzedaży publicznej.Irek szukał długo, wreszcie — wybór jego padł na silną brunetkę, o wielkich ciemnych oczach, owiniętą masą białej gazy.Wydała mu się nadziemską w tym jasnym obłoku. A — zjawisko, widmo zmarłej a nieznanej kochanki.— Kto jest ta dama? — zapytał.Fotograf pokręcił głową.— Nie pamiętam prawdziwie — odparł — fotografia ta zdejmowana już lat kilka temu. Zdaje mi się jednak, że ktoś z prowincyi.— Nietutejsza?— O! za to ręczyć mogę!— Tem lepiej!Zapłacił, fotografię zabrał i cały przejęty ważnością chwili, dzień spędził w gorączce i oczekiwaniu.Co chwila fotografię wyjmował i przyglądał się rysom brunetki. Była przystojną, choć cokolwiek mało miała dystynkcyi. Jakiś uśmieszek w kącikach ust się błąkał, za wiele widać było piersi.Gaza ratowała jednak wszystko.Z nadejściem wieczoru, Irek do cukierni pędził — i pomiędzy zebranych już mężczyzn wpadł.Porwali się wszyscy, zaciekawieni jak stare baby, wyciągając ręce.— Fotografia? o! pokaż! pokaż!On — stał teraz boleśnie wykrzywiony i powoli kopertę odchylał.Portret wyjąwszy, spojrzał i westchnął.— Tak!... to ona!... moja święta — jakby przemówić miała!I fotografię najbliżej stojącemu podał a sam, jakby boleścią przybity, na krzesło się usunął.Lecz nagle, serdeczny, wesoły śmiech rozległ się w powietrzu.Jeden z grona mężczyzn, świeżo z Łodzi przybyły, machał w ręku trzymaną fotografią „świętej — zmarłej”, zanosząc się ze śmiechu.— Ależ to Wikcia! — wołał — Wikcia z Grand hotelu w Łodzi — ta... co się tu w Warszawie teraz puszcza!Lewek głowę podniósł i ogłupiałym wzrokiem na śmiejącego się patrzał.VIII.Małpa.Że Olka była małpą w całem słowa tego znaczeniu, o tem wiedziało nietylko całe Żółkiewskie, ale nawet i het daleko aż po za rogatkami znano jej rudy, wiecznie rozczochrany warkocz i kaftanik w kratki, wydarty na łokciach a aksamitem u szyi ubrany.Szczególniej wieczorami, o zmroku — pełno jej było po wązkich uliczkach przedmieścia.Wiadomo było po co się po cieniu słania, od czasu do czasu tylko pod latarnię podchodząc; dzieci małe znały ją nawet i palcem wskazywały, mówiąc z przedwcześnie rozwiniętą złośliwością:— Małpa! idzie małpa!...Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią i rzucała gradem łupin od orzechów, których miała zawsze pełne kieszenie.Urodzona na przedmieściu, wychowana w cieniu kamienic, córka stróża, gnieżdżącego się w zatęchłej suterynie, podlotkiem zaledwie uciekła, pozostawiając po za sobą ojca, młodszego brata, wiecznie zamorusanego Wicka i kij, którym ojciec zwykł był dzieciom na dobranoc kości łamać. Nie był to jednak zły człowiek, pracowity, przeważnie trzeźwy i zupełnie uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał ciężko i do samego zgonu widząc ćmy nocne, czerniące się w głębi wązkich uliczek, dławił się z wściekłości na samą myśl o losie Olki.Ona przeniosła się w inne strony miasta i tam, wiążąc zatłuszczone wstążki na głowę, z szelestem świeżo wykrochmalonych spódnic, spadała na ulicę o szarym zmroku, razem z całem stadem szarańczy po kątach ciemnych czatującej.Znały ją stawy Pełczyńskie i szumiące dokoła nich brzozy, znał ją Węgliński lasek,cały w zieleń aksamitu spowity; — powoli całe terytoryum miasta na wschód się pchającego Olka zajęła w swe posiadanie, prezentując wszędzie swą twarz płaską, ospą znaczoną i z nosem zadartym, z wargami mięsistemi, w obramowaniu ostro najeżonych włosów o rudawym, niepewnym połysku.Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za swą kolebką, za tem Żółkiewskiem, które bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy i rozlewa się potem w drobne, małe, ciemne zaułki, pomiędzy domami zapchanemi żydostwem, płynące.Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic, rozweselonych purpurową barwą pierzyn z ganków i z okien zwieszonych, tych dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających się na zielony plac mustry, lub cały szereg fortyfikacyj w mgłę błękitną spowitych. Tęskniła za gwizdem pociągów, przelatujących wesoło po nasypie żółcącym się w oddali, pragnęła odetchnąć wonią kasztanów, płynącą z bukietu drzew ogrodu Inwalidów, z pośród których wystrzelałw górę biały, czysty gmach o harmonijnie pięknych liniach.Pod drzewami temi Olka przesypiała nieraz całe popołudnia, gdy zamiast iść do szkoły, wolała podchodzić pod łokcie przechodniom i, skomląc, wyżebrać parę centów. Najadłszy się owoców lub pierników, cała zamorusana, rzucała się w trawę, tuż około fontanny, z której płynął wązki srebrny bicz wody.Dziewczyna zasypiała, zaciskając mocno powieki, cała czerwona, zdenerwowana, podniecona bezczynnością i dniem upalnym.Usta jej szemrały słowa bez związku, ręce otwierały się kurczowo.A tymczasem kasztany szumiały, ciało jej przeświecające przez łachmany spódnic wachlując swemi szerokiemi liśćmi, przez które spływało słoneczne światło, wielkiemi zielonymi plamami się znacząc.Olka chwile te pamiętała dokładnie.Gdy po nocy, spędzonej w knajpie, z głową ciężką i ustami spieczonemi, wracała do swej nory — cieplejszy powiew wiatru budził w niej myśl jedną.A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!Ba — lecz ojciec!Ojca bała się jak ognia.Wiedziała, iż szukać jej nie będzie, lecz — gdyby mu pod oczy podlazła!...Snuła się więc znów po „Rurach” — omijając starannie czerniącą się sylwetkę policyanta.Czasem przemknął się koło niej terminator bosy, obdarty, zasmolony.Podskoczył, gwizdnął i zajrzał w oczy rozczochranej dziewczynie, mknącej wzdłuż kamienic.Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał przeraźliwym głosem:
Pod ścianą kredens, na wpół otwarty, z wysuniętym blatem, ukazywał ubogie wnętrze zapełnione blaszanemi puszkami cukru, kawy i herbaty. Wielki bochenek chleba świeżo napoczęty, rozkładał wśród masy okruchów swe ciemnawe wnętrze, okolone brunatną spieczoną skórą.Pod oknem maszyna do szycia, na wpół przykryta sztywną merlą zszywanej spódnicy, i krzesełko wyplatane odsunięte na środek pokoju.Dokoła stołu kilka krzeseł wyplatanych i dwa wysokie foteliki dziecinni: z zasuwanemi linijkami. Na jednym poduszeczka czerwona perkalowa i przewieszony przez poręcz śliniaczek szydełkowy, nawleczony czerwoną tasiemką. Wszystko to jednym rzutem oka objął Seweryn. Jakieś dziwne przygnębienie ogarniało go wśród tych ścian pustych, przed tym ubogim stołem, pośród tej duszącej woni kuchennej i stukotu tasakao stolnicę, dolatującego z po za drzwi źle przymkniętych.Cała nędza rodzinnego życia, smutnego, pełnego poświęceń, prywacyj i obowiązków — zdawała się spływać tu z trywialnością trosk codziennych. Tylko różowa i uśmiechnięta twarzyczka chłopca miała w sobie świeżość małego egoisty, zabierającego w swe płuca najzdrowsze cząstki powietrza, a w usta najlepszy kęs mięsa i największy kawał chleba.I znów oczy Seweryna spoczywały na drobnej a dobrze rozwiniętej postaci dziecka, które, pogwizdując lekko, wyszarpywało z bochenka chleba kawałek ośrodka i, maczając go w solniczce, zajadało ze smakiem.Seweryn przypomniał sobie, że, dzieckiem będąc, lubił namiętnie chleb z solą i zakradał się przed obiadem do sali jadalnej, aby wyprosić u lokaja kawałek ośrodka.Wspomnienie to sprawiło mu pewien rodzaj przyjemności.Mimowoli uśmiechnął się do chłopca uśmiechem koleżeńskim, przyjemnym, porozumiawczym.Malec nie został mu dłużnym.Jakby w zwierciadle odbił się na różanych ustach dziecka uśmiech mężczyzny.Te same zadrganie nerwowe kącików, te same zmarszczenie brody.— To dobre przed obiadem — bełkotał chłopiec i uderzył się znów po klatce piersiowej, smarując przód flanelowej białej bluzki tłustemi rękami.Seweryn stał ciągle przy ścianie, obserwując dziecko. Poddał się bezwiednie pociągowi ku tej małej, kędzierzawej główce, kręcącej się przed nim w mgławem świetle dnia jesiennego. Chłopiec ten zaciekawiał go i śledzić wzrokiem za sobą kazał. Szare źrenice z pod długich rzęs błyskały mu pożądliwie, gdy skubał ośrodek chleba... tęgi kark odsłaniał się z szeroko rozwartego kołnierza bluzy, kark o zarysach wspaniałego w przyszłości samca,podbijającego kobiety siłą sprawianej rozkoszy.Na karku tym zatrzymał się dłużej wzrok Seweryna, zdawało mu się, ze gdzieś już widział podobny szmat ciała, tylko większy, grubszy, porosły krótkiemi włosami, majaczący we mgle zestawionych umiejętnie luster... i osłonięty draperyą białej flaneli.— Teraz pokażę panu dziecinny pokój, później mamci i kuchnię!Z łoskotem malec szarpnął drzwiami i przed oczyma Seweryna ukazał się pokój podłużny, zastawiony pod ścianami małemi łóżeczkami, okrytemi kołderkami z pąsowego, wytartego kaszmiru. Duży stół zarzucony książkami i zabawkami czernił się na środku.Koło pieca suszyło się prześcieradełko, na ziemi leżała naga lalka, z której sypały się trociny.Jakieś gorąco wilgotne panowało tu, wyziew mokrej bielizny i rozlanych na podłodze mydlin.Pod stołem siedziała malutka dziewczynka, wydzierająca kartki z wielkiej książki.Pod oknem, na obdartym skórzanym koniu huśtał się czteroletni chłopczyk, chudy, anemiczny, wybladły.Chłopiec oprowadzający Seweryna, jak szalony rzucił się ku dziecku kołyszącemu się na koniu.— Złaź! to mój koń! złaź natychmiast!I silny, z pasyą wyrytą na drobnej twarzyczce, strącał młodszego brata, który z pokorą dziwną złaził z siodła, zaczepiając się o powiązane sznurkami strzemiona.Chłopiec, cały purpurowy, z krwią nabiegłą do oczów, rzucił się teraz pod stół i wyrwał dziewczynce książkę.— Ty, oddaj, to moje!Książkę rzucił na łóżko, poczem porwawszy za łeb konia, wsunął go w kąt tuż przy łóżku, które zapewne było jego miejscem spoczynku.Dzieci — milczące, przytuliły się do siebie, nędzne, drobne, małe — poddając się brutalnej przemocy, jaką wywierał nad niemi ten chłopak, zdający się rządzić tu bezpodzielnie, brać pod swe panowanie wszystko, co było jeszcze do wzięcia w tej nędzy urzędniczej, w tych ubogich sprzętach powleczonych kurzem trywialności.Seweryn znów oparł się o ścianę i śledził wzrokiem drobną postać chłopca, który z wysiłkiem pakował konia na łóżko.I zdawało mu się, że dziecko to jest mu doskonale znajome, że widywał je codziennie dawniej i teraz odnalazł nagle wraz ze wszystkiemi ruchami, tonacyą głosu, karnacyą skóry...Wreszcie — rzecz dziwna, Seweryn odczuwał jakby z jego wnętrza coś się oderwało i poruszało się teraz w małych a silnych członkach tej istoty, nurtowało tę kędzierzawą głowę, objawiało się w suchych, urywanych zdaniach, wyrzuconych z tej klatki dziwniewydętej pod cienką tkaniną białej flaneli.Nagle — drzwi w przeciwległej ścianie otworzyły się na rozcierz i stanęła w nich kobieta okryta ciemnym, flanelowym szlafrokiem, wiszącym luźno na wychudłem jej ciele.Stanąwszy w ramie drzwi, które po za nią rozwarły się szeroko, ukazując profil łóżek okrytych brązowemi kapami i przedzielonych małą ciemną szafką, wyciągnęła rękę ku hałasującemu dziecku.— Maniek! — wyrzekła suchym, bezdźwięcznym głosem — nie hałasuj, wiesz że mnie głowa bo...Reszta słów uwięzła jej w gardle.Dostrzegła Seweryna i obiema rękami schwyciła się za piersi.Pobladła jak ściana i na chwilę oczy przymknąwszy, oparcia ciałem szukała.On — poznał ją także, poznał odrazu, jakkolwiek straszną zmianą te lat siedem naznaczyły się na jej twarzy.Był to szkielet Anny — tej Anny, która podniosła się wśród blasków bizantyjskiej lampy, milcząca i blada — i odeszła z płodem cudzołożnym w łonie, niewymówiwszyani słowa do swego wspólnika.Teraz stali przed sobą, oboje bledzi — mając pomiędzy swemi ciałami całą przeszłość pieszczot, zmysłowych porywów i chwilę rozstania gorzką i gwałtowną, z początkiem brzemienności kobiety.Wreszcie — ona odzyskała przytomność i podniosła głowę.W wyblakłych jej oczach, otoczonych sinawemi cieniami, zadrgała cała gama nienawiści głuchej, tajonej wśród nocy bezsennych, na szafocie małżeńskiego łoża, wśród których do krwi gryząc wargi, taiła wyznanie prawdy, rwące się na usta w porywie bezdennej rozpaczy i cielesnego obrzydzenia.Wszystko to mignęło w jej oczach i padło na twarz Seweryna, jak uderzenie biczemcienkim a wiązanym w silnie zadzierzgnięte węzły.— Czego? — zapytała.Mężczyzna milczał, nie mogąc zdobyć się na odpowiedź.Ta kobieta wydała mu się w tej chwili straszną, tragiczną, wielką w swym gniewie.— Czego? — powtórzyła.Czuł, że odezwać się musi.— O... mieszkanie — wyjąkał, pocierając jedną łydkę o drugą.Kobieta uśmiechnęła się ironicznie.— To mieszkanienieodpowiedniedla pana, wyjść proszę!...Wyciągnęła drżącą rękę w kierunku drzwi.Seweryn stał jednak ciągle, zmieszany, z oczyma spuszczonemi w ziemię.— Wyjść proszę! — powtórzyła kobieta.Lecz on, powoli, nieśmiało wzrok swój od ziemi oderwał i na chłopca stojącego koło łóżeczka przeniósł.— To... on? — zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem.Na twarz kobiety wystąpił rumieniec.— Wyjść... proszę! — powtórzyła przyciszonym głosem.Seweryn patrzał wprost już w twarz chłopca, który, odstąpiwszy od łóżka, znalazł się pomiędzy nim i matką, a wsadziwszy ręce w kieszenie od kurtki, łydki wygiąć pierś naprzód podał i z uśmiechem na Seweryna spoglądał.I był to on! on sam w zmniejszonym formacie, on — egoista, on — samolub, on — brutalny samiec tyranizujący wszystko! Kukułcze pisklę zagarnęło gniazdo dla siebie, rozpierając się w niem z zuchwałością bękarta...W oczach kobiety szkliły się łzy, głowę oparła o ramę drzwi i ponuro patrzyła przed siebie.Seweryn machinalnie rękę ku dziecku wyciągnął.Sięgnął jak po swoją własność, zapominając, że w nikczemnym egoizmie swoim stracił prawo do istoty spłodzonejprzez siebie i podrzuconej nieznanemu człowiekowi.Lecz Anna nagle, jak hyena, porwała się ode drzwi i schwyciwszy dziecko jedną ręką, drugą chudą i drżącą wyciągnęła z wspaniałym gestem silnej w swem prawie kobiety.Z po zaciśniętych zębów wybiegło jedno jedyne słowo:— Precz!...I słowo to było tak silne, tak tętniące obietnicą niecofnięcia się przed niczem, iż Seweryn po raz pierwszy w życiu ustąpił nędznie przed wzrokiem kobiety, kurcząc się i cofając ku wyjściu, jak znikczemniałe wypędzone z cudzego legowiska zwierzę...VII.Lewek.Małe to było, brzydkie, krępe, na krzywych nogach osadzone, z głową kudłatą i z bezczelnem spojrzeniem w zielonawych, świdrowatych oczach, których usiłowaniem najgorętszem było rzucać piekielne podbójcze błyski.„Demoniczny jestem”, mawiał, pukając się w wypukłe piersi, okryte wykrochmaloną koszulą, „demoniczny bestya, jak chyba nikt na świecie”. I pakował gałkę od laski w szerokie usta, które oblizywał ciągle, grubym, sinawym językiem. Nogi obute w płytkie lakierowane pantofle wyciągał przed siebie, ohydny, trywialny, śmieszny pod jasnym blaskiem porannego słońca filtrującego złotawe światłoprzez liście kasztanów nad ławkami się zwieszających.Spoglądał na przechodzące kobiety z lekceważeniem pozornem a z utajoną lubieżnością. Kiwaniem nogi, wydęciem ust, zdawał się mówić jak sułtan rozparty na sofie w haremie.„No! któraż tam!... Pan czeka!...”Lecz w myśli powtarzał sobie:„Ach!... żeby też która!...”Lecz kobiety mijały go szybko, nie zwracając nań najmniejszej uwagi. Czasem zasłaniały się parasolkami, aby uniknąć jego natrętnego i bezczelnego spojrzenia, które on uważał za szczyt demoniczności. Często — gdy zniecierpliwiony, rozdrażniony, wstawał z ławki i z arogancyą zaglądał pod ronda kapeluszy mężatek pilnujących dzieci, lub następował na pięty dziewcząt uśmiechających się w promieniach słonecznych — ta i owa mruknęła przez zaciśnięte zęby:— Błazen!On wtedy zaciskał zęby z wściekłością, przybierając pozornie rozpromienionywyraz twarzy. Siedzący bowiem na ławie przyjaciele śledzili go z uwielbieniem, patrząc, jak „zachodzi” — i jak kobiety rzucają mu w przelocie jakieś słowa, które on, szczęśliwiec! z uśmiechem niedbałym przyjmuje. Gdy powracał do ławki, kołysząc się na swych krótkich, kaczych nogach, gołowąsy młodzieniaszek w świat podbojów wchodzący, zapytywał:— I cóż? i cóż? co one powiedziały?...Ireneusz wydymał dolną wargę:— Ha! lecą na mnie!Po ławce rozchodził się szmer uwielbienia.Wiadomo bowiem, że Ireneusz należy do tych wybrańców, którzy mają szczęście do kobiet! Już w czwartej klasie miał taką reputacyę, gdy za brązowemi spódniczkami pensyonarek gonił, spocony, czerwony, kroplami potu na krótkiej, niekształtnej szyi okryty.Pensyonarki pluły, złościły się, obrzucały go rozmaitemi epitetami, on to wszystko ze stoicyzmem znosił — wiedząc, że w oczach kolegów rośnie na zjadaczaserc panieńskich, na don Żuana, na kobieciarza! Podtrzymując reputacyę swoją, pracował i nadal w tym kierunku, zamieniwszy tylko teren swych manewrów, wiecznie w pogoni za kobietą, zawsze głodny a udający przesyconego, drżący na szelest krochmalnej spódnicy pokojówki a ziewający na widok koronek wyłaniających się z pod sukni szykownej strojnisi.Szlachectwo zobowiązuje!Reputacya Irka była ustalona.Demoniczny i szczęśliwy do kobiet!...Tylko tyle.Godność tę trzeba było dźwigać na swej kwadratowej głowie pod grozą śmieszności i odstąpienia podbójczego berła komu innemu.Tego Irek byłby nie przeżył.Chował więc „błazna” — do kieszeni i mówił zapalając papierosa:— Lecą na mnie!Lecą! och!...Akuszerka odbierająca Irka zaopiniowała w dwie minuty po urodzeniu się tego rozkosznego dziwotworu w następujących wyrazach:— Chłoptaś szelma śliczny jak lalka, do mamy podobny jak dwie krople wody. Będzie miał szczęście do kobiet!Ojciec — suchy, biedny, zawiędły urzędnik — stojący pod piecem z pieluszkamiw ręku, uśmiechnął się blado.— Jak Boga szczerze kocham — przyświadczała akuszerka, wodę na kąpiel szykując — będą za nim hrabiny latały, już ja się znam na tem!Słowa pani Malinkiewicz, powtarzane często w obecności już podrastającego Irka, głębokie nań wywarły wrażenie.— Powiedziała — o! powiedziała!... musiała coś przecież wiedzieć, z palca sobie tego nie wyssała.Uczył się, ale za to był bezustannie w fałdach kobiecych spódnic, wcześnie roznamiętniony i ofiarowujący się z miną znudzonej przymusowem dziewictwem kobiety. Odpychano go jednak, tak byłwstrętny, z oczyma zielonawemi, powleczonemi mgłą namiętności, z ustami wpół otwartemi o zaślimaczonych kącikach. Przez grzeczność, w obecności rodziców dziewczęta znosiły go pomiędzy sobą, unikając dotknięcia jego rąk zimnych i wiecznie spoconych. On — połykał upokorzenia, znosił przycinki, znajdując dziwną rozkosz w słowach obcych, widzących go w gronie dziewczyn.— Irek ma szczęście do kobiet! patrzcie!... zawsze jest pomiędzy niemi!...Gdy podrósł, zaczął się zastanawiać, czem właściwie można podbijać kobiety.Czytał wiele, zatrzymując się zawsze nad opisami bohaterów, którzy, szczególnie obdarzeni od natury, uwodzili po sześć kobiet dziennie, porzucając je później na pastwę tęsknoty i rozpaczy...Bohaterowie ci mieli przeważnie — „czoło wyniosłe, otoczone kruczemi kędziorami, twarze pociągłe, blade — nozdrza namiętne, rozdęte”. Jeden z bohaterów Balzaka, uwodziciel urzędowy, miał wargędolną lekko obwisłą „świadczącą o zmysłowości”...Zaczęły się więc tortury ciała Irkowego.Włosy smażyły się i piekły na żelazku od rurkowania spódnic, nieruchome i mięsiste nozdrza rozciągane palcami, nabrały pewnych ruchów przy wciąganiu powietrza, warga zaś dolna — ta nieszczęsna warga, miała rzeczywiście pozory zmysłowości „szalonej”.— Irek, co robisz z ustami? — wołała matka, cicha, potulna kobiecina, niemogąca pojąć jak zaszczytne stanowisko zająć ma jej syn w społeczeństwie.Projekt na „lwa” — tymczasem wargę ciągnął i nozdrzami ruszał, tworząc sobie w ten sposób maskę podbójczą, niezwalczoną...Wzrósłszy w lata i ciało, krępy i nabity, rozsadzający pełnością kształtów jasne garnitury, aplikował u jednego z adwokatów, zapełniając ciasną kancelaryę trywialną, ostrą wonią chypru. Lokował się przy drzwiach salonu, aby za każdemich otwarciem, rzucić w głębię przenikliwe spojrzenie, samą adwokatowę mające na względzie.Pani ta jednak — jakkolwiek w niebezpieczną trzydziestkę wkroczyła i miała lekki puszek na wierzchniej wardze posiadała tylko jedną namiętność, to jest... rurki czekoladowe napełnione kremem. Pochłaniała ich ilość obfitą, zmysłowe rozkosze na bok odkładając, namiętne przeto drżenie nozdrzy Irka zostawiało ją zimną, nawet nieździwioną w jej łakomem, kremowem rozleniwieniu.Demoniczny natomiast młodzian, obserwowany, popychany przez kolegów, widząc, iż nic nie zyska, przybrał... minę zwycięzcy i często w pustą głębię salonu rzucał porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechy, ku wielkiej radości całej dependenckiej rzeszy.— Wzięła się! wzięła! — szeptali do siebie, głowy z plik papierów wyściubiając.Irek brwi marszczył i rękę patetycznie wyciągał.— Proszę was — mówił — zaprzestańcie tych żartów. Podobnemi podejrzeniami obrażacie mnie i kobietę, która obdarza mnie sercem zaufanem!Milknął na chwilę, poczem dodawał z wysiłkiem:—...I której honor jest mi drogim!Było w tym głosie to „coś”, które drga zawsze w głosie mężczyzny, ile razy zapiera się miłostek z jakąś kobietą. Mówi „nie!” — a słyszy się najwyraźniej „tak!”Wreszcie — następował teraz — bukiet, wieńczący zwykłe podobnego rodzaju rozmowy.— Daję wam na to... słowo honoru!Wszystko tam było — i honor (och ten nieszczęsny!), i ręka na kamizelce położona, i przymrużanie oczów, słowem — cała lira.Mimo to, a właściwie mówiąc, dlatego — dependenci mówili w kilka dni później w gronie swych zaufanych przyjaciół:— Irek poleciał teraz na grandę, mężatka, szyk kobieta! Nie — on ma dziwne szczęście do kobiet!...A zapytywani przez rodzinę o panią adwokatowę, odpowiadali:— Phi!... kobieta nieszczególnego prowadzenia się! Podobno Irek... i to nie sam!... nie on jeden!Adwokatowa tymczasem kremem cała ubielona, ani przypuszczała jak czernieje jej dobre imię, jaka smutna przyszłość gotuje się dla jej córek — których matka, niedługo w opinii całego miasta zostanie „taką, co przez całą kancelaryę męża przeszła!”Powoli — Irek rozzuchwalał się coraz więcej.Tu i owdzie, jakaś pokojówka rozuzdana, sklepikarka lub dystrybutorka spragniona miłosnych wrażeń — zsuwała mu się w objęcia. On — wygłodzony, miłostki te skwapliwie przyjmował, dekorując je później w wytworne barwy, w opowiadaniach swych, wśród kilku przyjaciół. Franusia z drugiego piętra, cuchnąca mydlinami,była w tych opowieściach — panną „z bardzo przyzwoitej rodziny” — odwiedzającą go o szarej godzinie z panną służącą. Biedactwo! przybywało zawsze spłonione i drżące. Narzuciło mu się prawie samo a teraz on — z litości nad biedną, stosunek ten przeciągał, który, nawiasem mówiąc, nużył go niewypowiedzianie. Czuł bowiem do czego to zmierza, panna chce koniecznie doprowadzić go do ołtarza — lecz on, Ircio — bynajmniej tego nie pragnie!Tembardziej — że... niedawno zaplątał się jeszcze w znajomość z pewną wdową, majętną, posiadającą handel na jednej z pryncypalnych ulic, o!... wiecie! — sklep wspaniały — jubilerski, pełen brylantów, turkusów, rubinów...On — uległ także temu kaprysowi, pociągnięty wielką pięknością wdowy, lecz teraz radby się wywinąć uczciwie, jak na przyzwoitego człowieka przystoi.Wdową tą tymczasem — była dystrybutorka, rozlana w czterdziestce, którą przekroczyła, żółta i nędzna za skromnymkontuarem ubogiego sklepiku, na jednej z najbardziej oddalonych ulic miasta.Przyjaciele Irka cisnęli się teraz do niego, pełni tej dziwnej łatwowierności, jaką mają mężczyźni, wobec miłosnych blag patentowanego przez nich samych bezczelnika.— Irek!... Irek!... powiedz — jak się nazywa?Irek łyżeczką kawę mieszał z tajemniczą miną.— Nie wymagajcie! honor kobiety!...Lecz oni nacierali, pełni niezdrowej ciekawości starych plotkarek.— Czy znamy ją? powiedz?Irek ramionami ruszał.— Może... — rzucał z niechcenią.— Pani Strzelecka?— A... cóż znowu!— Pani Jacksohn?— Ależ...Uśmiechał się dwuznacznie, oczami demonicznie błyskając.— Ależ tak — ona — ona — nikt inny!...Lecz on porywał się nagle, godności pełen:— Proszę, zaprzestańcie tych domysłów. Gdyby nawet tak było... honor milczeć mi nakazuje!I nagle wdowa po jubilerze zostawała kobietą „kompromitującą się z jakimś dependentem”, istotą zgubioną, nieumiejącą nawet uszanować pozorów... Ta i owa, w chwili oburzenia, wróciwszy z „pod Raka”, gdzie grywa rozstrojona orkiestra, a gabinety zbudowane są z dziurawych desek — mówiła:— Wszystko przecież można... ale zachować trzeba pozory!...Koło kobiety robiła się pustka, której ona wytłomaczyć sobie nie umiała i nie mogła — a lewek Irek powtarzał tymczasem:— Gdyby nawet tak było — honor mi milczeć nakazuje!Och!... ten honor mężczyzn, lwów broniących czci kobiety, którą sami zszargali, ten honor dzwoniący, jak fałszywa moneta— „qu'allait-il faire donc, dans cette galère?”Powoli, Irek rozzuchwalał się jeszcze więcej.Trzeba było słyszeć tę potworę mówiącą o kobietach w ogóle, zwłaszcza gdy wypił filiżankę czarnej kawy z figową cykoryą, pod werendą dystyngowanej cukierni.— Kobiety!... hm — wiedział on dobrze co znaczy to słowo! Trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości... tak!... tak!... trzysta czterdzieści siedem! ani mniej ani więcej! Zna więc do gruntu te istoty, które bez wielkich wysiłków przykuć do siebie na zawsze można. Gorący pocałunek, w ucho naprzykład, zupełnie wystarcza! On to próbował nieraz i żadna mu się nie oparła! a ileż ich przez ręce mu się przewinęło! Blondynki, brunetki, rude, ba!... nawet jedna siwa, lecz młoda i piękna! Wybierał zawsze bowiem piękne i dobrze zbudowane... wszak tyle jest tego na świecie!... mój Boże — ręką tylko siegnąć... już jest i tonie byle co, szyk, elegancya, inteligencya! wszystko!Cóż? — kobieta? — istotnie słaba, bez woli — lgnąca do trochę przystojniejszego mężczyzny na oślep. Tak zwanych „uczciwych” — phii!... to okazy do wypchania, niema ich poprostu. Irek takich nie znał, wreszcie... on za nikogo, za żadnąby nie ręczył!...Podkreślał te słowa, przybijając tem słuchaczy. A wreszcie — gdyby oni byli na jego miejscu i przeszli to, co on przeszedł — widzieli kobiety napozór zacne, święte, nieskalane... szalejące w chwili ekstazy miłosnej w jego objęciach jak kurtyzany! — a!... tak! tak, jak proste kurtyzany!Od pewnego czasu upodobał sobie wyraz „kurtyzana” — i szastał nim na prawo i lewo, wsłuchując się w dźwięk tego teatralnego słowa.— Zresztą — ciągnął dalej, paznogcie sobie oglądając — życie trzeba brać jak jest! Kobieta jest przyjemnem narzędziem rozkoszy i miłą rozrywką. Tylko...Tu składał ręce jak do modlitwy.— Na Boga, panowie, nie żądajcie niemożliwego! nie chciejcie widzieć w kobiecie istoty na wieki do was przykutej, bo w ten sposób — życie będzie dla was męczarnią. W młodości mej... wiedziałem coś o tem!Pozował się melancholijnie, głowę na dłoni wspierając.— Tak!... tak!... — kończył cichym, przytłumionym głosem — początkowo brałem komedyę miłości na seryo. To mnie zabijało! Dziś, nie kocham! pozwalam się kochać... i czuję się o wiele szczęśliwszym.Uśmiechał się, usta oblizując — w kącikach mu kawa pomieszana ze śliną czerniała.— Teraz, już trzysta czterdzieste ósme przedstawienie nie kosztuje mnie nic i bez najmniejszego wzruszenia o schadzce wieczornej myślę. Ot — spędzić wieczór z kobietą, jest dla mnie to samo, co... filiżankę kawy wypić!Pełen dezinwoltury, wspaniały, nadzwyczajny, sączył resztę fusów osiadłychna dnie filiżanki. Słuchano go z religijnem skupieniem.Swadę miał i widoczną gruntowną znajomość przedmiotu.Czasem miał odpowiedzi, które po prostu historycznemi się stały, rywalizując ze słowem Cambronne'owi przypisywanem.Przykład:Jeden z młodzieży — wkraczający dopiero w dziedzinę galanteryi, zauważył nieśmiało, że pomiędzy „szwaczkami” wiele się znajduje dowodów szczerego przywiązania i miłości.Dyskutowano trochę, ten i ów opozycyę zakładał, wreszcie zwrócono się do Irka, który ostentacyjnie jakiś list na różowym papierze nabazgrany czytał.— Jak pan sądzisz?... szwaczki? co?Irek oczy zmrużył.— Szwaczki? — odpowiedział po chwili z niezrównanem roztargnieniem — szwaczki?... je n'en sais rien?... nie znam!...Od pewnego czasu używał francuzczyzny, ucząc się zdań pojedynczych i rozmówek pani Bocquel.— Nieznasz pan szwaczek? — pytano ze zdziwieniem. On, demoniczny wzrok wokoło ciskał:— A, od czegóż... damy? — zapytał.Razem z latami, wzrosła w tym mężczyźnie dziwna zaciekłość udawania kochanka każdej choć trochę wybitniejszej lub bardziej znanej kobiety.Zwrócił się przedewszystkiem do — teatru.Poznał jakąś nędzarkę, chórzystkę — obarczoną kilkorgiem dzieci, zaglądał często do jej biednego mieszkania, i teraz, nagle zaczął pastwić się nad aktorkami.Od owej chórzystki — wyciągał niektóre szczegóły co do artystek stojących na stanowisku i szargał je w błocie rozpusty, obmawiając w najcyniczniejszy sposób.Pisywały do niego! o! tak — nawet bardzo często, cierpiąc po prostu na manię listów! Lecz on — jakkolwiek chwilami znajdował pewne upodobanie w towarzystwie „tych pań” — umiał postawić się na odpowiedniej stopie. Mój Boże!... wiadomo bowiem jak przewrotną jest kobieta — a cóż dopiero aktorka! Tej ostatniej głównie chodzi o świecidełka, błyskotki. Rzuca się więc jej ten okup i flirtuje wesoło w jej buduarze. Co jeszcze mają najlepszego w sobie aktorki — to umiejętność urządzania buduarów.I dyskretnie dawał rozmaite szczegóły.U tej naprzykład buduar cały różowy ma na szezlongu rzuconą białą niedźwiedzią skórę, u tamtej buduar w kształcie oryentalnego namiotu, u innej znowu lustra, lustra i lustra.Jeszcze inna nie miała buduaru, przyjmowała zwykle w saloniku, w którym była zaciszna alkowa, wybita liliową draperyą. Aktorka miała jasne złociste włosy,zwyklerozpuszczone i wielkiekoronkowe rękawy, któremi zamiatała ziemię.Nawet na nim, na Irku robiło to pewien efekt, dlatego przesiadywał tam często, powtarzając z „tą panią” — jej role.Ależ tak — tylko role, a wreszcie...Tu — był już dyskretnym.Dobra wiara, którą zaszczycano go od lat kilku, wyrobiła w nim bezczelność, posuniętą do niemożliwych granic.Opinia aktorek, szarpana zwykle przez wszystkich, dla tego lwa była prawdziwym kęskiem królewskim, na który rzucał się s całą zajadłością.Aktorki!... fiu!.. wszystko — kurtyzany!...Rzecz ceny — nic więcej!Ramionami wzruszał, usta wydymał — pełen szlachetnej pogardy dla tych istot ujrzanych zaledwie zdaleka, wśród blasku gazu, w szeleście jedwabnych spódnic i całej fali koronek.Serce mu biło gwałtownie, gdy ujrzał którą przechodzącą ulicą.Jeśli nie był sam — pociągał gwałtownie swego towarzysza i przechodził na drugą stronę ulicy.— Dlaczego to robisz? — pytał towarzysz — patrz, idzie Morelka, przywitasz się z nią... może mnie przedstawisz?Irek brwi marszczył, głowę odwracając.— Dziwny jesteś — odpowiadał — nie wiesz, że oddawna nie znam tej pani?Lub zapuszczał się dalej w efronteryę, mówiąc junacko:— Witać się z nią? cóż znowu, przecież ja nie mogę się tak kompromitować!Przechodził szybko, głowę do góry niosąc, z ustami wydętemi pogardliwie, ironicznie — pogwizdując jakąś urywaną melodyę.Aktorka tymczasem szła powoli, nie przypuszczając, że po drugiej stronie chodnika szedł człowiek — rzucający nanią błotem, dający jej miano „kurtyzany” i mówiący z pogardą:— Ta pani, to rzecz... ceny.Niezrównaną miał fantazyę, ten kreowany przez akuszerkę pożeracz serc kobiecych. Wyjeżdżał raz do Wiednia i zawadził o Wenecyę. Było to już po śmierci matki i trochę klejnotów przez nią pozostawionych przeszło w ręce żydów, dla opłacenia kosztownej dla Irka w świat wycieczki.Lecz za to z powrotem, ileż legend opromieniło demoniczną postać lewka!...Wiedenki — hm... cóż! Wiedenki — namiętne, rozmarzone, wysiadające na ławkach Stadtparku podczas księżycowych nocy.Sentymentalizm straszny... samobójstwo w perspektywie! zapewne — sensacyenowe i dość miłe, lecz dla człowieka,który trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości — zanadto wstrząsające.Wspanialsze o wiele włoszki, wenecyanki, tajemnicze, pełne ognia i nieopisanej zmysłowości... A gondole! ach!...Irek głową w takt wioseł kiwał i oczy przymykał uśmiechnięty, pełen rozkosznych wspomnień. Czasem... barkarollę Troschla nucił fałszywie i powtarzał jak papuga:„T'amo!”Raz — w chwili zwierzeń wyznał, iż przechodzącego placem Św. Marka, dojrzała go pewna księżna karmiąca gołębie i wieczorem — w gondoli swej uwiozła.Na Canale grande nauczyła go słowa — „t'amo!”W rzeczywistości Irek mieszkał w Wiedniu na Leopoldstadt, został w Stadtparku zwymyślany przez jakąś mäderl — wracającą z „Waschanstallt” — a w Wenecyi, wynudziwszy się nad cuchnącym kanałem, napróżno usiłował pozyskać względy dziewczyny posługującej w hotelu,grubej trywialnej włoszki, czeszącej się raz na trzy tygodnie...W kilka miesięcy później, Irek kupił sobie wąskie porte-bonheur i kazał je zakuć na ręku.Było to szczytem elegancyi i szyku.Wysuwał teraz rękę z pod mankietu i błyskał złotem bransoletki, drażniąc ciekawych niezwykłem tem zjawiskiem.Gdy go pytano — wymijał zręcznie odpowiedzi, honorem się znów zastawiając...Szczególniej w teatrze imponował bezustannie, bransoletkę na rękę naciągał i pod oczy nią siedzącym w krzesłach kobietom świecił.Niektóre mówiły:— Patrz! to monstrum ma bransoletkę!Inne, zaciekawione istotnie, rzucały badawcze spojrzenia.Irek, uszczęśliwiony, nadymał się jak żaba, porte bonheurem o szpinki dzwonił i przeginał się z nonszalancyą przez baryerę krzeseł.W tym czasie przeczytał „Siostry Rondoli” i „Safo”. Mówił przeto wiele o francuzkiej literaturze i o głębokości studyów nad kobietą, dokonanych przez Maupassanta i Daudeta.Rozmarzywszy się raz fałszowaną chartreuse'ą, ułożył nagle cały romans o jakiejś tajemniczej, czarnoubranej kobiecie, która od dni kilku przychodziła do niego o zmroku wieczornym.Miało to być „coś z arystokracji” — spowitego w batyst i blondyny(!) i pragnącego u stóp Irka pozostać do śmierci.Słuchacze zainteresowali się tą opowieścią i przez kilka tygodni, tajemnicza dama unosiła się, jak mistyczne zjawisko po nad głowami mężczyzn. Powoli — zapomniano o niej. Irek — przestał mówić, znużony własnem kłamstwem.Minęło kilka miesięcy.Nagle przypomniano sobie tajemniczą damę i rzecz naturalna, zapytano o nią Lewka. On przez chwilę stał osłupiały,niemogąc przypomnieć sobie — o co tu właściwie chodzi.Wreszcie pamięć mu wróciła.Do dyabła! cóż teraz zrobić z tą całą historyą! Plątać ją dalej — jak? — konceptu mu zabrakło.Nagle wspaniała myśl zaświtała mu jak gwiazda zbawienia.Uśmierci ją!Tajemnicza dama umrze...I z ponurą twarzą, grubym głosem, opowiedział pochylony nad swoją kawą — że — czarna dama umarła w Nicei... na suchoty, miesiąc temu, a ostatnie jej słowo było „Ireneusz”...Powiedziawszy to — zamyślił się głęboko, smutny i znękany.Słuchacze uszanowali jego boleść — ogólnem milczeniem. Od tej chwili, aureola cierpienia otoczyła czoło Irka; zaczął chodzić zgarbiony, jakby smutkiem do ziemi przyciśnięty.Pluł wzgardą na wszystkie kobiety tęskniąc do tej jednej, szacunku i miłościgodnej — która „odeszła w dal ciemną — pod błękitnem niebem Italii”.— Cóż znowu! — pocieszali go przyjaciele — trudno ginąć z tęsknoty dla trupa. Miej siłę! oprzytomniej, Irku!Lecz Irek pozował teraz coraz więcej, drapując się w szatę tragiczną. Fikcyjna kochanka zaczęła dlań przybierać kształty. Po upływie pewnego czasu nabrał przekonania, że — — czarna dama, rzeczywiście istniała.Teraz w węzeł krawatu wpinał szpilki w formie trupich główek, ubierał sięciemno, cały żałobny jak karawaniarz.Chwilami miał chęć sprawienia sobie krepy przy kapeluszu.Słowem, był to wdowiec, wdowiec opłakujący istotę, która, nie istniejąc, śmiercią swą pogrążyła go w bezmiarze boleści.I często z zamglonemi oczyma siadał w gronie swych przyjaciół, aby wywnętrzyć ból swój drżącym od wzruszenia głosem.Jeśli go kto w życiu kochał, o! to pewno ta jedna!... Była mu cała oddana, pomimo odpychającego chłodu, z jakim miłość jej przyjmował!Uderzał się w czoło z rozpaczą.— Byłem względem niej niegodziwy — wołał — lecz czyż to była moja wina! Popsuły mnie te wszystkie inne, popsuły, bo trzysta czterdzieści siedem razy musiałem grać z niemi komedyę miłości. A czy która z nich była warta tego?...— Przecież adwokatowa... — przerywano mu półgłosem.— Och!... ona!... — i tu Irek mścił się za lekceważenie okazywane mu przez amatorkę kremu. Och, ona szczególniej!... głupia, zła, gadatliwa, narzucająca się, nudna i chuda!... o tak, chuda w przerażający sposób. Stanikiem dobrze zrobionym okłamywała ludzi... lecz, on — Irek, wiedział czego się ma trzymać...Nie krępował się już teraz w słowach, rozbierając brutalnie kobiety, o których istnieniu wiedział zaledwie. Podniecony,wściekły — mścił się za każdą obelgę, każde odepchnięcie, wyrzuceniem z siebie całej masy kłamliwych szczegółów piętnujących kobietę jak rozpalonem żelazem, na dowód przytaczając tajemnice alkowy, sekreta ciała, ukryte wady lub wdzięki.I tylko dla nadania sobie pozy i uroku powracał ciągle do zmarłej, wysławiając ją jako ideał piękności i wdzięku.— Włosy miała czarne jak kruk i do pięt sięgające — mówił, potrząsając głową — oczy szafirowe, twarz bladą... nie! — opisać jej niepodobna, a wreszcie, chcecie? — pokażę wam jej fotografię?Radość w tłumie powstała ogólna.— Ale, przysięgnijcie mi na honor, iż nigdy żaden nie da poznać po sobie, że widział ten portret w rękach moich!Słuchacze, powstawszy, na honor przysięgli.Gdy Irek do domu powrócił, uczuł kłopot niemały.Przyrzekł pokazać fotografię zmarłej — hm!... dobrze, ale zkąd fotografię tę dostać?Niewypada nic innego tylko kupić jakiś „gabinet” — i przyjaciołom przed oczyma błysnąć. Nazajutrz, wczesnym rankiem, pobiegł Irek do ateliers fotograficznych.Podał się za heliominiaturzystę amatora, chcącego nabyć kilka fotografij, celem robienia studyów.Podano mu całe stosy wybiórków, portretów osób, które nie zastrzegły sobie sprzedaży publicznej.Irek szukał długo, wreszcie — wybór jego padł na silną brunetkę, o wielkich ciemnych oczach, owiniętą masą białej gazy.Wydała mu się nadziemską w tym jasnym obłoku. A — zjawisko, widmo zmarłej a nieznanej kochanki.— Kto jest ta dama? — zapytał.Fotograf pokręcił głową.— Nie pamiętam prawdziwie — odparł — fotografia ta zdejmowana już lat kilka temu. Zdaje mi się jednak, że ktoś z prowincyi.— Nietutejsza?— O! za to ręczyć mogę!— Tem lepiej!Zapłacił, fotografię zabrał i cały przejęty ważnością chwili, dzień spędził w gorączce i oczekiwaniu.Co chwila fotografię wyjmował i przyglądał się rysom brunetki. Była przystojną, choć cokolwiek mało miała dystynkcyi. Jakiś uśmieszek w kącikach ust się błąkał, za wiele widać było piersi.Gaza ratowała jednak wszystko.Z nadejściem wieczoru, Irek do cukierni pędził — i pomiędzy zebranych już mężczyzn wpadł.Porwali się wszyscy, zaciekawieni jak stare baby, wyciągając ręce.— Fotografia? o! pokaż! pokaż!On — stał teraz boleśnie wykrzywiony i powoli kopertę odchylał.Portret wyjąwszy, spojrzał i westchnął.— Tak!... to ona!... moja święta — jakby przemówić miała!I fotografię najbliżej stojącemu podał a sam, jakby boleścią przybity, na krzesło się usunął.Lecz nagle, serdeczny, wesoły śmiech rozległ się w powietrzu.Jeden z grona mężczyzn, świeżo z Łodzi przybyły, machał w ręku trzymaną fotografią „świętej — zmarłej”, zanosząc się ze śmiechu.— Ależ to Wikcia! — wołał — Wikcia z Grand hotelu w Łodzi — ta... co się tu w Warszawie teraz puszcza!Lewek głowę podniósł i ogłupiałym wzrokiem na śmiejącego się patrzał.VIII.Małpa.Że Olka była małpą w całem słowa tego znaczeniu, o tem wiedziało nietylko całe Żółkiewskie, ale nawet i het daleko aż po za rogatkami znano jej rudy, wiecznie rozczochrany warkocz i kaftanik w kratki, wydarty na łokciach a aksamitem u szyi ubrany.Szczególniej wieczorami, o zmroku — pełno jej było po wązkich uliczkach przedmieścia.Wiadomo było po co się po cieniu słania, od czasu do czasu tylko pod latarnię podchodząc; dzieci małe znały ją nawet i palcem wskazywały, mówiąc z przedwcześnie rozwiniętą złośliwością:— Małpa! idzie małpa!...Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią i rzucała gradem łupin od orzechów, których miała zawsze pełne kieszenie.Urodzona na przedmieściu, wychowana w cieniu kamienic, córka stróża, gnieżdżącego się w zatęchłej suterynie, podlotkiem zaledwie uciekła, pozostawiając po za sobą ojca, młodszego brata, wiecznie zamorusanego Wicka i kij, którym ojciec zwykł był dzieciom na dobranoc kości łamać. Nie był to jednak zły człowiek, pracowity, przeważnie trzeźwy i zupełnie uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał ciężko i do samego zgonu widząc ćmy nocne, czerniące się w głębi wązkich uliczek, dławił się z wściekłości na samą myśl o losie Olki.Ona przeniosła się w inne strony miasta i tam, wiążąc zatłuszczone wstążki na głowę, z szelestem świeżo wykrochmalonych spódnic, spadała na ulicę o szarym zmroku, razem z całem stadem szarańczy po kątach ciemnych czatującej.Znały ją stawy Pełczyńskie i szumiące dokoła nich brzozy, znał ją Węgliński lasek,cały w zieleń aksamitu spowity; — powoli całe terytoryum miasta na wschód się pchającego Olka zajęła w swe posiadanie, prezentując wszędzie swą twarz płaską, ospą znaczoną i z nosem zadartym, z wargami mięsistemi, w obramowaniu ostro najeżonych włosów o rudawym, niepewnym połysku.Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za swą kolebką, za tem Żółkiewskiem, które bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy i rozlewa się potem w drobne, małe, ciemne zaułki, pomiędzy domami zapchanemi żydostwem, płynące.Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic, rozweselonych purpurową barwą pierzyn z ganków i z okien zwieszonych, tych dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających się na zielony plac mustry, lub cały szereg fortyfikacyj w mgłę błękitną spowitych. Tęskniła za gwizdem pociągów, przelatujących wesoło po nasypie żółcącym się w oddali, pragnęła odetchnąć wonią kasztanów, płynącą z bukietu drzew ogrodu Inwalidów, z pośród których wystrzelałw górę biały, czysty gmach o harmonijnie pięknych liniach.Pod drzewami temi Olka przesypiała nieraz całe popołudnia, gdy zamiast iść do szkoły, wolała podchodzić pod łokcie przechodniom i, skomląc, wyżebrać parę centów. Najadłszy się owoców lub pierników, cała zamorusana, rzucała się w trawę, tuż około fontanny, z której płynął wązki srebrny bicz wody.Dziewczyna zasypiała, zaciskając mocno powieki, cała czerwona, zdenerwowana, podniecona bezczynnością i dniem upalnym.Usta jej szemrały słowa bez związku, ręce otwierały się kurczowo.A tymczasem kasztany szumiały, ciało jej przeświecające przez łachmany spódnic wachlując swemi szerokiemi liśćmi, przez które spływało słoneczne światło, wielkiemi zielonymi plamami się znacząc.Olka chwile te pamiętała dokładnie.Gdy po nocy, spędzonej w knajpie, z głową ciężką i ustami spieczonemi, wracała do swej nory — cieplejszy powiew wiatru budził w niej myśl jedną.A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!Ba — lecz ojciec!Ojca bała się jak ognia.Wiedziała, iż szukać jej nie będzie, lecz — gdyby mu pod oczy podlazła!...Snuła się więc znów po „Rurach” — omijając starannie czerniącą się sylwetkę policyanta.Czasem przemknął się koło niej terminator bosy, obdarty, zasmolony.Podskoczył, gwizdnął i zajrzał w oczy rozczochranej dziewczynie, mknącej wzdłuż kamienic.Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał przeraźliwym głosem:
Pod ścianą kredens, na wpół otwarty, z wysuniętym blatem, ukazywał ubogie wnętrze zapełnione blaszanemi puszkami cukru, kawy i herbaty. Wielki bochenek chleba świeżo napoczęty, rozkładał wśród masy okruchów swe ciemnawe wnętrze, okolone brunatną spieczoną skórą.
Pod oknem maszyna do szycia, na wpół przykryta sztywną merlą zszywanej spódnicy, i krzesełko wyplatane odsunięte na środek pokoju.
Dokoła stołu kilka krzeseł wyplatanych i dwa wysokie foteliki dziecinni: z zasuwanemi linijkami. Na jednym poduszeczka czerwona perkalowa i przewieszony przez poręcz śliniaczek szydełkowy, nawleczony czerwoną tasiemką. Wszystko to jednym rzutem oka objął Seweryn. Jakieś dziwne przygnębienie ogarniało go wśród tych ścian pustych, przed tym ubogim stołem, pośród tej duszącej woni kuchennej i stukotu tasakao stolnicę, dolatującego z po za drzwi źle przymkniętych.
Cała nędza rodzinnego życia, smutnego, pełnego poświęceń, prywacyj i obowiązków — zdawała się spływać tu z trywialnością trosk codziennych. Tylko różowa i uśmiechnięta twarzyczka chłopca miała w sobie świeżość małego egoisty, zabierającego w swe płuca najzdrowsze cząstki powietrza, a w usta najlepszy kęs mięsa i największy kawał chleba.
I znów oczy Seweryna spoczywały na drobnej a dobrze rozwiniętej postaci dziecka, które, pogwizdując lekko, wyszarpywało z bochenka chleba kawałek ośrodka i, maczając go w solniczce, zajadało ze smakiem.
Seweryn przypomniał sobie, że, dzieckiem będąc, lubił namiętnie chleb z solą i zakradał się przed obiadem do sali jadalnej, aby wyprosić u lokaja kawałek ośrodka.
Wspomnienie to sprawiło mu pewien rodzaj przyjemności.
Mimowoli uśmiechnął się do chłopca uśmiechem koleżeńskim, przyjemnym, porozumiawczym.
Malec nie został mu dłużnym.
Jakby w zwierciadle odbił się na różanych ustach dziecka uśmiech mężczyzny.
Te same zadrganie nerwowe kącików, te same zmarszczenie brody.
— To dobre przed obiadem — bełkotał chłopiec i uderzył się znów po klatce piersiowej, smarując przód flanelowej białej bluzki tłustemi rękami.
Seweryn stał ciągle przy ścianie, obserwując dziecko. Poddał się bezwiednie pociągowi ku tej małej, kędzierzawej główce, kręcącej się przed nim w mgławem świetle dnia jesiennego. Chłopiec ten zaciekawiał go i śledzić wzrokiem za sobą kazał. Szare źrenice z pod długich rzęs błyskały mu pożądliwie, gdy skubał ośrodek chleba... tęgi kark odsłaniał się z szeroko rozwartego kołnierza bluzy, kark o zarysach wspaniałego w przyszłości samca,podbijającego kobiety siłą sprawianej rozkoszy.
Na karku tym zatrzymał się dłużej wzrok Seweryna, zdawało mu się, ze gdzieś już widział podobny szmat ciała, tylko większy, grubszy, porosły krótkiemi włosami, majaczący we mgle zestawionych umiejętnie luster... i osłonięty draperyą białej flaneli.
— Teraz pokażę panu dziecinny pokój, później mamci i kuchnię!
Z łoskotem malec szarpnął drzwiami i przed oczyma Seweryna ukazał się pokój podłużny, zastawiony pod ścianami małemi łóżeczkami, okrytemi kołderkami z pąsowego, wytartego kaszmiru. Duży stół zarzucony książkami i zabawkami czernił się na środku.
Koło pieca suszyło się prześcieradełko, na ziemi leżała naga lalka, z której sypały się trociny.
Jakieś gorąco wilgotne panowało tu, wyziew mokrej bielizny i rozlanych na podłodze mydlin.
Pod stołem siedziała malutka dziewczynka, wydzierająca kartki z wielkiej książki.
Pod oknem, na obdartym skórzanym koniu huśtał się czteroletni chłopczyk, chudy, anemiczny, wybladły.
Chłopiec oprowadzający Seweryna, jak szalony rzucił się ku dziecku kołyszącemu się na koniu.
— Złaź! to mój koń! złaź natychmiast!
I silny, z pasyą wyrytą na drobnej twarzyczce, strącał młodszego brata, który z pokorą dziwną złaził z siodła, zaczepiając się o powiązane sznurkami strzemiona.
Chłopiec, cały purpurowy, z krwią nabiegłą do oczów, rzucił się teraz pod stół i wyrwał dziewczynce książkę.
— Ty, oddaj, to moje!
Książkę rzucił na łóżko, poczem porwawszy za łeb konia, wsunął go w kąt tuż przy łóżku, które zapewne było jego miejscem spoczynku.
Dzieci — milczące, przytuliły się do siebie, nędzne, drobne, małe — poddając się brutalnej przemocy, jaką wywierał nad niemi ten chłopak, zdający się rządzić tu bezpodzielnie, brać pod swe panowanie wszystko, co było jeszcze do wzięcia w tej nędzy urzędniczej, w tych ubogich sprzętach powleczonych kurzem trywialności.
Seweryn znów oparł się o ścianę i śledził wzrokiem drobną postać chłopca, który z wysiłkiem pakował konia na łóżko.
I zdawało mu się, że dziecko to jest mu doskonale znajome, że widywał je codziennie dawniej i teraz odnalazł nagle wraz ze wszystkiemi ruchami, tonacyą głosu, karnacyą skóry...
Wreszcie — rzecz dziwna, Seweryn odczuwał jakby z jego wnętrza coś się oderwało i poruszało się teraz w małych a silnych członkach tej istoty, nurtowało tę kędzierzawą głowę, objawiało się w suchych, urywanych zdaniach, wyrzuconych z tej klatki dziwniewydętej pod cienką tkaniną białej flaneli.
Nagle — drzwi w przeciwległej ścianie otworzyły się na rozcierz i stanęła w nich kobieta okryta ciemnym, flanelowym szlafrokiem, wiszącym luźno na wychudłem jej ciele.
Stanąwszy w ramie drzwi, które po za nią rozwarły się szeroko, ukazując profil łóżek okrytych brązowemi kapami i przedzielonych małą ciemną szafką, wyciągnęła rękę ku hałasującemu dziecku.
— Maniek! — wyrzekła suchym, bezdźwięcznym głosem — nie hałasuj, wiesz że mnie głowa bo...
Reszta słów uwięzła jej w gardle.
Dostrzegła Seweryna i obiema rękami schwyciła się za piersi.
Pobladła jak ściana i na chwilę oczy przymknąwszy, oparcia ciałem szukała.
On — poznał ją także, poznał odrazu, jakkolwiek straszną zmianą te lat siedem naznaczyły się na jej twarzy.
Był to szkielet Anny — tej Anny, która podniosła się wśród blasków bizantyjskiej lampy, milcząca i blada — i odeszła z płodem cudzołożnym w łonie, niewymówiwszyani słowa do swego wspólnika.
Teraz stali przed sobą, oboje bledzi — mając pomiędzy swemi ciałami całą przeszłość pieszczot, zmysłowych porywów i chwilę rozstania gorzką i gwałtowną, z początkiem brzemienności kobiety.
Wreszcie — ona odzyskała przytomność i podniosła głowę.
W wyblakłych jej oczach, otoczonych sinawemi cieniami, zadrgała cała gama nienawiści głuchej, tajonej wśród nocy bezsennych, na szafocie małżeńskiego łoża, wśród których do krwi gryząc wargi, taiła wyznanie prawdy, rwące się na usta w porywie bezdennej rozpaczy i cielesnego obrzydzenia.
Wszystko to mignęło w jej oczach i padło na twarz Seweryna, jak uderzenie biczemcienkim a wiązanym w silnie zadzierzgnięte węzły.
— Czego? — zapytała.
Mężczyzna milczał, nie mogąc zdobyć się na odpowiedź.
Ta kobieta wydała mu się w tej chwili straszną, tragiczną, wielką w swym gniewie.
— Czego? — powtórzyła.
Czuł, że odezwać się musi.
— O... mieszkanie — wyjąkał, pocierając jedną łydkę o drugą.
Kobieta uśmiechnęła się ironicznie.
— To mieszkanienieodpowiedniedla pana, wyjść proszę!...
Wyciągnęła drżącą rękę w kierunku drzwi.
Seweryn stał jednak ciągle, zmieszany, z oczyma spuszczonemi w ziemię.
— Wyjść proszę! — powtórzyła kobieta.
Lecz on, powoli, nieśmiało wzrok swój od ziemi oderwał i na chłopca stojącego koło łóżeczka przeniósł.
— To... on? — zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem.
Na twarz kobiety wystąpił rumieniec.
— Wyjść... proszę! — powtórzyła przyciszonym głosem.
Seweryn patrzał wprost już w twarz chłopca, który, odstąpiwszy od łóżka, znalazł się pomiędzy nim i matką, a wsadziwszy ręce w kieszenie od kurtki, łydki wygiąć pierś naprzód podał i z uśmiechem na Seweryna spoglądał.
I był to on! on sam w zmniejszonym formacie, on — egoista, on — samolub, on — brutalny samiec tyranizujący wszystko! Kukułcze pisklę zagarnęło gniazdo dla siebie, rozpierając się w niem z zuchwałością bękarta...
W oczach kobiety szkliły się łzy, głowę oparła o ramę drzwi i ponuro patrzyła przed siebie.
Seweryn machinalnie rękę ku dziecku wyciągnął.
Sięgnął jak po swoją własność, zapominając, że w nikczemnym egoizmie swoim stracił prawo do istoty spłodzonejprzez siebie i podrzuconej nieznanemu człowiekowi.
Lecz Anna nagle, jak hyena, porwała się ode drzwi i schwyciwszy dziecko jedną ręką, drugą chudą i drżącą wyciągnęła z wspaniałym gestem silnej w swem prawie kobiety.
Z po zaciśniętych zębów wybiegło jedno jedyne słowo:
— Precz!...
I słowo to było tak silne, tak tętniące obietnicą niecofnięcia się przed niczem, iż Seweryn po raz pierwszy w życiu ustąpił nędznie przed wzrokiem kobiety, kurcząc się i cofając ku wyjściu, jak znikczemniałe wypędzone z cudzego legowiska zwierzę...
Małe to było, brzydkie, krępe, na krzywych nogach osadzone, z głową kudłatą i z bezczelnem spojrzeniem w zielonawych, świdrowatych oczach, których usiłowaniem najgorętszem było rzucać piekielne podbójcze błyski.
„Demoniczny jestem”, mawiał, pukając się w wypukłe piersi, okryte wykrochmaloną koszulą, „demoniczny bestya, jak chyba nikt na świecie”. I pakował gałkę od laski w szerokie usta, które oblizywał ciągle, grubym, sinawym językiem. Nogi obute w płytkie lakierowane pantofle wyciągał przed siebie, ohydny, trywialny, śmieszny pod jasnym blaskiem porannego słońca filtrującego złotawe światłoprzez liście kasztanów nad ławkami się zwieszających.
Spoglądał na przechodzące kobiety z lekceważeniem pozornem a z utajoną lubieżnością. Kiwaniem nogi, wydęciem ust, zdawał się mówić jak sułtan rozparty na sofie w haremie.
„No! któraż tam!... Pan czeka!...”
Lecz w myśli powtarzał sobie:
„Ach!... żeby też która!...”
Lecz kobiety mijały go szybko, nie zwracając nań najmniejszej uwagi. Czasem zasłaniały się parasolkami, aby uniknąć jego natrętnego i bezczelnego spojrzenia, które on uważał za szczyt demoniczności. Często — gdy zniecierpliwiony, rozdrażniony, wstawał z ławki i z arogancyą zaglądał pod ronda kapeluszy mężatek pilnujących dzieci, lub następował na pięty dziewcząt uśmiechających się w promieniach słonecznych — ta i owa mruknęła przez zaciśnięte zęby:
— Błazen!
On wtedy zaciskał zęby z wściekłością, przybierając pozornie rozpromienionywyraz twarzy. Siedzący bowiem na ławie przyjaciele śledzili go z uwielbieniem, patrząc, jak „zachodzi” — i jak kobiety rzucają mu w przelocie jakieś słowa, które on, szczęśliwiec! z uśmiechem niedbałym przyjmuje. Gdy powracał do ławki, kołysząc się na swych krótkich, kaczych nogach, gołowąsy młodzieniaszek w świat podbojów wchodzący, zapytywał:
— I cóż? i cóż? co one powiedziały?...
Ireneusz wydymał dolną wargę:
— Ha! lecą na mnie!
Po ławce rozchodził się szmer uwielbienia.
Wiadomo bowiem, że Ireneusz należy do tych wybrańców, którzy mają szczęście do kobiet! Już w czwartej klasie miał taką reputacyę, gdy za brązowemi spódniczkami pensyonarek gonił, spocony, czerwony, kroplami potu na krótkiej, niekształtnej szyi okryty.
Pensyonarki pluły, złościły się, obrzucały go rozmaitemi epitetami, on to wszystko ze stoicyzmem znosił — wiedząc, że w oczach kolegów rośnie na zjadaczaserc panieńskich, na don Żuana, na kobieciarza! Podtrzymując reputacyę swoją, pracował i nadal w tym kierunku, zamieniwszy tylko teren swych manewrów, wiecznie w pogoni za kobietą, zawsze głodny a udający przesyconego, drżący na szelest krochmalnej spódnicy pokojówki a ziewający na widok koronek wyłaniających się z pod sukni szykownej strojnisi.
Szlachectwo zobowiązuje!
Reputacya Irka była ustalona.
Demoniczny i szczęśliwy do kobiet!...
Tylko tyle.
Godność tę trzeba było dźwigać na swej kwadratowej głowie pod grozą śmieszności i odstąpienia podbójczego berła komu innemu.
Tego Irek byłby nie przeżył.
Chował więc „błazna” — do kieszeni i mówił zapalając papierosa:
— Lecą na mnie!
Lecą! och!...
Akuszerka odbierająca Irka zaopiniowała w dwie minuty po urodzeniu się tego rozkosznego dziwotworu w następujących wyrazach:
— Chłoptaś szelma śliczny jak lalka, do mamy podobny jak dwie krople wody. Będzie miał szczęście do kobiet!
Ojciec — suchy, biedny, zawiędły urzędnik — stojący pod piecem z pieluszkamiw ręku, uśmiechnął się blado.
— Jak Boga szczerze kocham — przyświadczała akuszerka, wodę na kąpiel szykując — będą za nim hrabiny latały, już ja się znam na tem!
Słowa pani Malinkiewicz, powtarzane często w obecności już podrastającego Irka, głębokie nań wywarły wrażenie.
— Powiedziała — o! powiedziała!... musiała coś przecież wiedzieć, z palca sobie tego nie wyssała.
Uczył się, ale za to był bezustannie w fałdach kobiecych spódnic, wcześnie roznamiętniony i ofiarowujący się z miną znudzonej przymusowem dziewictwem kobiety. Odpychano go jednak, tak byłwstrętny, z oczyma zielonawemi, powleczonemi mgłą namiętności, z ustami wpół otwartemi o zaślimaczonych kącikach. Przez grzeczność, w obecności rodziców dziewczęta znosiły go pomiędzy sobą, unikając dotknięcia jego rąk zimnych i wiecznie spoconych. On — połykał upokorzenia, znosił przycinki, znajdując dziwną rozkosz w słowach obcych, widzących go w gronie dziewczyn.
— Irek ma szczęście do kobiet! patrzcie!... zawsze jest pomiędzy niemi!...
Gdy podrósł, zaczął się zastanawiać, czem właściwie można podbijać kobiety.
Czytał wiele, zatrzymując się zawsze nad opisami bohaterów, którzy, szczególnie obdarzeni od natury, uwodzili po sześć kobiet dziennie, porzucając je później na pastwę tęsknoty i rozpaczy...
Bohaterowie ci mieli przeważnie — „czoło wyniosłe, otoczone kruczemi kędziorami, twarze pociągłe, blade — nozdrza namiętne, rozdęte”. Jeden z bohaterów Balzaka, uwodziciel urzędowy, miał wargędolną lekko obwisłą „świadczącą o zmysłowości”...
Zaczęły się więc tortury ciała Irkowego.
Włosy smażyły się i piekły na żelazku od rurkowania spódnic, nieruchome i mięsiste nozdrza rozciągane palcami, nabrały pewnych ruchów przy wciąganiu powietrza, warga zaś dolna — ta nieszczęsna warga, miała rzeczywiście pozory zmysłowości „szalonej”.
— Irek, co robisz z ustami? — wołała matka, cicha, potulna kobiecina, niemogąca pojąć jak zaszczytne stanowisko zająć ma jej syn w społeczeństwie.
Projekt na „lwa” — tymczasem wargę ciągnął i nozdrzami ruszał, tworząc sobie w ten sposób maskę podbójczą, niezwalczoną...
Wzrósłszy w lata i ciało, krępy i nabity, rozsadzający pełnością kształtów jasne garnitury, aplikował u jednego z adwokatów, zapełniając ciasną kancelaryę trywialną, ostrą wonią chypru. Lokował się przy drzwiach salonu, aby za każdemich otwarciem, rzucić w głębię przenikliwe spojrzenie, samą adwokatowę mające na względzie.
Pani ta jednak — jakkolwiek w niebezpieczną trzydziestkę wkroczyła i miała lekki puszek na wierzchniej wardze posiadała tylko jedną namiętność, to jest... rurki czekoladowe napełnione kremem. Pochłaniała ich ilość obfitą, zmysłowe rozkosze na bok odkładając, namiętne przeto drżenie nozdrzy Irka zostawiało ją zimną, nawet nieździwioną w jej łakomem, kremowem rozleniwieniu.
Demoniczny natomiast młodzian, obserwowany, popychany przez kolegów, widząc, iż nic nie zyska, przybrał... minę zwycięzcy i często w pustą głębię salonu rzucał porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechy, ku wielkiej radości całej dependenckiej rzeszy.
— Wzięła się! wzięła! — szeptali do siebie, głowy z plik papierów wyściubiając.
Irek brwi marszczył i rękę patetycznie wyciągał.
— Proszę was — mówił — zaprzestańcie tych żartów. Podobnemi podejrzeniami obrażacie mnie i kobietę, która obdarza mnie sercem zaufanem!
Milknął na chwilę, poczem dodawał z wysiłkiem:
—...I której honor jest mi drogim!
Było w tym głosie to „coś”, które drga zawsze w głosie mężczyzny, ile razy zapiera się miłostek z jakąś kobietą. Mówi „nie!” — a słyszy się najwyraźniej „tak!”
Wreszcie — następował teraz — bukiet, wieńczący zwykłe podobnego rodzaju rozmowy.
— Daję wam na to... słowo honoru!
Wszystko tam było — i honor (och ten nieszczęsny!), i ręka na kamizelce położona, i przymrużanie oczów, słowem — cała lira.
Mimo to, a właściwie mówiąc, dlatego — dependenci mówili w kilka dni później w gronie swych zaufanych przyjaciół:
— Irek poleciał teraz na grandę, mężatka, szyk kobieta! Nie — on ma dziwne szczęście do kobiet!...
A zapytywani przez rodzinę o panią adwokatowę, odpowiadali:
— Phi!... kobieta nieszczególnego prowadzenia się! Podobno Irek... i to nie sam!... nie on jeden!
Adwokatowa tymczasem kremem cała ubielona, ani przypuszczała jak czernieje jej dobre imię, jaka smutna przyszłość gotuje się dla jej córek — których matka, niedługo w opinii całego miasta zostanie „taką, co przez całą kancelaryę męża przeszła!”
Powoli — Irek rozzuchwalał się coraz więcej.
Tu i owdzie, jakaś pokojówka rozuzdana, sklepikarka lub dystrybutorka spragniona miłosnych wrażeń — zsuwała mu się w objęcia. On — wygłodzony, miłostki te skwapliwie przyjmował, dekorując je później w wytworne barwy, w opowiadaniach swych, wśród kilku przyjaciół. Franusia z drugiego piętra, cuchnąca mydlinami,była w tych opowieściach — panną „z bardzo przyzwoitej rodziny” — odwiedzającą go o szarej godzinie z panną służącą. Biedactwo! przybywało zawsze spłonione i drżące. Narzuciło mu się prawie samo a teraz on — z litości nad biedną, stosunek ten przeciągał, który, nawiasem mówiąc, nużył go niewypowiedzianie. Czuł bowiem do czego to zmierza, panna chce koniecznie doprowadzić go do ołtarza — lecz on, Ircio — bynajmniej tego nie pragnie!
Tembardziej — że... niedawno zaplątał się jeszcze w znajomość z pewną wdową, majętną, posiadającą handel na jednej z pryncypalnych ulic, o!... wiecie! — sklep wspaniały — jubilerski, pełen brylantów, turkusów, rubinów...
On — uległ także temu kaprysowi, pociągnięty wielką pięknością wdowy, lecz teraz radby się wywinąć uczciwie, jak na przyzwoitego człowieka przystoi.
Wdową tą tymczasem — była dystrybutorka, rozlana w czterdziestce, którą przekroczyła, żółta i nędzna za skromnymkontuarem ubogiego sklepiku, na jednej z najbardziej oddalonych ulic miasta.
Przyjaciele Irka cisnęli się teraz do niego, pełni tej dziwnej łatwowierności, jaką mają mężczyźni, wobec miłosnych blag patentowanego przez nich samych bezczelnika.
— Irek!... Irek!... powiedz — jak się nazywa?
Irek łyżeczką kawę mieszał z tajemniczą miną.
— Nie wymagajcie! honor kobiety!...
Lecz oni nacierali, pełni niezdrowej ciekawości starych plotkarek.
— Czy znamy ją? powiedz?
Irek ramionami ruszał.
— Może... — rzucał z niechcenią.
— Pani Strzelecka?
— A... cóż znowu!
— Pani Jacksohn?
— Ależ...
Uśmiechał się dwuznacznie, oczami demonicznie błyskając.
— Ależ tak — ona — ona — nikt inny!...
Lecz on porywał się nagle, godności pełen:
— Proszę, zaprzestańcie tych domysłów. Gdyby nawet tak było... honor milczeć mi nakazuje!
I nagle wdowa po jubilerze zostawała kobietą „kompromitującą się z jakimś dependentem”, istotą zgubioną, nieumiejącą nawet uszanować pozorów... Ta i owa, w chwili oburzenia, wróciwszy z „pod Raka”, gdzie grywa rozstrojona orkiestra, a gabinety zbudowane są z dziurawych desek — mówiła:
— Wszystko przecież można... ale zachować trzeba pozory!...
Koło kobiety robiła się pustka, której ona wytłomaczyć sobie nie umiała i nie mogła — a lewek Irek powtarzał tymczasem:
— Gdyby nawet tak było — honor mi milczeć nakazuje!
Och!... ten honor mężczyzn, lwów broniących czci kobiety, którą sami zszargali, ten honor dzwoniący, jak fałszywa moneta— „qu'allait-il faire donc, dans cette galère?”
Powoli, Irek rozzuchwalał się jeszcze więcej.
Trzeba było słyszeć tę potworę mówiącą o kobietach w ogóle, zwłaszcza gdy wypił filiżankę czarnej kawy z figową cykoryą, pod werendą dystyngowanej cukierni.
— Kobiety!... hm — wiedział on dobrze co znaczy to słowo! Trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości... tak!... tak!... trzysta czterdzieści siedem! ani mniej ani więcej! Zna więc do gruntu te istoty, które bez wielkich wysiłków przykuć do siebie na zawsze można. Gorący pocałunek, w ucho naprzykład, zupełnie wystarcza! On to próbował nieraz i żadna mu się nie oparła! a ileż ich przez ręce mu się przewinęło! Blondynki, brunetki, rude, ba!... nawet jedna siwa, lecz młoda i piękna! Wybierał zawsze bowiem piękne i dobrze zbudowane... wszak tyle jest tego na świecie!... mój Boże — ręką tylko siegnąć... już jest i tonie byle co, szyk, elegancya, inteligencya! wszystko!
Cóż? — kobieta? — istotnie słaba, bez woli — lgnąca do trochę przystojniejszego mężczyzny na oślep. Tak zwanych „uczciwych” — phii!... to okazy do wypchania, niema ich poprostu. Irek takich nie znał, wreszcie... on za nikogo, za żadnąby nie ręczył!...
Podkreślał te słowa, przybijając tem słuchaczy. A wreszcie — gdyby oni byli na jego miejscu i przeszli to, co on przeszedł — widzieli kobiety napozór zacne, święte, nieskalane... szalejące w chwili ekstazy miłosnej w jego objęciach jak kurtyzany! — a!... tak! tak, jak proste kurtyzany!
Od pewnego czasu upodobał sobie wyraz „kurtyzana” — i szastał nim na prawo i lewo, wsłuchując się w dźwięk tego teatralnego słowa.
— Zresztą — ciągnął dalej, paznogcie sobie oglądając — życie trzeba brać jak jest! Kobieta jest przyjemnem narzędziem rozkoszy i miłą rozrywką. Tylko...
Tu składał ręce jak do modlitwy.
— Na Boga, panowie, nie żądajcie niemożliwego! nie chciejcie widzieć w kobiecie istoty na wieki do was przykutej, bo w ten sposób — życie będzie dla was męczarnią. W młodości mej... wiedziałem coś o tem!
Pozował się melancholijnie, głowę na dłoni wspierając.
— Tak!... tak!... — kończył cichym, przytłumionym głosem — początkowo brałem komedyę miłości na seryo. To mnie zabijało! Dziś, nie kocham! pozwalam się kochać... i czuję się o wiele szczęśliwszym.
Uśmiechał się, usta oblizując — w kącikach mu kawa pomieszana ze śliną czerniała.
— Teraz, już trzysta czterdzieste ósme przedstawienie nie kosztuje mnie nic i bez najmniejszego wzruszenia o schadzce wieczornej myślę. Ot — spędzić wieczór z kobietą, jest dla mnie to samo, co... filiżankę kawy wypić!
Pełen dezinwoltury, wspaniały, nadzwyczajny, sączył resztę fusów osiadłychna dnie filiżanki. Słuchano go z religijnem skupieniem.
Swadę miał i widoczną gruntowną znajomość przedmiotu.
Czasem miał odpowiedzi, które po prostu historycznemi się stały, rywalizując ze słowem Cambronne'owi przypisywanem.
Przykład:
Jeden z młodzieży — wkraczający dopiero w dziedzinę galanteryi, zauważył nieśmiało, że pomiędzy „szwaczkami” wiele się znajduje dowodów szczerego przywiązania i miłości.
Dyskutowano trochę, ten i ów opozycyę zakładał, wreszcie zwrócono się do Irka, który ostentacyjnie jakiś list na różowym papierze nabazgrany czytał.
— Jak pan sądzisz?... szwaczki? co?
Irek oczy zmrużył.
— Szwaczki? — odpowiedział po chwili z niezrównanem roztargnieniem — szwaczki?... je n'en sais rien?... nie znam!...
Od pewnego czasu używał francuzczyzny, ucząc się zdań pojedynczych i rozmówek pani Bocquel.
— Nieznasz pan szwaczek? — pytano ze zdziwieniem. On, demoniczny wzrok wokoło ciskał:
— A, od czegóż... damy? — zapytał.
Razem z latami, wzrosła w tym mężczyźnie dziwna zaciekłość udawania kochanka każdej choć trochę wybitniejszej lub bardziej znanej kobiety.
Zwrócił się przedewszystkiem do — teatru.
Poznał jakąś nędzarkę, chórzystkę — obarczoną kilkorgiem dzieci, zaglądał często do jej biednego mieszkania, i teraz, nagle zaczął pastwić się nad aktorkami.
Od owej chórzystki — wyciągał niektóre szczegóły co do artystek stojących na stanowisku i szargał je w błocie rozpusty, obmawiając w najcyniczniejszy sposób.
Pisywały do niego! o! tak — nawet bardzo często, cierpiąc po prostu na manię listów! Lecz on — jakkolwiek chwilami znajdował pewne upodobanie w towarzystwie „tych pań” — umiał postawić się na odpowiedniej stopie. Mój Boże!... wiadomo bowiem jak przewrotną jest kobieta — a cóż dopiero aktorka! Tej ostatniej głównie chodzi o świecidełka, błyskotki. Rzuca się więc jej ten okup i flirtuje wesoło w jej buduarze. Co jeszcze mają najlepszego w sobie aktorki — to umiejętność urządzania buduarów.
I dyskretnie dawał rozmaite szczegóły.
U tej naprzykład buduar cały różowy ma na szezlongu rzuconą białą niedźwiedzią skórę, u tamtej buduar w kształcie oryentalnego namiotu, u innej znowu lustra, lustra i lustra.
Jeszcze inna nie miała buduaru, przyjmowała zwykle w saloniku, w którym była zaciszna alkowa, wybita liliową draperyą. Aktorka miała jasne złociste włosy,zwyklerozpuszczone i wielkiekoronkowe rękawy, któremi zamiatała ziemię.
Nawet na nim, na Irku robiło to pewien efekt, dlatego przesiadywał tam często, powtarzając z „tą panią” — jej role.
Ależ tak — tylko role, a wreszcie...
Tu — był już dyskretnym.
Dobra wiara, którą zaszczycano go od lat kilku, wyrobiła w nim bezczelność, posuniętą do niemożliwych granic.
Opinia aktorek, szarpana zwykle przez wszystkich, dla tego lwa była prawdziwym kęskiem królewskim, na który rzucał się s całą zajadłością.
Aktorki!... fiu!.. wszystko — kurtyzany!...
Rzecz ceny — nic więcej!
Ramionami wzruszał, usta wydymał — pełen szlachetnej pogardy dla tych istot ujrzanych zaledwie zdaleka, wśród blasku gazu, w szeleście jedwabnych spódnic i całej fali koronek.
Serce mu biło gwałtownie, gdy ujrzał którą przechodzącą ulicą.
Jeśli nie był sam — pociągał gwałtownie swego towarzysza i przechodził na drugą stronę ulicy.
— Dlaczego to robisz? — pytał towarzysz — patrz, idzie Morelka, przywitasz się z nią... może mnie przedstawisz?
Irek brwi marszczył, głowę odwracając.
— Dziwny jesteś — odpowiadał — nie wiesz, że oddawna nie znam tej pani?
Lub zapuszczał się dalej w efronteryę, mówiąc junacko:
— Witać się z nią? cóż znowu, przecież ja nie mogę się tak kompromitować!
Przechodził szybko, głowę do góry niosąc, z ustami wydętemi pogardliwie, ironicznie — pogwizdując jakąś urywaną melodyę.
Aktorka tymczasem szła powoli, nie przypuszczając, że po drugiej stronie chodnika szedł człowiek — rzucający nanią błotem, dający jej miano „kurtyzany” i mówiący z pogardą:
— Ta pani, to rzecz... ceny.
Niezrównaną miał fantazyę, ten kreowany przez akuszerkę pożeracz serc kobiecych. Wyjeżdżał raz do Wiednia i zawadził o Wenecyę. Było to już po śmierci matki i trochę klejnotów przez nią pozostawionych przeszło w ręce żydów, dla opłacenia kosztownej dla Irka w świat wycieczki.
Lecz za to z powrotem, ileż legend opromieniło demoniczną postać lewka!...
Wiedenki — hm... cóż! Wiedenki — namiętne, rozmarzone, wysiadające na ławkach Stadtparku podczas księżycowych nocy.
Sentymentalizm straszny... samobójstwo w perspektywie! zapewne — sensacyenowe i dość miłe, lecz dla człowieka,który trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości — zanadto wstrząsające.
Wspanialsze o wiele włoszki, wenecyanki, tajemnicze, pełne ognia i nieopisanej zmysłowości... A gondole! ach!...
Irek głową w takt wioseł kiwał i oczy przymykał uśmiechnięty, pełen rozkosznych wspomnień. Czasem... barkarollę Troschla nucił fałszywie i powtarzał jak papuga:
„T'amo!”
Raz — w chwili zwierzeń wyznał, iż przechodzącego placem Św. Marka, dojrzała go pewna księżna karmiąca gołębie i wieczorem — w gondoli swej uwiozła.
Na Canale grande nauczyła go słowa — „t'amo!”
W rzeczywistości Irek mieszkał w Wiedniu na Leopoldstadt, został w Stadtparku zwymyślany przez jakąś mäderl — wracającą z „Waschanstallt” — a w Wenecyi, wynudziwszy się nad cuchnącym kanałem, napróżno usiłował pozyskać względy dziewczyny posługującej w hotelu,grubej trywialnej włoszki, czeszącej się raz na trzy tygodnie...
W kilka miesięcy później, Irek kupił sobie wąskie porte-bonheur i kazał je zakuć na ręku.
Było to szczytem elegancyi i szyku.
Wysuwał teraz rękę z pod mankietu i błyskał złotem bransoletki, drażniąc ciekawych niezwykłem tem zjawiskiem.
Gdy go pytano — wymijał zręcznie odpowiedzi, honorem się znów zastawiając...
Szczególniej w teatrze imponował bezustannie, bransoletkę na rękę naciągał i pod oczy nią siedzącym w krzesłach kobietom świecił.
Niektóre mówiły:
— Patrz! to monstrum ma bransoletkę!
Inne, zaciekawione istotnie, rzucały badawcze spojrzenia.
Irek, uszczęśliwiony, nadymał się jak żaba, porte bonheurem o szpinki dzwonił i przeginał się z nonszalancyą przez baryerę krzeseł.
W tym czasie przeczytał „Siostry Rondoli” i „Safo”. Mówił przeto wiele o francuzkiej literaturze i o głębokości studyów nad kobietą, dokonanych przez Maupassanta i Daudeta.
Rozmarzywszy się raz fałszowaną chartreuse'ą, ułożył nagle cały romans o jakiejś tajemniczej, czarnoubranej kobiecie, która od dni kilku przychodziła do niego o zmroku wieczornym.
Miało to być „coś z arystokracji” — spowitego w batyst i blondyny(!) i pragnącego u stóp Irka pozostać do śmierci.
Słuchacze zainteresowali się tą opowieścią i przez kilka tygodni, tajemnicza dama unosiła się, jak mistyczne zjawisko po nad głowami mężczyzn. Powoli — zapomniano o niej. Irek — przestał mówić, znużony własnem kłamstwem.
Minęło kilka miesięcy.
Nagle przypomniano sobie tajemniczą damę i rzecz naturalna, zapytano o nią Lewka. On przez chwilę stał osłupiały,niemogąc przypomnieć sobie — o co tu właściwie chodzi.
Wreszcie pamięć mu wróciła.
Do dyabła! cóż teraz zrobić z tą całą historyą! Plątać ją dalej — jak? — konceptu mu zabrakło.
Nagle wspaniała myśl zaświtała mu jak gwiazda zbawienia.
Uśmierci ją!
Tajemnicza dama umrze...
I z ponurą twarzą, grubym głosem, opowiedział pochylony nad swoją kawą — że — czarna dama umarła w Nicei... na suchoty, miesiąc temu, a ostatnie jej słowo było „Ireneusz”...
Powiedziawszy to — zamyślił się głęboko, smutny i znękany.
Słuchacze uszanowali jego boleść — ogólnem milczeniem. Od tej chwili, aureola cierpienia otoczyła czoło Irka; zaczął chodzić zgarbiony, jakby smutkiem do ziemi przyciśnięty.
Pluł wzgardą na wszystkie kobiety tęskniąc do tej jednej, szacunku i miłościgodnej — która „odeszła w dal ciemną — pod błękitnem niebem Italii”.
— Cóż znowu! — pocieszali go przyjaciele — trudno ginąć z tęsknoty dla trupa. Miej siłę! oprzytomniej, Irku!
Lecz Irek pozował teraz coraz więcej, drapując się w szatę tragiczną. Fikcyjna kochanka zaczęła dlań przybierać kształty. Po upływie pewnego czasu nabrał przekonania, że — — czarna dama, rzeczywiście istniała.
Teraz w węzeł krawatu wpinał szpilki w formie trupich główek, ubierał sięciemno, cały żałobny jak karawaniarz.
Chwilami miał chęć sprawienia sobie krepy przy kapeluszu.
Słowem, był to wdowiec, wdowiec opłakujący istotę, która, nie istniejąc, śmiercią swą pogrążyła go w bezmiarze boleści.
I często z zamglonemi oczyma siadał w gronie swych przyjaciół, aby wywnętrzyć ból swój drżącym od wzruszenia głosem.
Jeśli go kto w życiu kochał, o! to pewno ta jedna!... Była mu cała oddana, pomimo odpychającego chłodu, z jakim miłość jej przyjmował!
Uderzał się w czoło z rozpaczą.
— Byłem względem niej niegodziwy — wołał — lecz czyż to była moja wina! Popsuły mnie te wszystkie inne, popsuły, bo trzysta czterdzieści siedem razy musiałem grać z niemi komedyę miłości. A czy która z nich była warta tego?...
— Przecież adwokatowa... — przerywano mu półgłosem.
— Och!... ona!... — i tu Irek mścił się za lekceważenie okazywane mu przez amatorkę kremu. Och, ona szczególniej!... głupia, zła, gadatliwa, narzucająca się, nudna i chuda!... o tak, chuda w przerażający sposób. Stanikiem dobrze zrobionym okłamywała ludzi... lecz, on — Irek, wiedział czego się ma trzymać...
Nie krępował się już teraz w słowach, rozbierając brutalnie kobiety, o których istnieniu wiedział zaledwie. Podniecony,wściekły — mścił się za każdą obelgę, każde odepchnięcie, wyrzuceniem z siebie całej masy kłamliwych szczegółów piętnujących kobietę jak rozpalonem żelazem, na dowód przytaczając tajemnice alkowy, sekreta ciała, ukryte wady lub wdzięki.
I tylko dla nadania sobie pozy i uroku powracał ciągle do zmarłej, wysławiając ją jako ideał piękności i wdzięku.
— Włosy miała czarne jak kruk i do pięt sięgające — mówił, potrząsając głową — oczy szafirowe, twarz bladą... nie! — opisać jej niepodobna, a wreszcie, chcecie? — pokażę wam jej fotografię?
Radość w tłumie powstała ogólna.
— Ale, przysięgnijcie mi na honor, iż nigdy żaden nie da poznać po sobie, że widział ten portret w rękach moich!
Słuchacze, powstawszy, na honor przysięgli.
Gdy Irek do domu powrócił, uczuł kłopot niemały.
Przyrzekł pokazać fotografię zmarłej — hm!... dobrze, ale zkąd fotografię tę dostać?
Niewypada nic innego tylko kupić jakiś „gabinet” — i przyjaciołom przed oczyma błysnąć. Nazajutrz, wczesnym rankiem, pobiegł Irek do ateliers fotograficznych.
Podał się za heliominiaturzystę amatora, chcącego nabyć kilka fotografij, celem robienia studyów.
Podano mu całe stosy wybiórków, portretów osób, które nie zastrzegły sobie sprzedaży publicznej.
Irek szukał długo, wreszcie — wybór jego padł na silną brunetkę, o wielkich ciemnych oczach, owiniętą masą białej gazy.
Wydała mu się nadziemską w tym jasnym obłoku. A — zjawisko, widmo zmarłej a nieznanej kochanki.
— Kto jest ta dama? — zapytał.
Fotograf pokręcił głową.
— Nie pamiętam prawdziwie — odparł — fotografia ta zdejmowana już lat kilka temu. Zdaje mi się jednak, że ktoś z prowincyi.
— Nietutejsza?
— O! za to ręczyć mogę!
— Tem lepiej!
Zapłacił, fotografię zabrał i cały przejęty ważnością chwili, dzień spędził w gorączce i oczekiwaniu.
Co chwila fotografię wyjmował i przyglądał się rysom brunetki. Była przystojną, choć cokolwiek mało miała dystynkcyi. Jakiś uśmieszek w kącikach ust się błąkał, za wiele widać było piersi.
Gaza ratowała jednak wszystko.
Z nadejściem wieczoru, Irek do cukierni pędził — i pomiędzy zebranych już mężczyzn wpadł.
Porwali się wszyscy, zaciekawieni jak stare baby, wyciągając ręce.
— Fotografia? o! pokaż! pokaż!
On — stał teraz boleśnie wykrzywiony i powoli kopertę odchylał.
Portret wyjąwszy, spojrzał i westchnął.
— Tak!... to ona!... moja święta — jakby przemówić miała!
I fotografię najbliżej stojącemu podał a sam, jakby boleścią przybity, na krzesło się usunął.
Lecz nagle, serdeczny, wesoły śmiech rozległ się w powietrzu.
Jeden z grona mężczyzn, świeżo z Łodzi przybyły, machał w ręku trzymaną fotografią „świętej — zmarłej”, zanosząc się ze śmiechu.
— Ależ to Wikcia! — wołał — Wikcia z Grand hotelu w Łodzi — ta... co się tu w Warszawie teraz puszcza!
Lewek głowę podniósł i ogłupiałym wzrokiem na śmiejącego się patrzał.
Że Olka była małpą w całem słowa tego znaczeniu, o tem wiedziało nietylko całe Żółkiewskie, ale nawet i het daleko aż po za rogatkami znano jej rudy, wiecznie rozczochrany warkocz i kaftanik w kratki, wydarty na łokciach a aksamitem u szyi ubrany.
Szczególniej wieczorami, o zmroku — pełno jej było po wązkich uliczkach przedmieścia.
Wiadomo było po co się po cieniu słania, od czasu do czasu tylko pod latarnię podchodząc; dzieci małe znały ją nawet i palcem wskazywały, mówiąc z przedwcześnie rozwiniętą złośliwością:
— Małpa! idzie małpa!...
Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią i rzucała gradem łupin od orzechów, których miała zawsze pełne kieszenie.
Urodzona na przedmieściu, wychowana w cieniu kamienic, córka stróża, gnieżdżącego się w zatęchłej suterynie, podlotkiem zaledwie uciekła, pozostawiając po za sobą ojca, młodszego brata, wiecznie zamorusanego Wicka i kij, którym ojciec zwykł był dzieciom na dobranoc kości łamać. Nie był to jednak zły człowiek, pracowity, przeważnie trzeźwy i zupełnie uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał ciężko i do samego zgonu widząc ćmy nocne, czerniące się w głębi wązkich uliczek, dławił się z wściekłości na samą myśl o losie Olki.
Ona przeniosła się w inne strony miasta i tam, wiążąc zatłuszczone wstążki na głowę, z szelestem świeżo wykrochmalonych spódnic, spadała na ulicę o szarym zmroku, razem z całem stadem szarańczy po kątach ciemnych czatującej.
Znały ją stawy Pełczyńskie i szumiące dokoła nich brzozy, znał ją Węgliński lasek,cały w zieleń aksamitu spowity; — powoli całe terytoryum miasta na wschód się pchającego Olka zajęła w swe posiadanie, prezentując wszędzie swą twarz płaską, ospą znaczoną i z nosem zadartym, z wargami mięsistemi, w obramowaniu ostro najeżonych włosów o rudawym, niepewnym połysku.
Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za swą kolebką, za tem Żółkiewskiem, które bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy i rozlewa się potem w drobne, małe, ciemne zaułki, pomiędzy domami zapchanemi żydostwem, płynące.
Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic, rozweselonych purpurową barwą pierzyn z ganków i z okien zwieszonych, tych dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających się na zielony plac mustry, lub cały szereg fortyfikacyj w mgłę błękitną spowitych. Tęskniła za gwizdem pociągów, przelatujących wesoło po nasypie żółcącym się w oddali, pragnęła odetchnąć wonią kasztanów, płynącą z bukietu drzew ogrodu Inwalidów, z pośród których wystrzelałw górę biały, czysty gmach o harmonijnie pięknych liniach.
Pod drzewami temi Olka przesypiała nieraz całe popołudnia, gdy zamiast iść do szkoły, wolała podchodzić pod łokcie przechodniom i, skomląc, wyżebrać parę centów. Najadłszy się owoców lub pierników, cała zamorusana, rzucała się w trawę, tuż około fontanny, z której płynął wązki srebrny bicz wody.
Dziewczyna zasypiała, zaciskając mocno powieki, cała czerwona, zdenerwowana, podniecona bezczynnością i dniem upalnym.
Usta jej szemrały słowa bez związku, ręce otwierały się kurczowo.
A tymczasem kasztany szumiały, ciało jej przeświecające przez łachmany spódnic wachlując swemi szerokiemi liśćmi, przez które spływało słoneczne światło, wielkiemi zielonymi plamami się znacząc.
Olka chwile te pamiętała dokładnie.
Gdy po nocy, spędzonej w knajpie, z głową ciężką i ustami spieczonemi, wracała do swej nory — cieplejszy powiew wiatru budził w niej myśl jedną.
A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!
Ba — lecz ojciec!
Ojca bała się jak ognia.
Wiedziała, iż szukać jej nie będzie, lecz — gdyby mu pod oczy podlazła!...
Snuła się więc znów po „Rurach” — omijając starannie czerniącą się sylwetkę policyanta.
Czasem przemknął się koło niej terminator bosy, obdarty, zasmolony.
Podskoczył, gwizdnął i zajrzał w oczy rozczochranej dziewczynie, mknącej wzdłuż kamienic.
Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał przeraźliwym głosem: