The Project Gutenberg eBook ofPan Tadeusz

The Project Gutenberg eBook ofPan TadeuszThis ebook is for the use of anyone anywhere in the United States and most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included with this ebook or online atwww.gutenberg.org. If you are not located in the United States, you will have to check the laws of the country where you are located before using this eBook.Title: Pan TadeuszAuthor: Adam MickiewiczRelease date: March 7, 2010 [eBook #31536]Most recently updated: January 25, 2021Language: PolishCredits: Produced by Jimmy O'Regan and the volunteers of DistributedProofreaders Europe http://dp.rastko.net (Produced fromimages generously made available by CBN Polonahttp://www.polona.pl)*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK PAN TADEUSZ ***

This ebook is for the use of anyone anywhere in the United States and most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included with this ebook or online atwww.gutenberg.org. If you are not located in the United States, you will have to check the laws of the country where you are located before using this eBook.

Title: Pan TadeuszAuthor: Adam MickiewiczRelease date: March 7, 2010 [eBook #31536]Most recently updated: January 25, 2021Language: PolishCredits: Produced by Jimmy O'Regan and the volunteers of DistributedProofreaders Europe http://dp.rastko.net (Produced fromimages generously made available by CBN Polonahttp://www.polona.pl)

Title: Pan Tadeusz

Author: Adam Mickiewicz

Author: Adam Mickiewicz

Release date: March 7, 2010 [eBook #31536]Most recently updated: January 25, 2021

Language: Polish

Credits: Produced by Jimmy O'Regan and the volunteers of DistributedProofreaders Europe http://dp.rastko.net (Produced fromimages generously made available by CBN Polonahttp://www.polona.pl)

*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK PAN TADEUSZ ***

W TYPOGRAFJI A. PINARD,PRZY WYBRZEŻU VOLTAIRE, 15.

[Illustration]

A. MICKIEWICZ.

Podług Medalionu wykonanego w Weymarze 1829przez P. Dawida Członka Instytutu Francyi

Stefanowi Witwickemupoświęca ziomek, towarzysz i przyjacielAntoni Oleszczynski

Imprimé par Dion

1834

CZYLI

z r. 1811 i 1812,

WE DWUNASTU KSIĘGACH, WIERSZEM,

TOM PIERWSZY.

Wydanie Alexandra Jeżowickiego,

S POPIERSIEM AUTORA.

1834

GOSPODARSTWO.ZAMEK.UMIZGI.DYPLOMATYKA I ŁOWY.KŁÓTNIA.OBJAŚNIENIA.OMYŁKI.SPIS RZECZY.

TREŚĆ.

Powrot panicza — Spotkanie się piérwsze w pokoiku, drugie u stołu — Ważna Sędziego nauka o grzeczności — Podkomorzego uwagi polityczne nad modami — Początek sporu o Kusego i Sokoła — Żale Wojskiego — Ostatni Woźny Trybunału — Rzut oka na ówczesny stan polityczny Litwy i Europy.

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowieKto cię stracił. Dziś piękność twą w całéj ozdobieWidzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.Panno święta, co jasnéj broniszCzęstochowyI w Ostréj świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowyNowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,(Gdy od płaczącéj matki, pod Twoję opiekęOfiarowany, martwą podniosłem powiekę;I zaraz mogłem pieszo, do Twych świątyń proguIść za wrócone życie podziękować Bogu;)Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.Tymczasem przenoś moję duszę utęsknionąDo tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,Szeroko nad błękitnym Niemnem rosciągnionych;Do tych pól malowanych zbożem rozmaitém,Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedząZieloną, na niéj zrzadka ciche grusze siedzą.Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;Świéciły się zdaleka pobielane ściany,Tém bielsze że odbite od ciemnéj zieleniTopoli, co go bronią od wiatrów jesieni.Dóm mieszkalny niewielki lecz zewsząd chędogi,I stodołę miał wielką i przy niéj trzy stogiUżątku, co pod strzechą zmieścić się niemoże;Widać że okolica obfita we zboże,I widać z liczby kopie, co wzdłuż i wszerz smugówŚwiecą gęsto jak gwiazdy; widać z liczby pługówOrzących wcześnie łany ogromne ugoruCzarnoziemne, zapewne należne do dworu,Uprawne dobrze nakształt ogrodowych grządek:Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,Że gościnna, i wszystkich w gościnę zaprasza.Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panekI obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,Wysiadł s powozu; konie porzucone same,Szczypać trawę ciągnęły powoli pod bramę.We dworze pusto: bo drzwi od ganku zamkniętoZaszczepkami, i kołkiem zaszczepki przetknięto.Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać,Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać,Dawno domu niewidział; bo w dalekiém mieścieKończył nauki, końca doczekał nareszcie.Wbiega i okiem chciwie ściany starodawneOgląda czule, jako swe znajome dawne.Też same widzi sprzęty, też same obicia,S któremi się zabawiać lubił od powicia;Lecz mniéj wielkie, mniéj piękne niż się dawniéj zdały.I też same portrety na ścianach wisiały.Tu Kościuszko w czamarce krakowskiéj, z oczymaPodniesionemi w niebo, miecz oburącz trzyma;Takim był gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,Że tym mieczem wypędzi s Polski trzech mocarzów,Albo sam na nim padnie. Daléj w polskiéj szacieSiedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,W ręku trzyma nóż ostrzem zwrócony do łona,A przed nim leży Fedon i żywot Katona.Daléj Jasiński młodzian piękny i posępny;Obok Korsak towarzysz jego nieodstępnyStoją na szańcach Pragi, na stosach moskaliSiekąc wrogów a Praga już się w koło pali.Nawet stary stojący zegar kurantowyW drewnianéj szafie poznał, u wniścia alkowy;I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,By stary Dąbrowskiego usłyszyć mazurek.Biegał po całym domu i szukał komnatyGdzie mieszkał dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenicePo ścianach; w téj komnacie mieszkanie kobiéce?Któżby tu mieszkał? stary stryj niebył żonaty;A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.To niebył ochmistrzyni pokój? Fortepiano?Na niém noty, i książki; wszystko porzucanoNiedbale i bezładnie; nieporządek miły!Niestare były rączki co je tak rzuciły.Tuż i sukienka biała, świeżo s kołka zdjętaDo ubrania, na krzesła poręczu rospięta.A na oknach donices pachnącemi ziołki,Gieranium, lewkonia, astry i fijołki.Podróżny stanął w jedném z okien — nowe dziwo:W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywąBył maleńki ogródek ścieszkami porznięty.Pełen bukietów trany angielskiéj i mięty.Drewniany drobny w cyfrę powiązany płotekPołyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.Grządki widać że były świeżo polewane;Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,Ale nigdzie niewidać było ogrodniczki;Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczkiŚwieżo trącone, blisko drzwi ślad widać nóżkiNa piasku, bez trzewika była i pończoszki,Na piasku drobnym, suchym, białym nakształt śniegu;Ślad wyraźny lecz lekki, odgadniesz że w bieguChybkim był zostawiony nóżkami drobnemiOd kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,Wonnemi powiewami kwiatów oddychając,Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,Oczyma ciekawemi po drożynach gonił,I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,Myślał o nich i czyje były odgadywał.Przypadkiem oczy podniósł, i toż na parkanieStała młoda dziewczyna — białe jéj ubranieWysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.W takiém Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,W takiém nigdy niebywa od męsczyzn widziana;Więc choć świadka niemiała, założyła ręceNa piersiach, przydawając zasłony sukience.Włos w pukle nierozwity, lecz w węzełki małePokręcony, schowany w drobne strączki białe,Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blaskuŚwiecił się, jak korona na świętych obrasku.Twarzy niebyło widać, zwrócona na poleSzukała kogoś okiem, daleko, na dole;Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,Juk biały ptak zleciała s parkanu na błonie,I wionęła ogrodem, przez płotki, przez kwiaty,I po desce opartéj o ścianę komnaty,Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,Nagła, cicha i lekka, jak światłość miesiąca.Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;W tém ujrzała młodzieńca i z rąk jéj wypadłaSuknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą,Jak obłok gdy z jutrzenką napotka się ranną;Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłoniłI cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;Podróżny zląkł się, spojrzał, lecz już jéj niebyło,Wyszedł zmieszany i czuł że serce mu biłoGłośno, i sam niewiedział czy go miało śmieszyćTo dziwaczne spotkanie, czy wstydzie, czy cieszyć.Tymczasem na folwarku nieuszło baczności,Ze przed ganek zajechał któryś z nowych gości.Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie danoJako w porządnym domu i obrok i siano:Bo Sędzia nigdy niechciał, według nowéj mody,Odsyłać konie gości żydom do gospody,Słudzy niewyszli witac, ale niemyśl wcaleAby w domu Sędziego służono niedbale;Słudzy czekają nim się Pan Wojski ubierze,Który teraz za domem urządzał wieczerzę.On Pana zastępuje i on w niebytnościPana, zwykł sam przyjmować i zabawiać gości;(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).Widząc gościa na folwark dążył pokryjomu;(Bo niemógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie,)Wdział więc jak mógł najprędzéj niedzielne ubranieNagotowane z rano, bo od rana wiedział,Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.Pan Wojski poznał zdala, ręce roskrzyżowałI s krzykiem podróżnego ściskał i całował;Zaczęła się ta prętka, zmieszana rozmowa,W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowaKrótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,Wykrzykników i westchnień i nowych powitań.Gdy się Pan Wojski dosyć napytał, nabadał,Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.«Dobrze mój Tadeuszu,» (bo tak nazywanoMłodzieńca, który nosił Kościuszkowskie mianoNa pamiątkę, że w czasie wojny się urodził,}«Dobrze mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodziłDo domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;Jest s czego wybrać; u nas towarzystwo liczneOd dni kilku zbiera się na sądy graniczne,Dla skończenia dawnego z Panem Hrabią sporu,I Pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;Podkomorzy już zjechał z żoną i s córkami.Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,A starzy i kobiety żniwo oglądająPod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.Pójdziemy jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamyStryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy.»Pan Wojski s Tadeuszem idą pod las drogąI jeszcze się dowoli nagadać niemogą.Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,Mniéj silnie ale szerzéj niż we dnie świeciło,Całe zaczerwienione, jak zdrowe obliczeGospodarza, gdy prace skończywszy rolniczeNa spoczynek powraca: już krąg promienistySpuszcza się na wierzch boru, i już pomrok mglistyNapełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;I bór czernił się nakształt ogromnego gmachu,Słońce nad niém czerwone jak pożar na dachu;Wtém zapadło do głębi; jeszcze przez konaryBłysnęło, jako świeca przez okienic szpary,I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniąceWe zbożach, i grabliska suwane po łące,Ucichły i stanęły: tak Pan Sędzia każe,U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.«Pan świata wié jak długo pracować potrzeba;«Słońce Jego robotnik kiedy znidzie z nieba,«Czas i ziemianinowi ustępować s pola.»Tak zwykł mawiać Pan Sędzia; a Sędziego wolaByła Ekonomowi poczciwemu święta.Bo nawet wozy, w które już składać zaczętoKopę żyta, niepełne jadą do stodoły;Cieszą się z niezwyczajnéj ich lekkości woły.Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,Wesoło lecz w porządku; naprzód dzieci małeZ dozorcą, potem Sędzia szedł s Podkomorzyną,Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku,(Tak każe przyzwoitość) nikt tam nie rosprawiałO porządku, nikt męsczyzn i dam nie ustawiał,A każdy mimowolnie porządku pilnował.Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował,I nigdy nie dozwalał, by chybiano względuDla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu;Tym ładem, mawiał, domy i narody słyną,Z jego upadkiem domy i narody giną.Więc do porządku wykli domowi i słudzy;I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzyGdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.Krótkie były Sędziego s synowcem witania,Dał mu poważnie rękę do pocałowaniaI w skroń ucałowawszy uprzejmie pozdrowił;A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,Widać było z łez, które wylotem kontuszaOtarł prędko, jak kochał Pana Tadeusza.W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boruI z łąk i s pastwisk razem wracało do dworu.Tu owiec trzoda becząc w ulice się tłoczyI wznosi chmurę pyłu; daléj zwolna kroczyStado cielic tyrolskich z mosiężnemi dzwonki.Tam konie rżące lecą ze skoszonéj łąki;Wszystko bieży ku studni, któréjramięi drzewaRaz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.Sędzia choć utrudzony, chociaż w gronie gości,Nie chybił gospodarskiéj, ważnéj powinności,Udał się sam ku studni; najlepiéj z wieczoraGospodarz widzi w jakim stanie jest obora,Dozoru tego nigdy pługom nie poruczy,Bo Sędzia wié że oko pańskie konia tuczy.Wojski z Woźnym Protazym ze świecami w sieniStali i rozprawiali nieco poróżnieni,Bo w niebytność Wojskiego Woźny pokryjomuKazał stoły z wieczerzą powynosić z domu,I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,Którego widne były pod lasem zwaliska.Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywiłI przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,Dla czego urządzenie pańskie przeinaczył;We dworze żadna izba nie ma obszernościDostatecznéj dla tylu, tak szanownych gości,W zamku sień wielka jeszcze dobrze zachowana,Sklepienie całe — wprawdzie pękła jedna ściana.Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;Bliskość piwnic wygodna służącéj czeladzi.Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,Ze miał i taił inne ważniejsze przyczyny.O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,Okazały budową, poważny ogromem,Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.Dobra całe zniszczone sekwestrami rządu,Bezładnością opieki, wyrokami sądu,W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,A resztę rozdzielono między wierzycieli.Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanieTrudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;Lecz Hrabia sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,Przyjechawszy z wojażu upodobał muryTłumacząc, że gotyckiéj są architektury;Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tém,Że Architekt był majstrem z Wilna nie zaś Gotem.Dość że Hrabia chciał zamku, właśnie i SędziemuPrzyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.Zaczęli proces w ziemstwie, potém w głównym lądzie,W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;Wreszcie po wielu kosztach, i ukazach licznych,Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.Słusznie Wożny powiadał że w zamkowéj sieniZmieści się i palestra i goście proszeni.Sień wielka jak refektarz, z wypukłém sklepieniemNa filarach, podłoga wysłana kamieniem,Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogiZ napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte,I stoi wypisany każdy po imieniu;Herb Horeszków Półkozic jaśniał na sklepieniu.Goście weszli w porządku i stanęli kołem;Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;Z wieku mu i urzędu ten zaszyt należy,Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie.Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie,Męsczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli,I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.Pan Tadeusz choć młodzik, ale prawem gościa,Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;Między nim i stryjaszkiem jedno pozostałoPuste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.Stryj nie raz na to miejsce i na drzwi poglądał,Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,I z nim na miejscu pustém oczy swe osadzał.Dziwna rzecz! miejsca w koło są siedzeniem dziewic,Na które mógłby spojrzéć bez wstydu królewic,Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;Rostargniony, do swojéj nadobnéj sąsiadkiLedwo słów kilka wyrzekł do Podkomorzanki,Nie zmienia jéj talerzów, nie nalewa szklanki,I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,S którychby wychowanie poznano stołeczne;To jedno puste miejsce nęci go i mami,Już niepuste, bo on je napełnił myślami.Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,Jako po deszczu żabki po samotnéj łące;Śród nich jednakrólujepostać, jak w pogodęLilia jezior skroń białą wznosząca nad wodę.Dano trzecią potrawę. W tém pan Podkomorzy,Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,A młodszéj przysunąwszy s talerzem ogórki,Rzekł: «Muszę ja wam służyć, moje panny córkiChoć stary i niezgrabny.» Zatem się rzuciłoKilku młodych od stołu i pannom służyło.Sędzia z boku rzuciwszy wzrok na TadeuszaI poprawiwszy nieco wylotów kontusza,Nalał węgrzyna i rzekł: «Dziś nowym zwyczajemMy na naukę młodzież do stolicy dajem,I nie przeczym, że nasi synowie i wnukiMają od starych więcéj książkowéj nauki,Ale co dzień postrzegam jak młódź cierpi na tém,Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem;Dawniéj na dwory pańskie jachał szlachcic młody,Ja sam lat dziesięć byłem dworskim WojewodyOjca Podkomorzego, Mościwego Pana,(Mówiąc Podkomorzemu ścisnął za kolana);On mnie radą do usług publicznych sposobił,Z opieki nic wypuści aż człowiekiem zrobił.W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.Jeżlim tyle na jego nie korzystał dworzeJak drudzy, i wróciwszy w domu ziemię orzę,Gdy inni więcéj godni Wojewody względówDoszli potém najwyższych krajowych urzędów,Przynajmniéj tom skorzystał, że mi w moim domuNikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu,W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało.Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.Niełatwą, bo nie na tém kończy się, jak nogąZręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;Bo taka grzeczność modna, zda mi się kupieckaAle nie staropolska, ani też szlachecka.Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i PanaDla sług swoich, a w każdéj jest pewna odmiana.Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzićI każdemu powinną uczciwość wyrządzić.I starzy się uczyli; u Panów rozmowa,Była to historja żyjąca krajowa,A między szlachtą dzieje domowe powiatu:Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?S kim on żył, co porabiał? każdy gdzie chce wchodziByle nie szpieg rządowy, i byle nie w nędzy.Jak ów Wespazjanus nie wąchał pieniędzy,I nie chciał wiedziéć skąd są, z jakich rąk i krajów;Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!Dość że ważny i że sięstempelna nim widzi,Więc szanują przyjaciół jak pieniądze żydzi.»To mówiąc, Sędzia gości obejrzał porządkiem;Bo choć zawsze i płynnie mówił i z rozsądkiem,Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,Że ją nudzi rzecz długa choć najwymowniejsza.Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiém;Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,Ale częstém skinieniem głowy potakiwał.Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;Więc Sędzia jegopuchari swój kielich nalał,I daléj mówił: «Grzeczność nie jest rzeczą małą:Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje:Jak na szalach żebyśmy nasi ciężar poznali,Musim kogoś posadzić na przeciwnéj szali.Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnéjGrzeczność, którą powinna młódź dla płci nadobnéjZwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty,Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.Stąd droga do affektów i stąd się kojarzyWspaniały domów sojusz — tak myślili starzy.A zatem» — Tu Pan Sędzia nagłym zwrotem głowySkinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,Znać było że przychodził już do wniosków mowy.W tém brząknął w tubakierę złotą Podkomorzy,I rzekł: »Mój Sędzio, dawniéj było jeszcze gorzéj!Teraz niewiém czy moda i nas starych zmienia,Czy młodzież lepsza, ale widzę mniéj zgorszenia.Ach ja pamiętam czasy, kiedy do OjczyznyPierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!Gdy raptem paniczyki młode s cudzych krajówWtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów,Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.Żałośnie było widziéć wyżółkłych młokosów,Gadających przez nosy, a często bez nosów,Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;Bo Pan Bóg kiedy karę na naród przepuszcza,Odbiéra naprzód rozum od Obywateli.I tak, mędrsi fircykom oprzéć się nie śmieli,I zląkł ich się jak dżumy jakiéj cały naród,Bo już sam wewnątrz, siebie czuł choroby zaród;Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory;Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.Była to maszkarada, zapustna swawola,Po któréj miał przyjść wkrótce wielki post — niewola!«Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziécie,Kiedy do ojca mego w Oszmiańskim powiecie,Przyjechał Pan Podczaszyc na francuskim wózku.Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,Zazdroszczono domowi, przed którego progiemStanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,Która się po francusku zwała karjulka.Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,A na kozłach niemczysko chude nakształt deski;Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,W pończochach, ze srebrnemi klamrami trzewiki,Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,A chłopi żegnali się, mówiąc: że po świecieJeździ wenecki djabeł w niemieckiéj karecieSam Podczaszyc jaki był opisywać długo,Dosyć że się nam zdawał małpą lub papugąW wielkiéj peruce, którą do złotego runaOn lubił porównywać, a my do kołtuna.Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubraniePiękniejsze jest niż obcéj mody małpowanie,Milczał; bo by krzyczała młodzież, że przeszkadzaKulturze, że tamuje progressy, że zdradza!Taka była przesądów owoczesnych władza!«Podczaszyc zapowiedział że nas reformować,Cywilizować będzie i konstytuować;Ogłosił nam, że jacyś francuzi wymowniZrobili wynalazek: iż ludzie są rowni.Choć o tém dawno w Pańskim pisano zakonie,I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.Nauka dawną byłą, szło o jéj pełnienie!Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,Jeśli ich nic czytano w francuskiéj gazecie.Podczaszyc mimo równość wziął tytuł Markiża;Wiadomo że tytuły przychodzą s Paryża,A natenczas tam w modzie był tytuł Markiża.Jakoż kiedy się moda odmieniła z laty,Tenże sam Markiż przybrał tytuł Demokraty;Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,Demokrata przyjechał s Paryża Baronem;Gdyby żył dłużéj, może nową alternatą,Z Barona przechrzciłby się kiedyś Demokratą.Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.«Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzieżWyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,Nie szukać prawodastwa w drukarskich kramarniach,Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,Nie daje czasu szukać mody i gawędki.Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!Zawżdyz wawrzynów drzewo wolności wykwita.Tylko smutno, że nam ach! tak się lata wlekąW nieczynności! a oni tak zawsze daleko!Tak długo czekać! nawet tak randka nowina —Ojcze Robaku (ciszéj rzekł do Bernardyna)Słyszałem, żeś z za Niemna odebrał wiadomość;Może téż co o naszém wojsku wié Jegomość?»— «Nic a nic» odpowiedział Robak obojętnie,(Widać było że słuchał rozmowy niechętnie)Mnie polityka nudzi; jeżeli z WarszawyMam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawyBernardyńskie, cóż o tém gadać u wieczerzy;Są tu świeccy do których nic to nie należy.»Tak mówiąc, spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadnikówSiedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków,Stary żołnierz, stał w bliskiéj wiosce na kwaterze,Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.Rykówjadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,Lecz na wzmiankę Warszawy, rzekł podniosłszy głowę:«Pan Podkomorzy! Oj Wy! Pan zawsze ciekawyO Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a popolsku umiem, —Ojczyzna! ja to czuję wszystko, ja rozumiem!Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem,Często na awanpostach nasz s francuzem gada.Pije wódkę; jak krzykną ura! — kanonada.Ruskie przysłowie: s kim się biję, tego lubię.Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie,Ja mówię, będzie wojna u nas. Do MajoraPłuta Adjutant Sztabu przyjechał zawczora:Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,Czy na Francuza; oj ten Bonapart figurka!Bez Suwarowa to on może nas wytuza.U nas w pułku gadano, jak szli na francuza.Że Bonapart czarował, no, tak i SuwarówCzarował; tak i były czary przeciw czarów.Baz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta, —A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta,Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,Daléj drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.Obaczcież co się stało w końcu z Bonapartą» —Tu Ryków przerwał i jadł; wtém s potrawą czwartąWszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.Weszła nowa osoba przystojna i młoda;Jéj zjawienie się nagłe, jéj wzrost i uroda,Jéj ubiór, zwrócił oczy, wszyscy ją witali,Prócz Tadeusza widać że ją wszyscy znali.Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,Suknię materjalną różową jedwabną,Gors wycięły, kołnierzyk s korónek; rękawkiKrótkie, w ręku kleciła wachlarz dla zabawki(Bo nie było gorąca), wachlarz pozłocistyPowiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,W pukle, i przeplatane różowemi wstęgi,Pośród nich brylant, niby zakryły od oczu,Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu,Słowem ubior galowy; szeptali nie jedni,Ze zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.Nóżek, chuć suknia krótka, oko nic zobaczy,Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéyJako osobki, które na trzykrólskie świętaPrzesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,Chciała usieść na miejscu sobie zostawioném.Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało,Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,A potém między rzędem siedzących i stołem,Jak bilardowa kula toczyła się kołem,W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolanaPośliznęła się nieco, i w tém roztargnieniuNa pana Tadeusza wsparła się ramieniu.Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swém siadłaPomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła;Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonekKręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronekPoprawiała, to lekkiém dotknieniem się rękiMuskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.Tymczasem, w końcu stoła naprzód ciche szmery,A potém się zaczęły wpółgłośne rozmowy;Męszczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.Assesora z Rejentem wzmogła się uparta,Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,Którego posiadaniem pan Rejent się szczyciłI utrzymywał, że on zająca pochwycił;Assesor zaś dowodził na złość Rejentowi,Że ta chwała należy chartu Sokołowi.Pytano zdania innych; więc wszyscy dokołaBrali stronę Kusego albo też Sokoła,Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.Sędzia na drugim końcu do nowéj sąsiadkiRzekł półgłosem: przepraszam, musieliśmy siadać,Niepodobna wieczerzy na późniéj odkładać,Goście głodni, chodzili daleko na pole,Myśliłem że dziś z nami nie będziesz przy stole.To rzekłszy, s Podkomorzym przy pełnym kielichuO politycznych sprawach rozmawiał po cichu.Gdy tak były zajęte stołu strony obie,Tadeusz przyglądał się nieznanéj osobie;Przypomniał że za pierwszem na miejsce wejrzeniemOdgadnął zaraz, czyjém miało być siedzeniem.Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!Więc było przeznaczono, by przy jego bukuUsiadła owa piękność widziana w pomroku;Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,Bo ubrana, a ubior powiększa i zmniejsza.I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,A u téj krucze długie zwijały się sploty?Kolor musiał pochodzie od słońca promieniKtóremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.Twarzy w ów czas niedostrzegł, nazbyt rychło znikła,Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;Myślił że pewnie miała czarniutkie oczęta,Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;U téj znalazł podobne oczy, usta, lica;W wieku możeby była największa różnica;Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,A Pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;Lecz młodzież o piękności metrykę niepyta,Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,Chłopcowi każda piękność zda się rowiennicą,A niewinnemu każda kochanka dziewicą.Tadeusz chociaż liczył lat blisko dwadzieście,I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkiém mieście;Miał za dozorcę księdza który go pilnowałI w dawnéj surowości prawidłach wychował.Tadeusz zatém przywiózł w strony swe rodzinneDuszę czystą, myśl żywą i serce niewinne;Ale razem nie małą chętkę do swywoli,Z góry już robił projekt, że sobie pozwoliUżywać na wsi, długo wzbronionej swobody;Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody;A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.Nazywał się Soplica; wszyscy SoplicowieSą jak wiadomo krzepcy, otyli i silni,Do żołnierki jedyni, w naukach mniéj pilni.Tadeusz się od przodków swoich nieodrodził,Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,Choć stryj na wychowanie niczego nieskąpił.On wolał z flinty strzelać, albo szablą robić.Wiedział że go myślano do wojska sposobić,Że Ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;Ustawicznie do bębna tęsknił siedząc w szkole.Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,Kazał aby przyjechał i aby się żenił,I objął gospodarstwo; przyrzekł na początekDać małą wieś, a potém, cały swój majątek.Te wszystkie Tadeusza cnoty i zaletyŚciągnęły wzrok sąsiadki, uważnéj kobiety.Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,Jego ramiona silne, jego pierś szeroką,I w twarz spójrzała, s której wytryskał rumieniec.Ilekroć z jéj oczyma spotkał się młodzieniec:Bo s pierwszéj lękliwości całkiem już ochłonął,I patrzył wzrokiem śmiałym w którym ogień płonął,Również patrzyła ona, i cztery źreniceGorzały przeciw sobie jak roratne świéce.Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;Wracał z miasta, ze szkoły; więc o książki nowe,O autorów pytała Tadeusza zdania,I ze zdań wyciągała na nowo pytania;Cóż gdy potém zaczęła mówić o malarstwie,O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!Dowiodła że zna równic pędzel, noty, druki;Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,Lękał się, by niezostał pośmiewiska celem,I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi:Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach,O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.Tadeusz odpowiadał śmieléj, szła rzecz daléj,W półgodzinyjużbyli s sobą poufali;Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.W końcu,stawiła przed nim trzy s chleba gałeczki,Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,Sąsiadka zaśmiała się, lecz niepowiedziałaKogo owa szczęśliwsza gałka oznaczała.Inaczéj bawiono się w drugim końcu stoła,Bo tam wzmogłszy się nagle stronnicy Sokoła,Na partyę Kusego bez litości wsiedli:Spór był wielki, już potraw ostatnich niejedli.Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,A najstraszniéj Pan Rejent był zacietrzewiony,Jak raz zaczął, bez przerwy ncci swoję tokowałI gestami ją bardzo dobitnie malował.(Był dawniéj adwokatem Pan Rejent Bolesta,Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta.)Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,S pod ramion wytknął palce i dłonie paznokcie.Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem,Właśnie rzecz kończył. «Wyczha, puściliśmy razemJa i Assessor, razem, jakoby dwa kórkiJednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;Wyezha, poszli, a tając jak strona, smyk w pole.Psy tuż, (to mówiąc ręce ciągnął wzdłuż po stoleI palcami ruch chartów przedziwnie udawał)Psy tuż, i hec od lasu odsadzili kawał;Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec.Wysadził się przed kusym, o tyle, o palec.Wiedziałem że spudłuje, szarak gracz nielada,Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupiePstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój KusyCap!!» Tak krzycząc Pan Rejent na stół pochylony,S palcami swemi zabiegł aż do drugiéj strony,I «Cap!» Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem;Tadeusz i sąsiadka tym głosu wybuchemZnienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy:Jako wierzchołki drzewa powiązane społemGdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołemBlisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.Tadeusz by niezdradzić swego rostargnienia,Prawda rzekł mój Rejencie, prawda, bez wątpieniaKusy piękny chart s kształtu, jeśli równie chwytny...Chwytny? krzyknął Pan Rejent, mój pies faworytnyŻeby niemiał być chwytny? Więc Tadeusz znowuCieszył się, że tak piękny pies niéma narowu.Żałował że go tylko widział idąc z lasu,I że przymiotów jego poznać niemiał czasu.Na to zadrżał Assessor, puścił z rąk kieliszek,Utopił w Tadeusza wzrok juk bazyliszek.Assessor mniéj krzykliwy i mniéj był ruchowyOd Rejenta, szczuplejszy i mały s postawy,Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,Bo powiadano o nim, ma żądło w języku.Tak dowcipne żarciki umiał komponować,Iżby je w kalendarzu można wydrukować:Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniéj człek dostatni,Schedę ojca swojego i majątek bratni,Wszystko strwonił na wielkim figurując świecie;Teraz wszedł w służbę rządu by znaczyć w powiecie.Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,Już to że odgłos trąbki i widok obławy,Przypominał mu jego lata młodociane,Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;Teraz mu s całej psiarni dwa charty zostały,I jeszcze s tych jednemu chciano przeczyć chwały.Wiec zbliżył się i zwolna gładząc faworyty,Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:«Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu,Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiéj cioci.Choć Pani Telimena mieszkała w stolicyI bawi się niedawno w naszéj okolicy,Lepiéj zna się na łowach niż myśliwi młodzi:Tak to nauka sama z latami przychodzi.»Tadeusz na którego niespodzianie spadałGrom taki, wstał zmieszany, chwilę nic niegadał,Lecz patrzył na rywala coraz straszniéj, srożéj...W tém wielkiem szczęściem dwakroć kichnął Podkomorzy,«Wiwat» krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił,I zwolna w tabakierę palcami zadzwonił:Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,A wśrodku jéj był portret króla Stanisława.Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował,Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;Umilkli wszyscy i ust nieśmieli otwierać.On rzekł:«Wielmożni Szlachta Bracia Dobrodzieje,Forum myśliwskiém tylko są łąki i knieje,Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję,I posiedzenie nasze na jutro solwuję.I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę;Woźny! odwołaj sprawę, na jutro na pole,Jutro i Hrabia s całém myśliwstwem tu zjedzie,I Waszeć z nami ruszysz Sędzio mój sąsiedzie,I Pani Telimena i Panny i Panie,Słowem zrobim na urząd wielkie polowanie;I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi.»To mówiąc tabakierę podawał starcowi.Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział.Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,Bo nikt lepiéj nad niego nie znał polowania.On milczał, szczypię wziętą s tabakiery ważyłW palcach, i długo dumał nim ją w końcu zażył,Kichnął aż cała izba rozległa się echem,I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:«O jak mnie to starego i smuci i dziwi!Cóżbyto o tém starzy mówili myśliwi?Widząc że w tylu szlachty, w tylu panów gronie,Mają sądzić się spory o charcim ogonie;Cóżby rzekł na to stary Rejtan gdyby ożył?Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!Coby rzekł wojewoda Niesiołowski stary,Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary,I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim,A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze,Nikt go na polowanie uprosić nie może,Białopiotrowiczowi samemu odmówił!Bo cóżby on na waszych polowaniach łowił?Piękna byłaby sława! ażeby pan takiWedle dzisiejszéj mody jeździł na szaraki.Za moich panie czasów, w języku strzeleckim,Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk, zwany był zwierzem szlacheckim,A zwierze nic mające kłów, rogów, pazurów,Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;Żaden pan przyjąć nie chciałby do rękiStrzelby, którą zhańbiono sypiąc w nią śrót cienki!Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,Trafia się że spod konia mknie się biedak zając,Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze,I na konikach małe goniły paniczePrzed oczyma rodziców, którzy te pogonieLedwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczyOdwołać swe roskazy, i niech mi wybaczyŻe nie mogę na takie jechać polowanie,I nigdy na niém noga moja nie postanie!Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha,Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha.»Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył,Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył,Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy,Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,Tadeusz Telimenie, Assessor Krajczance,A pan Rejent na końcu Wojskiéj Hreczeszance.Tadeusz s kilku gośćmi poszedł do stodoły,A czuł się pomięszany, zły i niewesoły,Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki,Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,A szczególniéj mu słowo «Ciocia», koło uchaBrzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha,Pragnąłby u Woźnego lepiéj się wypytaćO Pani Telimenie, lecz go niemógł schwytać;Wojskiego też niewidział, bo zaraz z wieczerzyWszyscy poszli za gośćmi jak sługom należy,Urządzając we dworze izby do spoczynku.Starsi i damy spały we dworskim budynku,Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazanoW zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.W półgodziny tak było głucho w całym dworzeJako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu niezmruża,Jako wódz gospodarstwa, obmyśla wyprawęW pole, i w domu przyszłą urządza zabawę.Dał roskaz ekonomom, wójtom i gumiennym,Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.Woźny pas mu odwiązał, pas Słucki, pas lity,Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,Z jednéj strony złotogłów w purpurowe kwiaty,Na wywrót jedwab' czarny posrebrzany w kraty;Pas taki można równie kłaść na strony obie,Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;Właśnie tém się zatrudniał i kończył tak gadać:«Cóż złego że przeniosłem stoły do zamczyska,Nikt na tém nic niestracił, a Pan może zyska,Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,I mimo całą strony przeciwnéj zajadłość,Dowiodę że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,Dowodzi że posiadłość tam ma albo bierze,Nawet strony przeciwne weźmiemy na świadki:Pamiętam za mych czasów podobne wypadki.»Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,Siadł prze świecy i dobył książeczkę s kieszeni,Która mu jak Ołtarzyk Złoty zawsze służy,Któréj nigdy nie rzuca w domu i w podróży.Była to trybunalska wokanda: tam rzędemStały spisane sprawy, które przed urzędemWoźny sam głosem swoim przed laty wywołał,Albo o których później dowiedzieć się zdołał.Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,Radziwił z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,Obuchowicz s kahałem, Juraha s Piotrowskim,Maleski z Mickiewiczem, a nakoniec HrabiaS Soplicą: i czytając, s tych imion wywabiaPamięć spraw wielkich, wszystkie processu wypadki,I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;I ogląda sam siebie, jak w żupanie białymW granatowymkontuszustał przed trybunałem,Jedna ręka na szabli, a drugą do stołaPrzywoławszy dwie strony, «Uciszcie się!» woła.Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomałuUsnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.Takie były zabawy, spory w one lataŚród cichéj wsi litewskiéj; kiedy reszta świataWe łzach i krwitonęła, gdy ów mąż, bóg wojnyOtoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebnych.Od puszcz Libijskich latał do Alpów podniebnych,Ciskając grom po gromie, w Piramidy, w Tabor,W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i ZaborBiegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,Brzemienna imionami rycerzy, od NiluSzła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegówOdbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,Które broniły Litwę murami żelazaPrzed wieścią dla Rossyj straszną jak zaraza.Przecież nieraz nowina, niby kamień z niebaSpadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,Stanął i oczy w koło obracał ostróżne.Gdy niewidział we dworze rossyjskich żołnierzy,Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,Wtenczas kim był, wyznawał; był legionistą,Przynosił kości stare na ziemię, ojczystą,Któréj już bronie niemógł — jak go wtenczas całaRodzina pańska, jak go czeladka ściskałaZanosząc się od płaczu! on za stołem siadał,I dziwniejsze od baśni historye gadał.On opowiadał jako Jenerał DąbrowskiZ ziemi Włoskiéj stara się przyciągnąć do Polski,Jak on rodaków zbiera na Lombardskiém polu;Jak Kniaziewiez roskazy daje s Kapitolu,I zwycięsca, wydartych potomkom CezarówRzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;Jak Jabłonowski zabiegł aż kędy pieprz rośnie,Gdzie się cukier wytapia, i gdzie w wiecznéj wiośniePachnące kwitną lasy; z legią DunajuTam wódz murzyny gromi, a wzdycha do kraju.Mowy starca krążyły we wsi pokryjomu;Chłopiec co je posłyszał, znikał nagle z domu,Lasami i bagnami skradał się tajemnie,Ścigany od Moskali, skakał kryć się w NiemnieI nurkiem płynął na brzeg księstwa Warszawskiego,Gdzie usłyszał głos miły «Witaj nam kollego!»Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek s kamieniaI Moskalom przez Niemen rzekł: «do zobaczenia».Tak przekradł się Górecki, Pac i Obuchowicz,Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,Kupść, Gedymin i inni których nie policzę;Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,I dobra, które na skarb Carski zabierano.Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoruPrzyszedł, i kiedy bliżéj poznał Panów dworu,Gazetę im pokazał wyprutą s szkaplerza;Tam stała wypisana i liczba żołnierza,I nazwisko każdego wodza legionu,I każdego z nich opis zwycięstwa, lub zgonu.Po wielu latach, pierwszy raz miała rodzinaWieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;Brał dom żałobę, ale powiedziéć nie śmianoPo kim była żałoba, tylko zgadywanoW okolicy; i tylko cichy smutek Panów,Lub cicha radość, była gazetą ziemianów.Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:Często on s Panem Sędzią rozmawiał osobno,Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowinaRozeszła się w sąsiedztwie. Postać bernardynaWydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturzeChodził, i nie w klasztornym zestarzał się murze.Miał on nad prawém uchem, nieco wyżej skroni,Bliznę, wyciętéj skóry na szerokość dłoni,I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;Ran tych niedostał pewnie przy czytaniu mszału.Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołniersczyzny.Przy mszy, gdy z wzniesionemi zwracał się rękamiOd ołtarza do ludu, by mówić: «Pan z wami»,To nie raz tak się zręcznie skręcił jednym razem,Jakby prawo w tył robił za wodza roskazem,I słowa liturgji takim wyrzekł tonemDo ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.Spraw także politycznych był Robak świadomszy,Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,Często zastanawiał się w powiatowém mieście;Miał pełno interessów: to listy odbierałKtórych nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,To wysyłał posłańców, ale gdzie i po coNie powiadał; częstokroć wymykał się nocąDo dworów Pańskich, s szlachtą ustawicznie szeptał,I okoliczne wioski do koła wydeptał,I w karczmach z wieśniakami rosprawiał nie mało,A zawsze o tém, co się w cudzych krajach działo.Teraz Sędziego który już spał od godzinyPrzychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.

[Illustration]

TREŚĆ.

Polowanie s chartami na upatrzonego — Gość w Zamku — Ostatni z dworzan opowiada historją ostatniego z Horeszków — Rzut oka w sad — Dziewczyna w ogórkach — Śniadanie — Pani Telimeny Anegdota petersburska — Nowy wybuch sporów o Kusego i Sokoła — Interwencja Robaka — Rzecz Wojskiego — Zakład — Daléj w grzyby.


Back to IndexNext