SCENA III.

Marta.Przy zwłokachTybalta jęczą i łzy wylewają.Chcesz tam panienka iść, to zaprowadzę.

Julia.Nie mnie oblewać łzami jego rany:Moich przedmiotem Romeo wygnany.Weź tę drabinkę. Biedna ty plecionko!Ty zawód dzielisz z Romea małżonką;Obie nas chybił los oczekiwany,Bo on wygnany, Romeo wygnany!Ty pozostajesz puścizną jałową,A ja w panieńskim stanie jestem wdową.Pójdź, nianiu, prowadź mię w małżeńskie łoże,Nie mąż, już tylko śmierć w nie wstąpić może.

Marta.Czekajno, pójdę sprowadzić Romea,By cię pocieszył. Wiem, gdzie on jest teraz.Nie płacz: użyjem jeszcze tych plecionek,I twój Romeo wnet przed tobą stanie.

Julia.O, znajdź go! daj mu w zakład ten pierścionekI na ostatnie proś go pożegnanie.

(Wychodzą).

(Wchodzi O. Laurenty i Romeo).

O. Laurenty(wchodząc). Romeo! Pójdź tu, pognębiony człeku!Smutek zakochał się w umyśle twoim,I poślubiony jesteś niefortunnie.

Romeo.Cóż tam, cny ojcze? Jakiż wyrok księcia?I jakaż dola nieznana ma zostaćMą towarzyszką?

O. Laurenty.Zbyt już oswojonyJest mój syn drogi z takim towarzystwem.Przynoszę-ć wieści o wyroku księcia.

Romeo.Jakiżby mógł być łaskawszy, prócz śmierci?

O. Laurenty.Z ust jego padło łagodniejsze słowo:Wygnanie ciała, nie śmierć ciała, wyrzekł.

Romeo.Wygnanie? Zmiłuj się, jeszcze śmierć dodaj!Wygnanie bowiem wygląda okropniej,Niż śmierć. Zaklinam cię, nie mów: wygnanie.

O. Laurenty.Wygnany jesteś z obrębu Werony,Zbierz męstwo, świat jest długi i szeroki.

Romeo.Zewnątrz Werony niema, niema świata,Tylko tortury, czyściec, piekło samo!Stąd być wygnanym, jest to być wygnanymZe świata; być zaś wygnanym ze świata,Jest to śmierć ponieść; wygnanie jest zatemŚmiercią barwioną. Mieniąc śmierć wygnaniem,Złotym toporem ucinasz mi głowę,Z uśmiechem patrząc na ten cios śmiertelny.

O. Laurenty.O ciężki grzechu! O, niewdzięczne serce!Błąd twój pociąga z prawa śmierć za sobą:Książę, ujmując się jednak za tobą,Prawo życzliwie usuwa na stronę,I groźny wyraz: śmierć, w wygnanie zmienia.Łaska to, i ty tego nie uznajesz?

Romeo.Katusza to, nie łaska. Niebo tu jest,Gdzie Julia żyje; lada pies, kot, ladaMysz marna, lada nikczemne stworzenieŻyje tu w niebie, może na nią patrzeć,Tylko Romeo nie może. Mdła muchaWięcej ma mocy, więcej czci i szczęścia,Niźli Romeo; jej wolno dotykaćBiałego cudu, drogiej ręki Julii,I nieśmiertelne z ust jej kraść zbawienie;Z tych ust, co pełne westalczej skromnościBez przerwy płoną i pocałowanieGrzechem być sądzą; mucha ma tę wolność,Ale Romeo nie ma: on wygnany.I mówisz, że wygnanie nie jest śmiercią?Nie maszli żadnej trucizny, żadnegoOstrza, żadnego środka nagłej śmierci,Aby mię zabić, tylko ten fatalnyWyraz — wygnanie? O księże, złe duchyWyją, gdy w piekle usłyszą ten wyraz:I tyż masz serce, ty, święty spowiednik,Rozgrześca grzechów i szczery przyjaciel,Pasy drzeć ze mnie tem słowem: wygnanie?

O. Laurenty.Sentymentalny szaleńcze, posłuchaj!

Romeo.Znowu mi będziesz prawił o wygnaniu.

O. Laurenty.Dam ci broń przeciw temu wyrazowi;Balsamem w przeciwnościach — filozofia;W tej więc otuchę czerp, będąc wygnanym.

Romeo.Wygnanym jednak! — o, precz z filozofią!Czyż filozofia zdoła stworzyć Julię?Przestawić miasto? Zmienić wyrok księcia?Nic z niej: bezsilna ona, nie mów o niej.

O. Laurenty.Szaleni są więc głuchymi, jak widzę.

Romeo.Jak mają nie być, gdy mądrzy nie widzą.

O. Laurenty.Dajże mi mówić; przyjm słowa rozsądku.

Romeo.Nie możesz mówić tam, gdzie nic nie czujesz.Bądź jak ja młodym, posiądź miłość Julii,Zaślub ją tylko co, zabij Tybalta,Bądź zakochanym jak ja i wygnanymA wtedy będziesz mógł mówić; o, wtedyBędziesz mógł sobie z rozpaczy rwać włosyI rzucać się na ziemię, jak ja teraz,Na grób zawczasu biorąc sobie miarę.

(Rzuca się na ziemię. Słychać kołatanie).

O. Laurenty.Cicho, ktoś puka; ukryj się, Romeo.

Romeo.Nie; chyba para powstała z mych jęków,Jak mgła, ukryje mię przed ludzkim wzrokiem.

(Kołatanie).

O. Laurenty.Słyszysz? pukają znowu. Kto tam? Powstań,Powstań, Romeo! Chcesz być wziętym? Powstań;

(Kołatanie).

Wnijdź do pracowni mojej. Zaraz, zaraz.Cóż to za upór!

(Kołatanie).

Idę, idę, któż toTak na gwałt puka? Skąd wy? Czego chcecie?

Marta(zewnątrz).Wpuśćcie mię, wnet się o wszystkim dowiecie.Julia przysyła mię.

O. Laurenty.Witajże, witaj.

(Wchodzi Marta).

Marta.O! świętobliwy ojcze, powiedz, proszę,Gdzie jest mąż mojej pani, gdzie Romeo?

O. Laurenty.Tu, na podłodze, łzami upojony.

Marta.Ach, on jest właśnie w stanie mojej pani,Właśnie w jej stanie.

O. Laurenty.Nieszczęsna sympatio!Smutne zbliżenie!

Marta.I ona tak leżyPłacząc i łkając, szlochając i płacząc.Powstań pan, powstań, jeśli jesteś mężem!O, powstań, podnieś się, przez wzgląd na Julię!Dlaczego dać się przygnębiać tak srodze?

Romeo.Marto!

Marta.Ach, panie! Wszystko na tym świecieKończy się śmiercią.

Romeo.Mówiłaś o Julii?Cóż się z nią dzieje? O, pewnie mię onaMa za mordercę zakamieniałego,Kiedym mógł naszych rozkoszy dzieciństwoSplamić krwią, jeszcze tak bliską jej własnej,Gdzie ona? Jak się miewa i co mówiNa zawód w świeżo błysłym nam zawodzie?

Marta.Nic, tylko szlocha i szlocha i szlocha;To się na łóżko rzuca, to powstaje,To woła: Tybalt!, to krzyczy: Romeo!I znowu pada.

Romeo.Jak gdyby to imię,Z śmiertelnej paszczy działa wystrzelone,Miało ją zabić, tak jak jej krewnegoZabiła ręka tego, co je nosi.O! powiedz, powiedz mi, ojcze, przez litość,W którym zakątku tej nędznej budowyMieszka me imię; powiedz, abym zburzyłTo nienawistne siedlisko.

(Dobywa miecza).

O. Laurenty.Stój! WstrzymajDłoń rozpaczliwą! Czy jesteś ty mężem?Postać wskazuje twoja, że nim jesteś;Łzy twe niewieście, dzikie twoje czynyCechują wściekłość bezrozumną zwierza.W pozornym mężu ukryta niewiasto!Zwierzu, przybrany w pozór tego dwojga!Ty mnie w zdumienie wprawiasz. Jakem kapłan!Myślałem, że masz więcej hartu w sobie.Tybaltaś zabił, chcesz zabić sam siebie.I przez haniebny ten na siebie zamachZabić chcesz także tę, co żyje tobą?Przecz tak uwłaczasz swemu urodzeniu,Niebu i ziemi, skoro urodzenie,Niebo i ziemia ci się śmieją? Wstydź się!Krzywdzisz swą postać, swą miłość, swój rozum,Boś ty jak lichwiarz bogaty w to wszystko,Ale niczego tego nie używaszW sposób mogący te dary ozdobić.Kształtna twa postać jest figurą z wosku,Skoro nie z męską cnotą idzie w parze;Miłość twa w gruncie czczem krzywoprzysięstwem,Skoro chcesz zabić tę, którejś ją ślubił.Twój rozum, chluba kształtów i miłości,Niezręczny w korzystaniu z tego dwojga,Jest jak proch w flaszce płochego żołnierza,Co się zapala z własnej jego winyI razi tego, którego miał bronić.Otrząś się, człeku! Julia twoja żyje;Julia, dla której umrzeć byłeś gotów;W temeś szczęśliwy. Tybalt chciał cię zabić,Tyś jego zabił; w tem szczęśliwyś także.Prawo, grożące ci śmiercią, zamieniaŚmierć na wygnanie, i w temeś szczęśliwy.Stosy na głowie błogosławieństw dźwigasz,Szczęście najwabniej wdzięczy się do ciebie,A ty, jak dziewka zepsuta, kapryśna,Fochasz się na tę szczodrotę fortuny.Strzeż się, bo tacy marnie umierają.Terazże idź do żony, jak to byłoWprzód umówione, i pociesz niebogę.Pomnij wyjść jednak przed wart rozstawieniem;Bo później przejść-byś nie mógł do Mantui,Gdzie masz przebywać tak długo, aż znajdziemCzas do odkrycia waszego małżeństwa,Do pojednania waszych nieprzyjaciół,Do przebłagania księcia, naostatekDo sprowadzenia cię nazad, z radościąDziesięćkroć sto tysięcy razy większą,Niż teraźniejszy twój smutek. WaćpaniIdź naprzód; pozdrów ode mnie swą panią;I każ jej naglić wszystkich do spoczynku,Ku czemu żal ich ułatwi namowę,Romeo przyjdzie niebawem.

Marta.O panie!Mogłabym całą noc stać tu i słuchać,Co też to może nauczoność! BiegnęUprzedzić moją panią, że pan przyjdziesz.

Romeo.Idź, proś ją, niech się gotuje mię zgromić.

Marta.Oto pierścionek, który mi kazałaDoręczyć panu. Spiesz się pan, już późno.

(Wychodzi Marta).

Romeo.O, jakże mi ten dar dodał otuchy!

O. Laurenty.Idź już; dobranoc! a pamiętajWyjść jeszcze dzisiaj, nim zaciągną warty,Albo w przebraniu wyjść jutro o świcie.Osiądź w Mantui. Jeden z naszych braciNosić ci będzie od czasu do czasuZawiadomienie o każdym wypadku,Jaki na twoją korzyść tu się zdarzy.Daj rękę; późno już, bądź zdrów, dobranoc.

Romeo.Gdyby nie radość, co mię czeka, wczesnyTen rozdział z tobą byłby zbyt bolesny.Żegnam cię, ojcze.

(Wychodzą).

(Wchodzą: Kapulet, pani Kapulet i Parys).

Kapulet.Tak smutny, panie, dotknął nas wypadek,Żeśmy nie mieli czasu mówić z Julią.Krewny nasz, Tybalt, był jej nader drogim,Nam także, ale rodzim się, by umrzeć.Dziś ona już nie zejdzie, bo już późno.Gdyby nie twoje, hrabio, odwiedziny,Ja sam-bym w łóżku był już od godziny.

Parys.Pora żałoby nie sprzyja zalotom;Dobranoc, pani, poleć mnie swej córce.

Pani Kapulet.Najchętniej, zaraz jutro ją wybadam;Na dziś zamknęła się, by żal swój spłakać.

Kapulet.Hrabio, za miłość naszego dziecięciaMogę ci ręczyć; mniemam, że się skłoniDo mych przełożeń, co więcej, nie wątpię.Pójdź do niej, żono, nim się spać położysz;Oznajm jej cnego Parysa zamiaryI powiedzże jej, uważasz, iż w środę...Zaczekaj, cóż to dzisiaj?

Parys.Poniedziałek.

Kapulet.A! poniedziałek! Zawcześnie we środę;Odłóżmy to na czwartek; w ten więc czwartekZostanie żoną szlachetnego hrabi.Będzieszli gotów? Czy ci to dogadza?Cicho się sprawim; jeden, dwóch przyjaciół...Gdybyśmy bowiem po tak świeżej stracieBardzo hulali, ludzie, widzisz, hrabio,Mogliby myśleć, że za lekko bierzemZgon tak bliskiego krewnego; dlategoWezwiem przyjaciół z jakie pół tuzina,I na tem koniec. Cóż mówisz na czwartek?

Parys.Radbym, o panie, żeby już był jutro.

Kapulet.To dobrze. Bądź nam zdrów. A więc we czwartek.Wstąpże do Julii, żono, nim spać pójdziesz;Przygotuj ją do ślubu. Bądź zdrów, hrabio.Światła! hej! światła do mego pokoju!Tak już jest późno, żebyśmy nieledwieMogli powiedzieć: tak rano. Dobranoc.

(Wychodzą).

(Wchodzi Romeo i Julia).

Julia.Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak bliski,Słowik to, a nie skowronek się zrywaI śpiewem przeszył trwożne ucho twoje.Co noc on śpiewa owdzie na gałązceGranatu: wierzaj mi, że to był słowik.

Romeo.Skowronek to, ów czujny herold ranku,Nie słowik; widzisz te zazdrosne smugi,Co tam na wschodzie złocą chmur krawędzie?Pochodnie nocy już się wypaliłyI dzień się wspina raźnie na gór szczyty.Chcąc żyć, iść muszę, lub zostając — umrzeć.

Julia.Owo światełko nie jest świtem; jest toJakiś meteor od słońca wysłany,Aby ci służył w noc za przewodnikaI do Mantui rozjaśniał ci drogę;Zostań więc, nie masz potrzeby się spieszyć.

Romeo.Niech mię schwytają, na śmierć zaprowadzą,Rad temu będę, bo Julia chce tego.Nie, ten brzask nie jest zapowiedzią ranku,To tylko blady odblask lica Luny;To nie skowronek, co owdzie piosenkąBijąc w niebiosa, wznosi się nad nami.Więcej mię względów skłania tu pozostać,Niż nagle odejść. O, śmierci, przybywaj!Chętnie cię przyjmę, bo Julia chce tego.Cóż, luba? prawda, że jeszcze nie dnieje?

Julia.O, dnieje, dnieje! Idź, spiesz się, uciekaj!Głos to skowronka brzmi tak przeraźliwieI niestrojnymi, ostrymi dźwiękamiRazi me ucho. Mówią, że skowronekMiło wywodzi; z tym się ma przeciwnie,Bo on wywodzi nas z objęć wzajemnych.Skowronek, mówią, z obrzydłą ropuchąZamienił oczy, o, radabym teraz,Żeby był także i głos z nią zamienił,Bo ten głos, w smutnej rozstania potrzebie,Dzień przywołując, wywołuje ciebie.Idź już, idź: ciemność coraz to się zmniejsza.

Romeo.A dola nasza coraz to ciemniejsza!

(Wchodzi Marta).

Marta.Pst! pst!

Julia.Co?

Marta.Starsza pani tu nadchodzi.Dzień świta. Baczność, bo się narazicie!

(Wychodzi).

Julia.O, okno, wpuśćże dzień, a wypuść życie!

Romeo(wychodząc przez okno).Bądź zdrowa! Jeszcze jeden uścisk krótki.

Julia.Już idziesz; o mój drogi! mój milutki!Muszę mieć co dzień wiadomość o tobie;A każda chwila równą będzie dobie.Zgrzybieję licząc podług tej rachuby,Nim cię zobaczę znowu, o mój luby.

Romeo.Ilekroć będę mógł, tylekroć twojęDrogą troskliwość pewnie zaspokoję.

(Znika za oknem).

Julia.Jak myślisz, czy się znów ujrzymy kiedy?

Romeo.Nie wątpię o tem, najmilsza, a wtedyWszystkie cierpienia nasze kwiatem tkanąKanwą do słodkich rozmów nam się staną.

Julia.Boże! przeczuwam jakąś ciężką dolę;Wydajesz mi się teraz tam na dole,Jak trup, z którego znikły życia ślady.Czy mię wzrok myli? Jakiżeś ty blady!

Romeo.I twoja także twarz jak pogrobowa.Smutek nas trawi. Bądź zdrowa! bądź zdrowa!

Julia(odstępując od okna).O losie! ludzie mienią cię niestałym;Toż więc przez zawiść tylko prześladujeszTych, co kochają stale? Bądź niestały,Bo wtedy będę mogła mieć nadzieję,Ze go niedługo będziesz zatrzymywałI wrócisz nazad.

Pani Kapulet(za sceną).Julio! czyś już wstała?

Julia.Któż to mię woła? Głos-że to mej matki?Nie spałaż ona, czy wstała tak rano?Jakiż niezwykły powód ją sprowadza?

(Wchodzi pani Kapulet).

Pani Kapulet.Jak się masz, Julciu?

Julia.Niedobrze mi, matko!

Pani Kapulet.Wciąż jeszcze płaczesz nad stratą Tybalta?Chceszże go łzami dobyć z grobu? ChoćbyśDopięła tego, wskrzesić go nie zdołasz.Przestań więc: pewien żal może dowodzićWielkiej miłości, ale wielkość żaluDowodzi pewnej płytkości pojęcia.

Julia.Trudno na taką stratę nie być czułą.

Pani Kapulet.Tak, ale płacząc, czujesz tylko stratę,Nie tego, po kim płaczesz, moje dziecko.

Julia.Tak czując stratę, mogę tylko płakać.

Pani Kapulet.Przyznaj się jednak, że nie tyle płaczeszNad jego śmiercią, jako raczej nad tem,Że jeszcze żyje ten łotr, co go zabił.

Julia.Jaki łotr, pani?

Pani Kapulet.Tenci łotr, Romeo.

Julia.On i łotr żyją daleko od siebie.Przebacz mu, Boże, tak jak ja przebaczam.A przecież niema na świecie człowieka,Któryby bardziej ciężył mi na sercu.

Pani Kapulet.Że mimo swoich niecnót jeszcze żyje.

Julia.Że go nie mogę dosiąc tym ramieniem,Radabym sama módz się na nim zemścić.

Pani Kapulet.Dozna on zemsty; nie troszcz się i nie płacz,Zlecę ja pewnej osobie w Mantui,Gdzie ten wygnany renegat się schronił,Dać mu traktament tak zniewalający,Że wnet pośpieszy za Tybaltem. WtedyBędziesz, spodziewam się, zaspokojoną.

Julia.Nie zaspokoi mię Romeo nigdy,Dopóki tylko żyć będzie; tak silnieBoleść po krewnym rozjątrza mi serce.O, pani, jeśli tylko znajdziesz kogo,Co się podejmie podać mu truciznę,Ja ją przyrządzę, by po jej wypiciuRomeo zasnąć mógł jak najspokojniej.Jakże mię korci słyszeć jego imię,I nie módz zaraz dostać się do niego,By przywiązaniu memu do TybaltaDać odwet na tym, co go zamordował.

Pani Kapulet.Znajdź ty sposoby, ja znajdę człowieka.Terazże mam ci udzielić, dziewczyno,Wesołych nowin.

Julia.Wesołe nowinyPożądanymi są w tak smutnych czasach.Jakaż tych nowin treść, kochana matko?

Pani Kapulet.Masz troskliwego ojca, moje dziecię;On to, ażeby smutek twój rozproszyć,Umyślił i wyznaczył dzień na radość,Tak dla cię jak i dla mnie niespodzianą.

Julia.Cóż to za radość, matko? mogęż wiedzieć?

Pani Kapulet.Ta a nie inna, że w ten czwartek z ranaPiękny, szlachetny, młody hrabia ParysMa cię uczynić szczęśliwą małżonkąW świętego Piotra kościele.

Julia.Na kościółŚwiętego Piotra i Piotra samego!Nigdy on, nigdy tego nie uczyni!Żdumiewa mię ten pośpiech. Mam iść za mąż,Nim ten, co moim ma być mężem, zacząłStarać się o mnie, nim mi się dał poznać?Proszę cię, matko, powiedz memu ojcu,Że jeszcze nie chcę iść za mąż, a gdybymKoniecznie miała iść, to bym wolałaPójść za Romea, który, jak wiesz dobrze,Jest mi z całego serca nienawistny,Niż za Parysa. Ha! to mi nowina!

(Wchodzi Kapulet i Marta).

Pani Kapulet.Oto twój ojciec; powiedz mu to sama:Zobaczym, jak on przyjmie twą odpowiedź.

Kapulet.Kiedy dzień kona, niebo spuszcza rosę;Ale po skonie naszego krewnegoPada ulewny deszcz. Cóż to, dziewczyno?Czy jesteś cebrem? Ciągle jeszcze we łzach?Ciągłe wezbranie? W małej swej istotcePrzedstawiasz obraz łodzi, morza, wiatru:Bo twoje oczy, jakby morze, ciągleFalują łzami; biedne twoje ciałoJak łódź żegluje po tych słonych falach.Wiatrem nakoniec są westchnienia twoje,Które, ze łzami walcząc, a łzy z niemi,Jeżeli nagła nie nastąpi cisza,Strzaskają twoją łódkę. I cóż, żono?Czyś jej zamiary nasze objawiła?

Pani Kapulet.Tak; ale nie chce i dziękuje za nie.Bodajby była z grobem zaślubiona!

Kapulet.Co? Jak to? Nie chce? Nie chce? Nie chce, mówisz?Nie jest nam wdzięczną? Nie pyszni się z tego?Nie poczytuje sobie za szczyt szczęścia,Niegodna, żeśmy jej najgodniejszegoZ werońskich chłopców wybrali za męża?

Julia.Nie pysznam z tego, alem wdzięczna za to.Pyszną, zaiste, nie mogę być z tego,Co nienawidzę; lecz wdzięczna być winnamI za nienawiść w postaci miłości.

Kapulet.Cóż to znów? cóż to? Logika w spódnicy!Pysznam i wdzięcznam, i zasię niewdzięcznam,Jednak nie pysznam! Słuchaj, świdrzygłówko!Nie dziękuj wdzięcznie, ni się pyszń z niepyszna,Lecz zbierz swe sprytne klepki na ten czwartek,By pójść z Parysem do świętego Piotra;Albo cię każę zawlec tam na smyczy.Rozumiesz? Ty białaczko! ty szuswale;Lalko łojowa!

Pani Kapulet.Wstydź się! czyś oszalał?

Julia.Błagam cię, ojcze, na klęczkach cię błagam,Pozwól powiedzieć sobie tylko słowo.

Kapulet.Precz, wszetecznico! dziewko nieposłuszna!Ja ci powiadam: gotuj się w ten czwartekIść do kościoła, lub nigdy, przenigdyNa oczy mi się więcej nie pokazuj.Nic nie mów, ani piśnij, ani trunij:Palce mię świerzbią. Myśleliśmy, żono,Że nas za skąpo Bóg pobłogosławił,Dając nam jedno dziecko; teraz widzę,Że i to jedno jest jednem za wiele,I że w niej mamy bicz Boży. Precz, plucho!Cyganko jakaś!

Marta.Błogosław jej, Boże!Jegomość grzeszy, tak fukając na nią.

Kapulet.Doprawdy! Czy tak sądzi wasza mądrość?Idź waść pytlować gębą z kumoszkami.

Marta.Nie mówięć bluźnierstw.

Kapulet.Terefere kuku!

Marta.Czyż mówić zbrodnia?

Kapulet.Milcz, stara trajkotko!Schowaj swój rozum na babskie sejmiki:Tu niepotrzebny.

Pani Kapulet.Za gorący jesteś.

Kapulet.Na miłość boską, to trzeba oszaleć!W dzień, w noc, wieczorem, rano, w domu, w mieście,Sam, w towarzystwie, we śnie i na jawieCiągle i ciągle rozmyślałem tylkoO jej zamęściu; i teraz, gdym znalazłDlań oblubieńca książęcego rodu,Pana rozległych majątków, młodego,Ukształconego, uposażonegoDokolusieńka, jak mówią, w przymioty,Jakich się można od mężczyzny żądać;Trzeba, ażeby mi jedna smarkata,Mazgajowata gęś odpowiadała:Nie chcę iść za mąż, nie mogę pokochać,Jestem za młoda, wybaczcie mi, proszę.Nie chcesz iść za mąż? a to nie idź, zgoda;Ale mi nie właź w oczy; żeruj sobie,Gdzie tylko zechcesz, byle nie w mym domu.Zważ to, pamiętaj; nie zwykłem żartować.Czwartek za pasem; przyłóż dłoń do serca;Namyśl się dobrze; będzieszli powolna,Znajdziesz dobrego we mnie przyjaciela;A nie, to marniej, żebrz, jęcz, mrzyj pod płotem;Bo, jak Bóg w niebie, nigdy cię nie uznamZa moje dziecko i z mojego mieniaNawet źdźbło nigdy ci się nie oberwie.Com rzekł, dotrzymam. Wiesz, że jestem słowny.

(Wychodzi).

Julia.Nie masz litości w niebie, które widziCałą głębokość mojego cierpienia?Ty mię przynajmniej nie odpychaj, matko!Zwlecz to małżeństwo na miesiąc, na tydzień,Albo mi pościel oblubieńcze łożeW tymże grobowcu, w którym Tybalt leży.

Pani Kapulet.Nie mów nic do mnie, nic ci nie odpowiem;Rób, co chcesz, wszystko mi to obojętne.

(Wychodzi).

Julia.O, Boże! O ty, moja karmicielko!Poradź mi, powiedz, jak temu zaradzić?Mój mąż na ziemi, moja wiara w niebie;Jakżeż ta wiara ma na ziemię wrócić,Nim mój mąż sam mi ją powróci z niebaPo opuszczeniu ziemi? Daj mi radę.Niestety! Że też nieba mogą nękaćTak mdłą istotę jak ja! Nic nie mówisz?Nie maszże żadnej pociechy, żadnegoNa to lekarstwa?

Marta.Mam-ci, a to takie:Romeo na wygnaniu, i o wszystkoMożna iść w zakład, że cię już nie przyjdzieNagabać więcej, chybaby ukradkiem.Ponieważ tedy rzecz tak stoi, sądzę,Ze nic lepszego nie masz do zrobienia,Jak pójść za hrabię. Dalipan, to wcale,Co się nazywa, przystojny mężczyzna.Romeo kołek przy nim; orzeł, pani,Nie ma tak pięknych, żywych, bystrych oczu,Jak Parys. Nazwij mię hetką-pętelką,Jeśli nie będziesz z kretesem szczęśliwaW tem nowem stadle; bo ono jest stokroćLepsze, niż pierwsze; a choćby nie było,To i tak tamten pierwszy już nie żyje;Tak, jakby nie żył; przynajmniej dla ciebie,Skoro, choć żyje, nie masz zeń pożytku.

Julia.Czy z serca mówisz?

Marta.Ba, i z duszy całej!Jeśli nie z serca i nie z duszy, to jePrzeklnij oboje.

Julia.Amen!

Marta.Na co amen?

Julia.Bardzoś mi przez to dodała otuchy.Idźźe i powiedz teraz mojej matce,Ze naraziwszy się na gniew rodzica,Poszłam do celi ojca Laurentego,Odprawić spowiedź i wziąć rozgrzeszenie.

Marta.O, idę; to mi pięknie i roztropnie.

(Wychodzi).

Julia.Stara niecnoto! Zdradziecki szatanie!Cóż jest niegodniej, cóż jest większym grzechem:Czy tak mię kusić do krzywoprzysięstwa?Czy lżyć małżonka mego temi usty,Którymi tyle razy go pod nieboWznosiłam, chwaląc? Precz, uwodzicielko!Serce me odtąd zamknięte dla ciebie.Pójdę poprosić ojca Laurentego,By mi dał radę, a jeśli żadnegoNa tę przeciwność nie będzie sposobu,Znajdę moc w sobie wstąpienia do grobu.

(Wychodzi).

(Ojciec Laurenty i Parys).

O. Laurenty.W ten czwartek zatem? to bardzo pośpiesznie.

Parys.Mój teść, Kapulet, życzy sobie tego:A ja powodu nie mam rzecz odwlekać.

O. Laurenty.Nie znasz pan, mówisz, uczuć swojej przyszłej;Krzywa to droga, ja takich nie lubię.

Parys.Bez miary płacze nad śmiercią Tybalta,Małom jej przeto mówił o miłości,Bo Wenus w domu łez się nie uśmiecha,Ojciec jej, mając to za niebezpieczne,Że się tak bardzo poddaje żalowi,W mądrości swojej przyśpiesza nasz związek,By zatamować źródło tych łez, któreW odosobnieniu cieką za obficie,A w towarzystwie prędzej mogą ustać.Znasz teraz, ojcze, powód tej nagłości.

O. Laurenty.(na str.).Obym mógł nie znać powodów dozwłoki!(Głośno).Patrz, hrabio, oto twa przyszła nadchodzi.

(Wchodzi Julia).

Parys.Szczęsny traf dla mnie, piękna przyszła żono!

Julia.Być może, przyszłość jest nieodgadnioną.

Parys.Tomoże mabyć już w ten czwartek z rana.

Julia.Comabyć, będzie.

O. Laurenty.Prawda to zbyt znana.

Parys.Przyszłaś się, pani, spowiadać przed ojcem?

Julia.Mówiąc to, panu-bym się spowiadała.

Parys.Nie zaprzecz przed nim, pani, że mię kochasz.

Julia.Żejegokocham, to wyznam i panu.

Parys.Wyznasz mi także, tuszę, żemniekochasz.

Julia.Gdyby tak było, większą-by to miałoWartość wyznane z daleka, niż w oczy.

Parys.Biedna! łzy bardzo twarz twą oszpeciły.

Julia.Nie wielkie przez to odniosły zwycięstwo;Dosyć już była ubogą przed niemi.Nie jest to krzywda, panie, ale prawda,I w oczy sobie ją mówię.

Parys.Twarz twojaDo mnie należy, a ty jej uwłaczasz.

Julia.Nie przeczę, moja bowiem była inna.Maszli czas teraz, mój ojcze duchowny,Czyli też mam przyjść wieczór po nieszporach?

O. Laurenty.Nie brak mi teraz czasu, smętne dziecię.Racz, panie hrabio, zostawić nas samych.

Parys.Niech mię Bóg broni świętym obowiązkomStać na przeszkodzie! Julio, w czwartek z ranaPrzyjdę cię zbudzić. Bądź zdrowa tymczasemI przyjm pobożne to pocałowanie.

(Wchodzi).

Julia.O! zamknij, ojcze, drzwi; a jak je zamkniesz,Przyjdź płakać ze mną. Niema już nadziei!Niema ratunku! Niema ocalenia!

O. Laurenty.Ach, Julio! Znam twą boleść; mnie samegoNabawia ona prawie odurzenia.Słyszałem, i nic tego nie odwlecze,Że w przyszły czwartek wziąć masz ślub z tym hrabią.

Julia.Nie mów mi, ojcze, że o tym słyszałeś;Chyba że powiesz, jak tego uniknąć,Jeżeli w swojej mądrości nie znajdzieszŻadnego na to środka, to przynajmniejPostanowienie moje nazwij mądrem,A w tym sztylecie zaraz znajdę środek.Bóg złączył moje i Romea serce,Ty nasze dłonie; i nim ta dłoń, świętąPieczęcią twoją z Romeem spojona,Inny akt stwierdzi, nim to wierne serceW zdradzieckim buncie odda się innemu,To ostrze zada śmierć sercu i dłoni.Daj mi więc jaką radę zaczerpniętąZ długoletniego doświadczenia twego,Albo bądź świadkiem, jak ten nóż rozstrzygnieSprawę pomiędzy mną a moim losem,Wnet zaradzając temu, czego aniWiek, ani rozum nie mógł doprowadzićDo rozwiązania zgodnego z honorem.Mów prędko; pilno mi wstąpić do grobu,Jeśli mi powiesz, że niema sposobu.

O. Laurenty.Stój, córko! Mam ja w myśli pewien środek,Wymagający równie rozpaczliwejDeterminacyi, jak jest rozpaczliwemTo, czemu chcemy zapobiec. Jeżeli,Dla uniknienia małżeństwa z Parysem,Masz siłę woli odjąć sobie życie,To się odważysz, snadź, na coś takiego,Co, będąc tylko podobnem do śmierci,Uwolni cię od hańby, jakiej chciałaśUjść przez zadanie jej sobie naprawdę,Masz li odwagę, to-ć wskaże ten środek.

Julia.O! każ mi, zamiast być żoną Parysa,Skoczyć ze szczytu wieży; w rozbójniczychGościć jaskiniach, w legowiskach wężów;Zamknij mię w jedną klatkę z niedźwiedziami,Albo mię wepchnij nocą do kostnicy,Zewsząd pokrytej szczątkami szkieletów,Poczerniałemi kośćmi i czaszkami,Każ mi wejść żywcem w grób świeżo kopanyI w jeden całun z trupem się obwinąć;Wszystko to dawniej dreszcz budziło we mnie,Ale bez trwogi uczynię to zaraz,Bylebym tylko pozostała czystąMałżonką mego lubego kochanka.

O. Laurenty.Słuchaj więc: idź do domu, bądź wesołą,Przystań na związek z hrabią. Jutro środa;Staraj się jutro na noc zostać sama;Niech Marta nie śpi ten raz w twym pokoju.Masz tu flaszeczkę: weźmiesz ją do łóżka,I filtrowany likwor ten wypijesz;A wnet po wszystkich żyłach cię przebiegnieUsypiający dreszcz, który owładnieWszelką żywotną funkcją; wszystkie pulsaWstrzymają w tobie swe zwyczajne bicie;Ni dech, ni ciepło nie wskaże, że żyjesz.Róże ust twoich i policzków zbledną,Jak popiół; oczu zasłony zapadną,Jak gdy dłoń śmierci zakrywa dzień życia;Każdy twój członek, pozbawiony władzy,Zdrętwieje, zstęgnie, zziębnie jak u trupa.I w tym pozornym stanie nagłej śmierciZostawać będziesz czterdzieści dwie godzin,Wtedy się ockniesz jak ze snu błogiego.Gdy więc nazajutrz z rana narzeczonyPrzyjdzie cię zbudzić, znajdzie cię umarłą;Poczem, jak każe zwyczaj, przystrojonaW godowe szaty, w odsłoniętej trumnie,Złożoną będziesz pod owem sklepieniem,Gdzie leżą wszyscy ze krwi Kapuletów.Uwiadomiony tymczasem przeze mnieO naszym planie Romeo przybędzie;Wraz ze mną czekać będzie w owym lochuNa twe ocknienie i tej samej nocyUprowadzi cię skrycie do Mantui.To cię uchroni od hańby grożącej,Jeśli brak woli lub niewieścia bojaźńOd wykonania tego cię nie wstrzyma.

Julia.O, daj mi, daj mi! nie mów o bojaźni!

O. Laurenty.Masz, idź, bądź niewzruszoną i szczęśliwąW tem przedsięwzięciu! Wyprawię natychmiastJednego z naszych braci do Mantui,Z listem do twego męża.

Julia.O nadziejo!Ty mi bądź bodźcem, a hasłem Romeo!Bądź zdrów, mój ojcze!

(Odchodzi).

(Wchodzą: Kapulet, pani Kapulet, Marta i słudzy).

Kapulet(do służącego).Proś te osoby, co tu są spisane.

(Służący wychodzi).

A waść dwudziestu biegłych zbierz kucharzy.

Drugi służący.Nie będzie zły ani jeden, jaśnie panie, bosię przekonam wprzód o każdym, czy umie sobie oblizywaćpalce.

Kapulet.A to na co?Drugi służący.Zły to kucharz, jaśnie panie, co nie oblizujesobie palców; o którym się więc przekonam, żetego nie umie, tego nie sprowadzę.

Kapulet.Ruszaj!(Wychodzi służący).Wątpię, czy wszystko na czas wygotujem.Bodaj cię! Prawdaż to, że Julia poszłaDo ojca Laurentego?

Marta.Poszła, panie.

Kapulet.To dobrze; może on co na niej wskóra.Cięta, uparta to skóra na buty.

(Wchodzi Julia).

Marta.Patrz pan, jak raźnie wraca od spowiedzi.

Kapulet.No, sekutnico, gdzieżeś to bywała?

Julia.Gdzie mię żałować nauczono, panie,Za grzech uporu i nieposłuszeństwaNaprzeciw woli twojej. ŚwiętobliwyKapłan Laurenty kazał mi się rzucićDo twych nóg i o przebaczenie prosić.Przebacz mi, ojcze! będę już uległa.

Kapulet.Niech tam kto pójdzie prosić pana hrabię:Jutro mieć muszę spleciony ten węzeł.

Julia.Spotkałam hrabię w celi LaurentegoI okazałam mu miłość, jak mogłam,Nie przekraczając granicy skromności.

Kapulet.To co innego; tak, to dobrze, powstań;Tak być powinno; tak córce przystoi.Prosić tu hrabię, żeby przyszedł zaraz.Dalipan, święty to człek z tego mnicha:Słusznie mu całe miasto cześć oddaje.

Julia.Marto, pójdź ze mną do mego pokoju.Wszak mi pomożesz przymierzać przyborów,Jakie na jutro uznasz za stosowne?

Pani Kapulet.Po co dziś? jutro będzie dosyć czasu.

Kapulet.Idź z nią waść: jutro pójdziem do kościoła.

(Julia z Martą wychodzi).

Pani Kapulet.Nie wiem, czy zdążym z przygotowaniami:Już wieczór.

Kapulet.Nie troszcz się; dojrzę wszystkiego,I wszystko będzie dobrze, za to ręczę.Idź do Juleczki, pomóż jej się przybrać.Ja się tej nocy nie położę; będęNa ten raz pełnił urząd gospodyni.Hej, służba! Cóż to? wszyscy się rozeszli?Mniejsza z tem, pójdę sam hrabię uprzedzićO zaszłej zmianie. Lekko mi na sercu,Ze się ten kozioł przecie opamiętał.

(Wychodzą).

(Wchodzi Julia i Marta).

Julia.Tak, ten strój wezmę. Ale, złota nianiu,Proszę cię, zostaw mię na tę noc samą;Bo dużo muszę pacierzy odmówićDla uproszenia sobie względów niebiosNad moim stanem, jak wiesz, pełnym grzechu.

(Wchodzi Pani Kapulet).

Pani Kapulet.Takeś zajęta? Mamże ci dopomódz?

Julia.Nie, pani; jużeśmy we dwie wybrały,Co mi na jutro może być potrzebnem.Pozwól, bym teraz sama pozostała,I niechaj Marta spędzi tę noc z tobą.Pewnam, że wszyscy macie dość roboty,Przy tym tak nagłym obchodzie.

Pani Kapulet.Dobranoc!Połóż się, spocznij; potrzebujesz tego.

(Wychodzą: pani Kapulet i Marta).

Julia.Dobranoc! Bóg wie kiedy się zobaczym.Zimny dreszcz trwogi na wskroś mię przejmuje,I jakby mrozi we mnie ciepło życia.Zawołam na nie, by ochłonąć nieco;Nianiu! I pocóż tu ona? StraszliwyTen czyn wymaga właśnie samotności.Ha! pójdź flakonie!Gdyby jednakże ten płyn nie skutkował?Miałażbym gwałtem z hrabią być złączona?Nie, nie; ucieczka w tem: leż tu w odwodzie.

(Kładzie na stole sztylet).

A gdyby też to miała być trucizna,Którą mi ksiądz ten zręcznie śmierć chce zadać,By ujść zarzutu, że dał ślub kobiecie,Którą już pierwej zaślubił z kim innym?Toby być mogło; ale nie, tak nie jest,Bo jego świętość jest wypróbowana,I nawet myśli tej nie chcę przypuszczać.Lecz gdybym w grobie się ocknęła pierwej,Nim mię Romeo przyjdzie oswobodzić?To byłoby okropne!Nie udusiłażbym się wśród tych sklepień,Gdzie nigdy zdrowe nie wnika powietrze,I nie umarłażbym wprzód, nim RomeoPrzyjdzie na pomoc? A choćbym i żyła,Czyliżby straszny wpływ nocy i śmierci,Którą dokoła będę otoczona,Obok wrażenia, jakie sprawiać musiSamaż miejscowość tego sklepionegoStarożytnego lochu, w którym kościZmarłych mych przodków od lat niepamiętnychNagromadzone leżą: kędy świeżoZłożony Tybalt gnije pod całunem;I kędy nocą o pewnych godzinach,Duchy, jak mówią, odbywają schadzki;Niestety! czyliżby prawdopodobnieTo wszystko, gdybym wcześniej się ocknęła—A potem zapach trupi, krzyk podobnyDo tego, jaki wydaje ów korzeńZiela pokrzyku, gdy się go wyrywa;Krzyk wprawiający ludzi w obłąkanie,—Czyliżby wszystko to, w razie ocknienia,Nie pomieszało mi zmysłów? CzyliżbymPo szalonemu nie igrała wtedyZ kośćmi mych przodków? nie poszła się pieścićZ trupem Tybalta? i w tem rozstrojeniuNie rozbtłażbym sobie rozpaczliwieGłowy piszczelą którego z pradziadów,Jak pałką? Patrzcie! patrzcie! zdaje mi się,Że duch Tybalta widzę ścigającyRomea za to, że go wygnał z ciała.Stój! stój, Tybalcie!

(Przytyka flakon do ust).

Do ciebie, mój luby,Spełniam ten toast zbawienia lub zguby.

(Wypija napój i rzuca się na łóżko).

(Wchodzi pani Kapulet i Marta).

Pani Kapulet.Weź te półmiski i wydaj korzeni.

Marta.Piekarz o pigwy woła i daktyle.

(Wchodzi Kapulet).

Kapulet.Śpieszcie się, śpieszcie! Już drugi kur zapiał;Poranny dzwonek ozwał się: to trzecia,Dojrzyj ciast, moja Marto; nie szczędź przypraw.

Marta.Co to za wścibstwo! Idźże się pan przespać.Dalipan, jutro się nam rozchorujeszZ tego niewczasu.

Kapulet.Ani krzty! Do licha!Nie wysypiałem się dla spraw mniej ważnych,A przecież nigdy nie zachorowałem.

Pani Kapulet.Wiem-ci ja dobrze, wiem: umiał jegomośćSwojego czasu myszkować; lecz terazJa czuwam nad tem, abyś pan nie czuwał.

(Wychodzą pani Kapulet i Marta).

Kapulet.Zazdrosna sztuka!

(Wchodzą słudzy z różnymi, koszami i drzewem).

Hej! co tam niesiecie?

Pierwszy sługa.Rzeczy do kuchni, ale nie wiem jakie.

Kapulet.Śpiesz się.

(Wychodzi służący).

Idź wasze suchszych szczap narąbać;Piotr ci kloc wskaże po temu.

Drugi Sługa.JeżeliO kloca idzie, to dość mnie samego;Nie potrzebuję się zwracać do Piotra.

(Wychodzi).

Kapulet.Masz słuszność. Żywo! Dalipan, już dnieje,I hrabia będzie tu zaraz z muzyką.Tak przyrzekł.

(Słychać muzykę).

Otóż idzie; już go słychać.Hej! Żono! Marto! Chodźcie tu! Hej! Marto!

(Wchodzi Marta).

Idź, obudź Julkę, ubierz ją co żywo,Ja pogawędzę tymczasem z Parysem.Spiesz się, nie marudź; pan młody już przyszedł.Co tchu się zwijaj.

(Wychodzi).

(Wchodzi Marta).

Marta.Panienko! Julciu!—Jak się to zaspało!—Wstawaj, gołąbku! Wstawaj! Wstydź się, śpiochu!Panienko! duszko! rybko!—Ani mrumru!—Chcesz, widzę, wyspać się za cały tydzień,Jakbyś wiedziała, że ci hrabia ParysNastępnej nocy nie da oka zmrużyć.Odpuść mi, Panie, amen! Jak śpi smacznie!Muszę ją jednak zbudzić.—Julciu! Julciu!Niechno cię hrabia Parys tak zastanie,To się dopiero zerwiesz.—Cóż to? w sukni?Jużeś ubrana i znów się pokładłaś?Dosyć już tego! Julciu! Panno Julio!-—Ha! przez Bóg żywy! Na pomoc! na pomoc!Ona nie żyje! O, ja nieszczęśliwa!Po co mi było się rodzić?—Na pomoc!Choć trochę akwawity!—Panie! Pani!

(Wchodzi pani Kapulet).

Pani Kapulet.Co to za hałas?

Marta.O dniu niefortunny!

Pani Kapulet.Mów, co się stało?

Marta.Patrz, pani.

Pani Kapulet.O, nieba!O, moje dziecię! o, moja pociecho!Wstań, odżyj, albo umrę razem z tobą!Na pomoc! wołaj pomocy!

(Wchodzi Kapulet).

Kapulet.Co za guzdralstwo! Pan młody już czeka.

Marta.Ona nie żyje; rozstała się z życiem!O, dniu żałosny!

Pani Kapulet.O dniu opłakany!Ona nie żyje, nie żyje, nie żyje!

Kapulet.Puśćcie mię, niech zobaczę... Jak lód zimna;Krew w niej zastygła; członki jej zdrętwiały...Dawno już życie z tych ust uleciało.Śmierć ją zwarzyła, jak mróz najpiękniejszyPierwiosnek w maju. Nieszczęsny ja starzec!

Marta.O niefortunny dniu!

Pani Kapulet.O, dniu boleści!

Kapulet.Śmierć ta, niszcząca wszystkie me nadzieje,Głos mi tamuje i zamyka usta.

(Wchodzi O. Laurenty i Parys z muzykantami).

O. Laurenty.Czy panna młoda już jest w pogotowiuIść do kościoła?

Kapulet.Iść, ale nie wrócić.O, synu, w wilię dnia twojego ślubuŚmierć zaślubiła twą oblubienicę.Patrz, oto leży ten kwiat w jej uścisku.Śmierć jest mym zięciem, śmierć jest mym dziedzicem,Umrę i wszystko jej oddam, bo wszystkoOddaje śmierci, kto oddaje ducha.

Parys.Tak dawnom wzdychał do tego poranku,I takiż widok czekał mię u mety!

Pani Kapulet.Dniu nienawistny, przeklęty, ohydny,Stokroć obmierzły, jakiemu równegoW obiegu swoim czas jeszcze nie widział!Jedno mieć tylko, jedno biedne dziecko,Jedną uciechę i jedną pociechę,I tę zabiera śmierć nielitościwa!

Marta.O smutny, smutny dniu! o dniu żałosny!Najopłakańszy, najniefortunniejszy,Jaki widziałam w życiu kiedykolwiek!O, dniu! o, smutny dniu! O, dniu żałosny!Nie było nigdy jeszcze dnia takiego.O! stokroć smutny dniu, stokroć żałosny.

Parys.Okrutna, sroga, świętokradzka śmierci!Tyś mię podeszła, obdarła, zgnębiła,Przez ciebiem niebo stracił, okrutnico!O Julio! luba! życie! już nie życie,Niemniej jednakże luba i po śmierci!

Kapulet.Zawistny, twardy, niecny, zbójczy losie!Po cóż ci, po co było tak tyrańskoWniwecz obracać naszą uroczystość?O, moje dziecko! raczej duszo moja,Nie moje dziecko; bo dziecko jest trupem;I wraz z niem cała pociech mych ostoja,Cały wdzięk życia stał się śmierci łupem!

O. Laurenty.Przestańcie! Rozpacz nie leczy rozpaczy.Nadobne dziecię to było własnościąZarówno nieba jak i waszą; nieboZabrało swoją część; tem lepiej dla niej:Wyście nie mogli waszej części ziemskiejUstrzedz od śmierci, ale część jej lepsząNiebo zachowa w wiekuistym życiu.Jej wywyższenie było szczytem waszychŻyczeń i dążeń; W niem zakładaliścieSwój raj na ziemi, i płaczecież terazI rozpaczacież, widząc ją wzniesionąPonad obłoki do istnego raju?O, zła to miłość jęczeć z żalu wtedy,Kiedy tym, których kochamy, jest dobrze.Nie ta dziewica dobrze poszła za mąż,Co długie lata przeżyła w zamęściu,Lecz ta, co młodo zamężną umiera.Połóżcie tamę łzom i, umaiwszyTo piękne ciało liśćmi rozmarynu,Każcie je, wedle zwyczaju, niebawemW świątecznych szatach zanieść do kościoła.Świętymi wprawdzie są boleści prawa,Przecież rozsądek z łez się naigrawa.

Kapulet.Cośmy na gody poprzysposabiali,To musi teraz posłużyć na pogrzeb:Weselna uczta zamieni się w stypę,Dźwięk strun w jęk dzwonów, pieśni w smętne treny,Mirtowy wieniec martwą skroń otoczy,Słowem, wszystko się w opak przeistoczy.

O. Laurenty.Wyjdźcie stąd państwo, i ty, hrabio, także.Niech się gotuje każdy odprowadzićTe piękne zwłoki na wieczny spoczynek.Snadź niebo na was o coś zagniewane;Nie jątrzcież jego gniewu jeszcze gorzejOporem przeciw świętej woli Bożej.

(Wychodzą: Kapulet, pani Kapulet, Parys i O. Laurenty).

Pierwszy muzykant.Trzeba nam podobno schować dudyw miech i wynieść się za drzwi.

Marta.Tak, tak, schowajcie swoje instrumenty,Poczciwi ludzie, niema tu co robić.

Druugi muzykant.Może-ć się jeszcze co znajdzie.

(Wchodzi Piotr).

Piotr.Zagrajcie mi na basetli, panowie muzykanci, zagrajciemi na basetli, jeżeli mi dobrze życzycie.

Pierwszy muzykant.Dlaczego na basietli?

Piotr.Bo moja dusza gra teraz na drumli. Zagrajcie mico smętnie skocznego dla rozweselenia.

Pierwszy muzykant.Daj nam waść pokój; nie pora terazdo gędźby.

Piotr.Nie chcecie zatem?

Muzykanci.Nie.

Piotr.Czekajcie, zapłacę wam za to.

Pierwszy muzykant.Czem takiem?

Piotr.Nie brzęczącą monetą, jak mi Bóg miły! ale bitąmonetą: monetą godną rzępołów.

Pierwszy muzykant.To my się waćpanu równą monetąodpłacimy: monetą godną lokajów.

Piotr.Wprzód ja wam lokajską klingą zagram po brzuchu.

Drugi muzykant.Schowaj waćpan swój rożen, a wydobądźlepiej swój dowcip.

Piotr.Strzeżcie się ostrza mego dowcipu, bo was przeszyjena wylot. Baczność!

(Śpiewa).

Gdy z piersi płynie jęk,A serce żal rozkrwawia,Muzyki srebrny dźwięk...Dlaczegosrebrny dźwięk?Dlaczegomuzyki srebrnydźwięk?Cóż waść na to, mości prymusie gajdo?

Pierwszy muzykant.Jużci dlatego, że srebro ma dźwiękmiły.

Piotr.Brawo! a waść co na to, mości klawicymbale?

Drugi muzykant.Dlatego, sądzę, że muzykanci grają zasrebro.

Piotr.Brawo także! A waść co o tem sądzisz, mościkaleczy-uchu?

Trzeci muzykant.Nie wiem doprawdy, co o tem sądzić.

Piotr.No, to ja ci powiem:Muzyki srebrny dźwiękmówisię dlatego, że takie jak wy niedołęgi rzadko kiedyzłota za muzykę dostają.

(Wychodzi, śpiewając).

Muzyki srebrny dźwiękNatychmiast ulgę sprawia.

Pierwszy muzykant.Cóż to za bezczelny łotr z tegohultaja?

Drugi muzykant.Pal go kaci! Zejdźmy tam na dół wmieszaćsię między orszak żałobny i czekać, rychło cospadnie z półmiska.

(Wychodzą).


Back to IndexNext