The Project Gutenberg eBook ofRomeo i Julia

The Project Gutenberg eBook ofRomeo i JuliaThis ebook is for the use of anyone anywhere in the United States and most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included with this ebook or online atwww.gutenberg.org. If you are not located in the United States, you will have to check the laws of the country where you are located before using this eBook.Title: Romeo i JuliaAuthor: William ShakespeareTranslator: Józef PaszkowskiRelease date: October 27, 2008 [eBook #27062]Language: PolishCredits: Produced by Jimmy O'Regan (This file was produced fromimages generously made available by CBN Polonahttp://www.polona.pl)*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK ROMEO I JULIA ***

This ebook is for the use of anyone anywhere in the United States and most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included with this ebook or online atwww.gutenberg.org. If you are not located in the United States, you will have to check the laws of the country where you are located before using this eBook.

Title: Romeo i JuliaAuthor: William ShakespeareTranslator: Józef PaszkowskiRelease date: October 27, 2008 [eBook #27062]Language: PolishCredits: Produced by Jimmy O'Regan (This file was produced fromimages generously made available by CBN Polonahttp://www.polona.pl)

Title: Romeo i Julia

Author: William ShakespeareTranslator: Józef Paszkowski

Author: William Shakespeare

Translator: Józef Paszkowski

Release date: October 27, 2008 [eBook #27062]

Language: Polish

Credits: Produced by Jimmy O'Regan (This file was produced fromimages generously made available by CBN Polonahttp://www.polona.pl)

*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK ROMEO I JULIA ***

NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFAWARSZAWA—LUBLIN—ŁÓDŹKRAKÓW—G. GEBETHNER I SPÓŁKANEW YORK—THE POLISH BOOK IMPORT. CO, INC.

KRAKÓW.—DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI1913

Eskalus, książę panujący w Weronie.

Parys, młody Weroneńczyk, szlachetnego rodu, krewny księcia.

naczelnicy dwóch domów nieprzyjaznych sobie.

Starzec, stryjeczny brat Kapuleta.

Romeo, syn Montekiego.

przyjaciele Romea.

Tybalt, krewny Pani Kapulet.

Laurenty, Ojciec Franciszkanin.

Jan, brat z tegoż zgromadzenia.

Baltazer, służący Romea.

słudzy Kapuleta.

Abraham, służący Montekiego.

Aptekarz.

Trzech muzykantów.

Paź Parysa.

Piotr.

Dowódca warty.

Pani Montekio, małżonka Montekiego.

Pani Kapulet, małżonka Kapuleta.

Julia, córka Kapuletów.

Marta, mamka Julii.

Obywatele weroneńscy, różne osoby płci obojej, liczące się do przyjaciół obu domów, maski, straż wojskowa i inne osoby.

Rzecz odbywa się przez większą część sztuki w Weronie, przez część piątego aktu w Mantui.

Dwa rody, jasne jednako i sławne,Tam, gdzie się rzecz ta rozgrywa, w Weronie,Do nowej zbrodni pchają złości dawne,Pamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie.Z łez tych dwu wrogów wzięło bowiem życie,Pod najstrazliwszą z gwiazd, kochanków dwoje;Po pełnym przygód nieszczęśliwych bycie,Śmierć ich stłumiła rodzicielskie boje.Tej ich miłości przebieg zbyt bolesny,I jak się ojców nienawiść nie zmienia,Aż jązakończy dzieci zgon przedwczesny,Dwugodzinnego treścią przedstawienia,Które otoczcie cierpliwymi względy,Jest w nim co złego, my usuniem błędy...

Dwa rody, jasne jednako i sławne,Tam, gdzie się rzecz ta rozgrywa, w Weronie,Do nowej zbrodni pchają złości dawne,Pamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie.

Z łez tych dwu wrogów wzięło bowiem życie,Pod najstrazliwszą z gwiazd, kochanków dwoje;Po pełnym przygód nieszczęśliwych bycie,Śmierć ich stłumiła rodzicielskie boje.

Tej ich miłości przebieg zbyt bolesny,I jak się ojców nienawiść nie zmienia,Aż jązakończy dzieci zgon przedwczesny,

Dwugodzinnego treścią przedstawienia,Które otoczcie cierpliwymi względy,Jest w nim co złego, my usuniem błędy...

(Wchodzą: Samson i Grzegorz, uzbrojeni w tarcze i miecze).

Samson.Dalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.

Grzegorz.Ma się rozumieć, bobyśmy byli zdziercami.

Samson.Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.

Grzegorz.Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć.

Samson.Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha.

Grzegorz.Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.

Samson.Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogąbardzo łatwo.

Grzegorz.Rozruchać się tyle znaczy, co ruszyć się z miejsca;być walecznym, jest to stać nieporuszenie: pojmujęwięc, że skutkiem rozruchania się twego będzie -drapnięcie.

Samson.Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogątylko do stania na miejscu. Będę jak mur dla każdegomężczyzny i dla każdej kobiety z tego domu.

Grzegorz.To właśnie pokazuje twoją słabą stronę: murdla nikogo niestraszny i tylko słabi go się trzymają.

Samson.Prawda, dlatego to kobiety, jako najsłabsze, tuląsię zawsze do muru. Ja też odtrącę od muru ludziMontekich, a kobiety Montekich przyprę do muru.

Grzegorz.Spór jest tylko między naszymi panami i międzynami, ich ludźmi.

Samson.Mniejsza mi o to: będę nieubłagany. Pobiwszyludzi, wywrę wściekłość na kobiety: rzeź między nimisprawię.

Grzegorz.Rzeź kobiet chcesz przedsiębrać?

Samson.Nieinaczej: wtłoczę miecz w każdą po kolei.Wiadomo, że się do lwów liczę.

Grzegorz.Tem lepiej, że się liczysz do zwierząt; bo gdybyśsię liczył do ryb, to byłbyś pewnie sztokfiszem.Weźno się za instrument, bo oto nadchodzi dwóchdomowników Montekiego.

(Wchodzą: Abraham i Baltazar).

Samson.Mój giwer już dobyty: zaczep ich, ja stanę z tyłu.

Grzegorz.Gwoli drapania?

Samson.Nie bój się.

Grzegorz.Jabym się miał bać z twojej przyczyny?

Samson.Miejmy prawo za sobą, niech oni zaczną.

Grzegorz.Marsa im nastawię, przechodząc; niech go sobie,jak chcą, tłómaczą.

Samson.Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gębę wykrzywię;hańba im, jeśli to ścierpią.

Abraham.Skrzywiłeś się na nas, mości panie?

Samson.Nieinaczej, skrzywiłem się.

Abraham.Czy na nas się skrzywiłeś, mości panie?

Samson(do Grzegorza).Będziemyż mieli prawo za sobą,jak powiem: tak jest?

Grzegorz.Nie.

Samson(do Abrahama).Nie, mości panie; nie skrzywiłemsię na was, tyłko skrzywiłem się tak sobie.

Grzegorz(do Abrahama).Zaczepki waść szukasz?

Abraham.Zaczepki? nie.

Samson.Jeżeli jej szukasz, to jestem na waścine usługi.Mój pan tak dobry, jak i wasz.

Abraham.Nie lepszy.

Samson.Niech i tak będzie.

(Benwolio ukazuje się w głębi).

Grzegorz(na stronie do Samsona).Powiedz: lepszy. Otonadchodzi jeden z krewnych mego pana.

Samson.Nieinaczej; powiedz: lepszy.

Abraham.Kłamiesz.

Samson.Dobądźcie mieczów, jeśli macie serca. Grzegorzu,pamiętaj o swoim pchnięciu.(Biją się).

Benwolio.Odstąpcie, głupcy; schowajcie miecze do pochew!Sami nie wiecie, co robicie.

(Rozdziela ich swoim mieczem).

(Wchodzi Tybalt).

Tybalt.Cóż to? krzyżujesz oręż z parobkami?Do mnie, Benwolio! pilnuj swego życia.

Benwolio.Przywracam tylko pokój. Włóż miecz nazadAlbo wraz ze mną rozdziel nim tych ludzi.

Tybalt.Z gołym orężem pokój? NienawidzęTego wyrazu, tak jak nienawidzęSzatana, wszystkich Montekich i ciebie.Broń się, nikczemny tchórzu.

(Walczą).

(Nadchodzi kilku przyjaciół obu partyi i mieszają się dozwady; wkrótce potem wchodzą mieszczanie z pałkami).

Pierwszy obywatel.Hola! berdyszów! pałek! Dalej po nich!Precz z Montekimi, precz z Kapuletami!

(Wchodzą: Kapulet i pani Kapulet).

Kapulet.Co to za hałas? Podajcie mi długiMój miecz! hej!

Pani Kapulet.Raczej kulę: co ci z miecza?

Kapulet.Miecz, mówię! Stary Monteki nadchodziI szydnie swoją klingą mi urąga.

(Wchodzą: Monteki i pani Monteki).

Monteki.Ha! nędzny Kapulecie!(Do żony).Puść mię, pani.

Pani Monteki.Nie puszczę cię na krok, gdy wróg przed tobą.

(Wchodzi Książę z orszakiem).

Książę.Zapamiętali, niesforni poddani,Bezcześciciele bratniej stali! Cóż to,Czy nie słyszycie? Ludzie czy zwierzęta,Co wściekłych swoich gniewów żar gasicieW własnych żył swoich źródle purpurowym:Pod karą tortur, wypuśćcie natychmiastZ zawziętych dłoni tę broń buntownicząI posłuchajcie tego, co niniejszymWasz rozjątrzony książę postanawia.Domowe starcia, z marnych słów zrodzonePrzez was, Monteki oraz Kapulecie,Trzykroć już spokój miasta zakłóciły,Tak, że poważni wiekiem i zasługąObywatele werońscy musieliPorzucić swoje wygodne przybory,I w stare dłonie stare ująć miecze,By zardzewiałym ostrzem zardzewiałeNiechęci wasze przecinać. JeżeliWzniecicie jeszcze kiedyś waśń podobną,Zamęt pokoju opłacicie życiem.A teraz wszyscy ustąpcie niezwłocznie.Ty, Kapulecie, pójdziesz ze mną razem;Ty zaś, Monteki, przyjdziesz po południuNa ratusz, gdzie ci dokładnie w tym względzieDalsza ma wola oznajmiona będzie.Jeszcze raz, wzywam wszystkich tu obecnychPod karą śmierci, aby się rozeszli.

(Książę z orszakiem wychodzi; podobnież Kapulet, pani Kapulet,Tybalt, obywatele i słudzy).

Monteki.Kto wszczął tę nową zwadę? Mów, synowcze,Byłżeś tu wtedy, gdy się to zaczęło?

Benwolio.Nieprzyjaciela naszego pachołcyI wasi już się bili, kiedym nadszedł;Dobyłem broni, aby ich rozdzielić:Wtem wpadł szalony Tybalt z gołym mieczem,I harde zionąc mi w uszy wyzwanie,Jął się wywijać nim i siec powietrze,Które świszczało tylko, szydząc z marnychJego zamachów. Gdyśmy tak ze sobąCięcia i pchnięcia zamieniali, zbiegł sięWiększy tłum ludzi, z obu stron walczono,Aż książę nadszedł i rozdzielił wszystkich.

Pani Monteki.Lecz gdzież Romeo? Widziałżeś go dzisiaj?Jakże się cieszę, że nie był w tem starciu.

Benwolio.Godziną pierwej, nim wspaniałe słońceW złotych się oknach wschodu ukazało,Troski wygnały mię z dala od domuW sykomorowy ów gaj, co się ciągnieKu południowi od naszego miasta.Tam, już tak rano, syn wasz się przechadzał.Ledwiem go ujrzał, pobiegłem ku niemu;Lecz on, spostrzegłszy mię, skręcił natychmiast,I w najciemniejszej ukrył się gęstwinie.Pociąg ten jego do odosobnieniaMierząc mym własnym, (serce nasze bowiemJest najczynniejsze, kiedyśmy samotni)Nie przeszkadzałem mu w jego dumaniachI w inną stronę się udałem, chętnieStroniąc od tego, co rad mnie unikał.

Monteki.Nieraz o świcie już go tam widzianoŁzami poranną mnożącego rosę,A chmury swego oblicza chmurami.Aliści, ledwo na najdalszym wschodzieWesołe słońce z przed łoża AuroryZaczęło ściągać cienistą kotarę,On, uciekając od widoku światła,Co tchu zamykał się w swoim pokoju,Zasłaniał okna przed jasnym dnia blaskiemI sztuczną sobie ciemnicę utwarzał.W czarne bezdroże dusza jego zajdzie,Jeśli się na to lekarstwo nie znajdzie.

Benwolio.Szanowny stryju, znaszże powód tego?

Monteki.Nie znam i z niego wydobyć nie mogę.

Benwolio.Wybadywałżeś go jakim sposobem?

Monteki.Wybadywałem i sam, i przez drugich:Lecz on, jedyny powiernik swych smutków,Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie,Od otwartości wszelkiej tak daleki,Jak pączek kwiatu, co go robak gryzie,Nim światu wonny swój kielich roztoczyłI pełność swoją rozwinął przed słońcem.Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka,Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.

(Romeo ukazuje się w głębi).

Benwolio.Oto nadchodzi. Odstąpcie na stronę:Wyrwę mu z piersi cierpienia tajone.

Monteki.Obyś w tej sprawie, co nam serce rani,Mógł być szczęśliwszym od nas! Pójdźmy, pani.

(Wychodzą: Monteki i pani Monteki).

Benwolio.Dzień dobry, bracie.

Romeo.Jeszczeż nie południe?

Benwolio.Dziewiąta biła dopiero.

Romeo.Jak nudnieWloką się chwile! Moiż-to rodziceTak spiesznie w tamtą zboczyli ulicę?

Benwolio.Tak jest. Lecz cóż tak chwile twoje dłuży?

Romeo.Nieposiadanie tego, co je skraca.

Benwolio.Miłość więc?

Romeo.Brak jej.

Benwolio.Jakto? brak miłości?

Romeo.Brak jej tam, skądbym pragnął wzajemności.

Benwolio.Niestety! Czemuż, zdając się niebianką,Miłość jest w gruncie tak srogą tyranką?

Romeo.Niestety! Czemuż z zasłoną na skroni,Miłość na oślep zawsze cel swój goni!Gdzież dziś jeść będziem? Ach! Był tu podobnoJakiś spór? Nie mów mi o nim, wiem wszystko.W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość.O! wy sprzeczności niepojęte dziwa:Szorstka miłości! nienawiści tkliwa!Coś narodzone z niczego! PieszczotoOdpychająca! Poważna pustoto!Szpetny chaosie wdzięków! Ciężki puchu!Jasna mgło! Zimny żarze! Martwy ruchu!Śnie bez snu! Taką-to w sobie zawiłość,Taką niełączność łączy moja miłość.Czy się nie śmiejesz?

Benwolio.Nie, płakałbym raczej.

Romeo.Nad czem, poczciwa duszo?

Benwolio.Nad uciskiemPoczciwej duszy twojej.

Romeo.A więc strzałaMiłości nawet przez odbitkę działa?Dość mi już ciężył mój smutek, ty jegoBrzemię powiększasz przewyżką twojego;Współczucie twoje nad mojem cierpieniemNie ulgą, ale nowym jest kamieniemDla mego serca. Miłość, przyjacielu,To dym, co z parą westchnień się unosi;To żar, co w oku szczęśliwego płonie;Morze łez, w którym nieszczęśliwy tonie.Czemże jest więcej? Istnym amalgamem:Żółcią trawiącą i zbawczym balsamem.Bądź zdrów.(Chce odejść).

Benwolio.Zaczekaj! krzywdębyś mi sprawił,Gdybyś mą przyjaźń z kwitkiem tak zostawił.

Romeo.Ach! ja nie jestem tu, nie jestem sobą;To nie Romeo, co rozmawia z tobą.

Benwolio.Kogóż to kochasz? mów.

Romeo.Przestań mię dręczyćMamże wraz jęczyć i mówić?

Benwolio.Nie jęczyć,Tylko mi klucz dać do tego problemu.Kogóż to kochasz? powiedz!

Romeo.Każ choremuPisać testament: będzież to wezwanieDobre dla tego, co jest w tak złym stanie?A więc kobietę kocham.

Benwolio.Celniem mierzył,Gdym to pomyślał, nimeś mi powierzył.Romeo.Biegle celujesz. I ta, którą kocham,Jest piękna.

Benwolio.W piękny cel trafić najłatwiej.

Romeo.A właśnieś chybił. Niczem tu kołczanyKupida; ona ma naturę Dyany:Pod twardą zbroją wstydliwości swojéjGrotów miłości wcale się nie boi;Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych;Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych;Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna.Bogata w wdzięki, w tem jedynie biedna,Że, kiedy umrze, do grobu z nią zstąpiCałe bogactwo, którego tak skąpi.

Benwolio.Wiecznież chce sama zostać z swem bogactwem?

Romeo.Tak jest; i skąpstwo to jest marnotrawstwem,Bo piękność, którą własna srogość strawia,Całą potomność piękności pozbawia.Zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem;Zbyt mądrze piękna: stąd istnym jest głazem.Przysięgła nigdy nie kochać, i dziękiTemu, skazany-m wiecznie cierpieć męki.

Benwolio.Jest na to rada: przestań myśleć o niej.

Romeo.Doradźże także, jakimbym sposobemMógł przestać myśleć.

Benwolio.Dając oczom wolnośćRozpatrywania się w innych pięknościach.

Romeo.To byłby tylko sposób przywołaniaJej cudnych wdzięków tem żywiej na pamięć.Maska, kryjąca lica pięknej damy,Choć czarna, nęci nas, bo przeczuwamyPod nią zbiór ponęt; ten, co wzrok postradał,Zapomniż kiedy, jaki skarb posiadał?Pokaż mi jaki ideał dziewczęcy,Będzież on dla mnie w istocie czem więcéj,Jak przypomnieniem, że jest piękność inna,Przed którą ta-by uklęknąć powinna.Bądź zdrów: niewczesną podajesz mi radę.

Benwolio.Najpraktyczniejszą, życie w zastaw kładę.

(Wychodzą.)

(Wchodzą: Kapulet i Parys, za nimi służący).

Kapulet.Podobną, jak mnie, karą zagrożonoI Montekiemu; ależ w wieku naszymSpokojnie siedzieć rzecz nie trudna.

Parys.ObaSzanownych szczepów jesteście odrośle;Tem-ci żałośniej, że od tyła czasu,Żyjecie w takiem rozdwojeniu z sobą.Co mówisz, panie, na moje zabiegi?

Kapulet.To samo, co już dawniej powiedziałem:Mojemu dziecku świat jest jeszcze obcy,Ledwie czternastu lat wysnuła przędzę;Parę jej wiosen jeszcze przeżyć trzeba,Nim małżeńskiego zakosztuje chleba.

Parys.Z młodszych bywały nieraz szczęsne matki.

Kapulet.Lecz prędko więdną przedwczesne mężatki.Ziemia schłonęła wszystkie me nadzieje,Oprócz tej jednej; ona jest, Parysie,Przyszłą, jedyną moich ziem dziedziczką.Staraj się jednak, skarb sobie jej serce,Chęć ma z jej chęcią nie będzie w rozterce;Jeśli cię przyjmie, głos ojca w tym względzieJej pozwolenia echem tylko będzie.Daję dziś wieczór, na który niemałoGości sprosiłem; gdyby ci się dałoByć jednym więcej, w nader miły sposóbZwiększyłbyś przez to zbiór miłych mi osób.W biednym mym domu, jednocześnie z nocą,Takie dziś gwiazdy ziemskie zamigocą,Że od ich blasku blask niebieskich zblednie.Uciechy, młodym ludziom odpowiednie,Podobne do tych, jakie kwiecień sprawia,Gdy w starym progu zimy się pojawia;Takie uciechy, w całej swojej mocy,Wśród hożych dziewic staną się tej nocyUdziałem twoim w domu Kapuletów.Przyjdź, przejrz i wybierz sobie z tych bukietówKwiat najpiękniejszy. I mój tam kwiat lubyWejdzie do liczby, choć nie do rachuby.Idźmy.(Do sługi).A wasze obejdź w krąg Weronę,Wynajdź osoby tu wyszczególnione

(oddaje mu papier).

I powiedz każdej, że mój dom otworemNa ich usługi stanie dziś wieczorem.

(Wychodzą: Kapulet i Parys).

Służący.Mam wynaleźć osoby tu wyszczególnione: to sięznaczy, według tego, co tu napisano... A cóż tu napisano?Oto: że szewc ma pilnować łokcia, a krawieckopyta; rybak pędzla, a malarz więcierza. Jakże wynajdęosoby tu wyszczególnione, kiedy nie mogę wynaleźćśrodka na wyczytanie tego, co osoba pisząca tu wyszczególniła?Kazano mi jednak; muszę się udać douczonych. Oto jacyś ichmoście; może mi poradzą.

(Wchodzi Romeo i Benwolio).

Benwolio.Tak, bracie, płomień spędza się płomieniem,Ból dawny nowym leczy się cierpieniem;Kręć się na odwrót, gdy masz zawrót głowy;Klin wyrugujesz, klin wbijając nowy;Zaczerpnij nowej zarazy do łona,A jad dawniejszej niewątpliwie skona.

Romeo.Liść pokrzywiany wyborny jest na to.

Benwolio.Na cóż to, proszę?

Romeo.Na oparzeliznę;Spróbujno tylko.

Benwolio.Powiedz mi, Romeo,Czyś ty oszalał?

Romeo.Nie, nie oszalałem,Lecz wpadłem w gorszy stan niż szalonego.W loch się dostałem, jestem pastwą głodu,Chłost i mąk. — Dobry wieczór, przyjacielu.

Służący.Nawzajem, panie. Czy umiesz pan czytać?

Romeo.Niestety! umiem w moim przeznaczeniuCzytać niedolę.

Służący.Tego się bez książkiMożna nauczyć; ale ja się pytam,Czy pan pisane rzeczy umie czytać?

Romeo.Małej mi rzeczy do tego potrzeba,To jest znać tylko język i litery.

Służący.Słusznie pan mówisz, bądźże zdrów i wesół.

(Chce odejść).

Romeo.Czekajno wasze, umiem czytać.(Czyta).»Sinior Martino, jego małżonka i córki. Hrabia Anzelmze swemi pięknymi siostrami. Siniora wdowa po Witruwiuszu.Sinior Placentio i jego miłe siostrzenice. Merkucyuszi jego brat Walenty. Mój brat Kapulet z małżonkąi córkami. Moja śliczna siostrzenica Rozalina.Liwia, sinior Valentio i nasz kuzyn Tybalt. Lucjuszi nadobna Helena.«Wspaniałe grono!(Oddaje kartę).Gdzież oni przyjść mają?

Służący.Owdzie.

Romeo.Gdzie?

Służący.Do naszego pałacu, na wieczerzę.

Romeo.Do czyjego pałacu?

Służący.Mojego pana.

Romeo.W istocie, powinienem się był przedewszystkimspytać, kto nim jest.

Służący.Oznajmię to panu bez pytania: moim panemjest możny, bogaty Kapulet; jeżeli panowie nie jesteściez domu Montekich, to was zapraszam do niegona kubek wina. Bądźcie weseli.

(Wychodzi).

Benwolio.Na tym wieczorze Kapuleta będzieBożyszcze twoje, piękna Rozalina,Obok najpierwszych piękności werońskich.Pójdź tam i okiem bezstronnem porównajJej twarz z obliczem tych, które ci wskażę:Wnet nowe bóstwo ślad dawnego zmaże.

Romeo.Gdyby rzetelny mój wzrok tak fałszyweMiał dać świadectwo, łzy stańcie się żarem!Wy, zalewane wciąż, a jeszcze żywePrzezrocza, spłońcie pod kłamstwa nadmiarem!Zatrzeć jej wdzięki! Nigdy wszechwidząceRównej piękności nie widziało słońce.

Benwolio.Wielbisz ją, boś ją jedną na oboichWażył dotychczas szalach oczu swoich;Lecz umieść na tej wadze kryształowéjObok niej inną, którą ci gotowyBędę dziś wskazać, a ręczę, że owaNieporównana w kąt się przed tą schowa.

Romeo.Pójdę tam, ale z obojętnem okiem,Jednej wyłącznie poić się widokiem.

(Wychodzą).

(Wchodzi pani Kapulet i Marta).

Pani Kapulet.Gdzie moja córka? Idź ją tu przywołać.

Marta.Na moją cnotę! jużem ją wołała.Julciu! pieszczotko moja! moje złotko!Boże, zmiłuj się! Gdzież ona jest? Julciu!

(Wchodzi Julia).

Julia.Czy mnie kto wołał?

Marta.Mama.

Julia.Jestem, pani.Co mi rozkażesz?

Pani Kapulet.Słuchaj. Odejdź, Marto;Mam z nią sam na sam coś do pomówienia.Marto, pozostań: przychodzi mi na myśl,Że twa obecność może być potrzebna.Julka ma piękny już wiek, wszakże prawda?

Marta.Ba, mogę wiek jej policzyć na palcach.

Pani Kapulet.Czternaście ma już lat, jak mi się zdaje.

Marta.Czternaście moich zębów w zakład stawię,(Chociaż właściwie mam ich tylko cztery)Że jeszcze nie ma. Rychłoż będzie świętoPiotra i Pawła?

Pani Kapulet.Za parę tygodni,Mniej więcej.

Marta.Mniej czy więcej, czy okrągło,Ale dopiero w wieczór na świętegoPiotra i Pawła skończy lat czternaście.Ona z Zuzanką — Boże zbaw nas grzesznych! —Były rówieśne. Zuzanka u Boga —Byłże to anioł! — ale, jak mówiłam,Julcia dopiero na świętego PiotraI Pawła skończy spełna lat czternaście,Tak, tak; pamiętam dobrze. Mija terazRok jedenasty od trzęsienia ziemi;Właśnie od piersi była odsadzona.Z pomiędzy wszystkich dni bożego rokuTego jednego nigdy nie zapomnę.Piołunem sobie wtedy pierś potarłam,Siedząc na słońcu tuż pod gołębnikiem.Państwo byliście tego dnia w Mantui.A co? mam pamięć? Ale, jak mówiłam,Skoro pieszczotka moja na brodawcePoczuła gorycz, trzeba było widzieć,Jak się skrzywiła, szarpnęła od piersi;Gołębnik za mną: skrzyp! a ja co żywoNa równe nogi: hyc! nie myśląc czekać,Aż mi kto każe. Upłynęło odtądLat jedenaście. Umiała już wtedyO własnej sile stać, co mówię, biegać,Dyrdać. Dniem pierwej zbiła sobie czoło.Mój mąż — świeć Panie, jego duszy! — podniósłZ ziemi niebogę; był to wielki figlarz.»Plackiem«,rzekł,»padasz teraz, a jak przyjdzieWiększy rozumek, to na wznak upadniesz,Nieprawdaż, Julciu?«A ten mały łotrzyk,Jak mi Bóg miły! przestał zaraz krzyczećI odpowiedział:»tak«. Chociażbym żyłaTysiąc lat, nigdy tego nie zapomnę.»Nieprawdaż, Julciu«rzekł,»że padniesz wznak?«A mały urwis odpowiedział»tak«.

Pani Kapulet.Dość tego, Marto, skończ już tę historyę,Proszę cię.

Marta.Dobrze, miłościwa pani.Ale nie mogę wstrzymać się od śmiechu,Kiedy przypomnę sobie, jak to onaPrzestała krzyczeć i odpowiedziała:»Tak«. Miała jednak guz jak kurze jaje,Siniec porządny i płakała gorzko;Ale gdy mąż mój rzekł:»plackiem dziś padasz,A jak dorośniesz, to na wznak upadniesz,Nieprawdaż, Julciu?«tak i niebożątkoZaraz ucichło i odrzekło:»tak«.

Julia.Ucichnij też i ty, proszę cię, nianiu.

Marta.Jużem ucichła przecie. Pan Bóg z tobą!Ty jesteś perłą ze wszystkich niemowląt,Jakie karmiłam. Gdybym jeszcze mogłaPatrzeć na twoje zamęście!...

Pani Kapulet.Zamęście!To jest punkt właśnie, o którym chcę mówić.Powiedz mi, Julio, co myślisz i jakieSą chęci twoje we względzie małżeństwa?

Julia.O tym zaszczycie jeszcze nie myślałam.

Marta.O tym zaszczycie! Gdybym nie ja byłaTwą karmicielką, rzekłabym, żeś mądrośćWyssała z mlekiem.

Pani Kapulet.Myślże o tem teraz.Młodsze od ciebie dziewczęta z szlachetnychDomów w Weronie wcześnie stan zmieniają;Ja sama byłam już matką w tym wieku,W którym tyś jeszcze panną. Krótko mówiąc,Waleczny Parys stara się o ciebie.

Marta.To mi kawaler! panniuniu, to brylantTaki kawaler: chłopiec gdyby z wosku!

Pani Kapulet.Nie ma w Weronie równego mu kwiatu.

Marta.Co to, to prawda: kwiat to, kwiat prawdziwy.

Pani Kapulet.Cóż, Julio? Będzieszże mogła go kochać?Dziś w wieczór ujrzysz go wśród naszych gości.Wczytaj się w księgę jego lic, na którychPióro piękności wypisało miłość;Przypatrz się jego rysom, jak uroczo,Zgodnie się schodzą z sobą i jednoczą;A co w tej księdze wyda ci się mrocznem,To w jego oczach stanie-ć się widocznem.Do upięknienia tej zaprawdę rzadkiejEdycyi męża brak tylko okładki.Roślina w ziemi, ryba w wodzie żyje;Miło, gdy piękną treść piękny wierzch kryje;I tem wspanialsza, tem więcej jest wartaZłota myśl w złotej oprawie zawarta.Tak więc z nim wszystką jego właść posiędzieszI w niczem sama ujmy mieć nie będziesz.

Marta.Ujmy? Ba, owszem przyrost, boć to przecieZawżdy z mężczyzną przybywa kobiecie.

Pani Kapulet.Chceszże go? powiedz krótko, węzłowato.

Julia.Zobaczę, jeśli patrzenia dość na to;Nie głębiej jednak myślę w tę rzecz wglądać,Jak tobie, pani, podoba się żądać.

(Wchodzi Służący).

Służący.Pani, goście już przybyli; wieczerza zastawiona,czekają na panią, pytają o pannę Julię, przeklinająw kuchni panią Martę — słowem, niecierpliwość powszechna.Niech panie raczą pośpieszyć.(Wychodzi).

Pani Kapulet.Pójdź, Julio; w hrabi serce tam dygoce.

Marta.Idź i po błogich dniach błogie znajdź noce.

(Wychodzą).

(Wchodzą: Romeo, Merkucio i Benwolio w towarzystwie pięciu czy sześciu masek. Ludzie z pochodniami i inne osoby).

Romeo.Mamyż przy wejściu z przemową wystąpić,Czy też poprostu wejść?

Benwolio.Wyszły już z modyTe ceremonie: nie będziemy z sobąWiedli Kupida z bindą wkoło skroni,Łuk malowany z gontu niosącegoI straszącego dziewczęta jak ptaki;Ani też owych prawili oracyi,Mdło za suflerem cedzonych na wstępie.Niech sobie o nas pomyślą, co zechcą;Wejdziem, pokręcim się i znikniem potem.

Romeo.Kręćcie się, kiedy chcecie, jam do tegoDziś niesposobny.

Merkucio.Kochany Romeo,Musisz potańczyć także.

Romeo.Nie, doprawdy.Wy macie lekkie trzewiki, to tańczcie;Mnie ołów serce tłoczy, ledwie mogęRuszyć się z miejsca.

Merkucio.Zakochany jesteś;Pożycz strzelistych od Kupida skrzydełI wznieś się niemi nad poziomą sferę.

Romeo.Nie mnie, tkniętemu srodze jego strzałą,Strzeliście wzbijać się na jego skrzydłach;Nie mnie się wznosić nad poziom, co, noszącBrzemię milości, na poziom upadam.

Merkucio.A gdybyś upadł z nią, ją-byś obrzemił,Tak delikatną rzecz przygniótłbyś srodze.Romeo.Nazywasz miłość rzeczą delikatną?Zbyt owszem twarda, szorstka i koląca.

Merkucio.Twarda li dla cię, bądź i dla niej twardy;Kol ją, gdy kole, a zwalisz ją łatwo.Hola, podajcie mi na twarz pokrowiec!Maskę na maskę!

(wkłada maskę).

Niechaj sobie terazCiekawe oko nicuje mą szpetność!Ta larwa za mnie będzie się rumienić.

Benwolio.Idźmy, panowie; zadzwońmy, a potemOstro już tylko polećmy się nogom.

Romeo.Niech trzpioty łechcą nieczułą posadzkę!Pochodni dla mnie! bom ja dziś skazany,Jak ów pachołek, co świeci swej pani,Stać nieruchomie i martwym być widzem.

Merkucio.Stój, jak chcesz, byłeś tylko nie stał o to,Co cię tak martwi, a w czem (z całym winnymUszanowaniem dla twojej miłości)Jak w błocie, widzę, po uszy zagrzązłeś.Nuże, nie palmy świec w dzień.

Romeo.Palmyż teraz,Bo noc jest.

Merkucio.Mniemam, panie, że, czas tracąc,Zarówno psujem świece bez potrzeby,Jak w dzień je paląc. Przyjmij tę uwagę,Bo w niej pięć razy więcej jest logiki,Niż w naszych pięciu zmysłach.

Romeo.UważamyZa rzecz stosowną pójść tam na ten festyn,Chociaż logiki w tem niema.

Merkucio.Dlaczego?

Romeo.Miałem tej nocy marzenie.

Merkucio.Ja także.

Romeo.Cóż ci się śniło?

Merkucio.To, że marzycieleNajczęściej zwykli kłamać.

Romeo.Przez sen, w łóżku,Gdy w gruncie marzą o rzeczach prawdziwych.

Merkucio.Snadź się królowa Mab widziała z tobą:Ta, co to babi wieszczkom i w postaciKobietki, mało co większej niż agatNa wskazującym palcu aldermana,Ciągniona cugiem drobniuchnym atomów,Tuż, tuż śpiącemu przeciąga pod nosem.Szprychy jej wozu z długich nóg pajęczych;Osłona z lśniących skrzydełek szarańczy;Sprzężaj z plecionych nitek pajęczyny;Lejce z wilgotnych księżyca promyków;Bicz z cienkiej żyłki na świerszcza szkielecie;A jej forszpanem mała, szara muszka,Przez pół tak wielka, jak ów krągły owad,Co siedzi w palcu leniwej dziewczyny;Wozem zaś próżny laskowy orzeszek,Dzieło wiewiórki lub majstra robaka,Tych z dawien dawna akredytowanychStelmachów wieszczek. W takich to przyborachCo noc harcuje po głowach kochanków,Którzy natenczas marzą o miłości;Albo po giętkich kolanach dworaków,Którzy natenczas o ukłonach marzą;Albo po chudych palcach adwokatów,Którym się wtedy roją honorarya;Albo po ustach romansowych damul,Którym się wtedy marzą pocałunki;Często atoli Mab na te ostatnieZsyła przedwczesne zmarszczki, gdy ich oddechZa bardzo znajdzie cukrem przesycony.Czasem też wjeżdża na nos dworakowi:Wtedy śnią mu się nowe łaski pańskie;Czasem i księdza plebana odwiedzi,Gdy ten spokojnie drzemie i ogonemDziesięcinnego wieprza w nos go łechce:Wtedy mu nowe śnią się beneficya.Czasem wkłusuje na kark żołnierzowi:Ten wtedy marzy o cięciach i pchnięciach,O szturmach, breszach, o hiszpańskich klingach,O czynach wielkich na paręset sążni;Wtem mu zatrąbi w ucho: nasz bohaterTruchleje, zrywa się, klnąc zmawia pacierzI znów zasypia. Taka jest Mab: ona,Ona-to w nocy zlepia grzywy koniomI włos ich gładki w szpetne kudły zbija,Które rozczesać niebezpiecznie; onaJest ową zmorą, co na wznak leżąceDziewczęta dusi i wcześnie je uczyDźwigać ciężary, by się z czasem mogłyZawołanemi stać gospodyniami.Ona-to, ona...

Romeo.Skończ już, skończ, Merkucio!Prawisz o niczem.

Merkucio.Prawię o marzeniach,Które w istocie niczem innem nie są,Jak wylęgłymi w chorobliwym mózguDziećmi fantazyi; ta zaś jest pierwiastkuTak subtelnego właśnie, jak powietrze,Bardziej niestała, niż wiatr, który jużtoMroźną całuje północ, jużto z wstrętemRzuca ją, dążąc w objęcia południa.

Benwolio.Coś ten wiatr zawiał, zdaje się, i na nas.Wieczerza stoi, spóźnimy się na nią.

Romeo.Boję się, czyli nie przyjdziem zawcześnie:Bo moja dusza przeczuwa, że jakieśNieszczęście, jeszcze wpośród gwiazd wiszące,Złowrogi bieg swój rozpocznie od datyUciech tej nocy, i kres zamkniętegoW mej piersi, zbyt już nieznośnego życiaPrzyśpieszy jakimś strasznym śmierci ciosem.Lecz niech ten, który ma ster mój w swym ręku,Kieruje moim żaglem! Dalej! Idźmy!(Wychodzą).

(Wchodzą: muzykanci i słudzy).

Pierwszy sługa.Gdzie Potpan? Czemu nie pomaga sprzątać?Gęsi mu paść, nie służyć.

Drugi sługa.Tak to, kiedy ważne obowiązki lokaja powierzająludziom złej maniery; na dyabła się to zdało.

Pierwszy sługa.Powynoście stołki! usuńcie na bok bufet!Pozbierajcie srebra! Schowajno tam dla mnie, braciszku,kawałek marcepana i szepnij na ucho odźwiernemu,żeby wpuścił Zuzannę Grindston i Nelly; jakmię kochasz. — Antoni! Potpan!

(Wchodzą dwaj inni słudzy).

Trzeci sługa.Czegoż tam? Co za gwałt?Pierwszy sługa.Wołają was, pytają o was, czekają nawas, niecierpliwią się na was w wielkiej sali.

Czwarty sługa.Nie możemy być tu i tam razem. Dalej,chłopcy! pohulajmyż dzisiaj! Kto umie czekać, wszystkiegosię doczeka.(Oddalają się).

(Kapulet i inny wchodzą z gośćmi i maskami).

Kapulet.Witaj, cna młodzi! Wolne od nagniotkówDamy rachują na waszą ruchawość.Śliczne panienki, któraż z was odmówiStanąć do tańca? O, takiej wręcz powiemŻe ma nagniotki. A co? tom was zażył!Dalej, panowie! I ja kiedyś takżeMaskę nosiłem i umiałem szeptaćW ucho pięknościom jedwabne powieści,Co szły do serca; przeszło to już, przeszło.Nuże, panowie! Grajki, zaczynajcie!Miejsca! rozstąpmy się! dalej, dziewczęta!

(Muzyka gra. Młodzież tańczy.)

Hej! więcej światła! wynieście te stoły!I zgaście ogień, bo zbyt już gorąco.Siadajże, siadaj, bracie Kapulecie!Dla nas dwóch czasy pląsów już minęły.Jakże to dawno byliśmy obydwajPo raz ostatni w maskach?

Drugi Kapulet.Będzie temuLat ze trzydzieści.

Kapulet.Co? co! nie tak dawno.Było to, pomnę, na godach Lucencia;Na te Zielone Świątki, da Bóg dożyć,Będzie dwadzieścia pięć lat.

Drugi Kapulet.Dawniej, dawniej,Wszak już syn jego jest trzydziestoletni.

Kapulet.Co mi waść prawisz? Przede dwoma latySyn jego nie był jeszcze pełnoletnim.

Romeo(do jednego ze sług).Co to za dama, co w tej chwili tańczyZ tym kawalerem?

Sługa.Nie wiem, jaśnie panie.

Romeo.Ona zawstydza świec jarzących blaski!Piękność jej wisi u nocnej opaski,Jak drogi klejnot u uszu Etyopa.Nie tknęła ziemi wytworniejsza stopa.Jak śnieżny gołąb wśród kawek, tak onaŚwieci wśród swoich towarzyszek grona.Zaraz po tańcu przybliżę się do niéjI dłoń mą uczczę dotknięciem jej dłoni.Kochałżem dotąd? O! zaprzecz, mój wzroku!Boś jeszcze nie znał równego uroku.

Tybalt.Sądząc po głosie, z Montekich to któryś.Dajno mi rapir, chłopcze. Jak się ważyTen łotr tu wchodzić i kłamaną larwąSzyderczo naszej urągać zabawie?Na krew szlachetną, co mi wzdyma serce,Nie będzie grzechu, jeśli go uśmiercę.

Kapulet.Tybalcie, co ci to? Czego się zżymasz?

Tybalt.Ujmy tej, stryju, pewno nie wytrzymasz:Jeden z Montekich, twych śmiertelnych wrogów,Śmie tu znieważać gościnność twych progów.

Kapulet.Czy to Romeo?

Tybalt.Tak, ten-to nikczemnik.

Kapulet.Daj mu waść pokój; nie wychodzi przecieZ granic wytkniętych dobrym wychowaniem;I prawdę mówiąc, cała go WeronaMa za młodzieńca pełnego przymiotów:Nie chciałbym za nic w świecie w moim domuCzynić mu krzywdy. Uspokój się zatem,Miły synowcze, nie zważaj na niego;Taka ma wola; jeśli ją szanujesz,Okaż uprzejmość i spędź precz z obliczaTen mars niezgodny z weselem tej doby.

Tybalt.Taki gość w domu nabawia choroby;Nie ścierpię go tu.

Kapulet.Chcę go mieć cierpianym.Cóż to, zuchwalcze? Mówię, że chcę! Cóż to?Czy ja tu jestem, czy waść jesteś panem?Waść go tu nie chcesz ścierpieć! Boże odpuść!Waść mi chcesz gości porozpędzać? kołkiNa łbie mi strugać? przewodzić w mym domu?

Tybalt.Stryju, to zakał.

Kapulet.Cicho! burdą jesteś.Z tą porywczością doigrasz się waszmość.Zawsze mi musisz się sprzeciwiać! — Brawo,Kochana młodzi! — Urwipołeć z waści!Siedź cicho, albo... — Hola! więcej światła! —Ja cię uciszę. Patrz go! — Żwawo, chłopcy!

Tybalt.Gniew dobrowolny z flegmą przymuszoną,Na krzyż się schodząc, wstrząsają mi łono.Muszę ustąpić; wkrótce się atoliW gorzką żółć zmieni ta słodycz wbrew woli.

(Oddala się).

Romeo(do Julii).Jeśli dłoń moja, co tę świętość trzyma,Bluźni dotknięciem: zuchwalstwo takoweOdpokutować usta me gotowePocałowaniem pobożnem pielgrzyma.

Julia(do Romea).Mości pielgrzymie, bluźnisz swojej dłoni,Która nie grzeszy zdrożnym dotykaniem;Jestli ujęcie rąk pocałowaniem,Nikt go ze świętych pielgrzymom nie broni.

Romeo(jak pierwej).Nie mająż święci ust, tak jak pielgrzymi?

Julia(jak pierwej).Mają ku modłom lub kornej podzięce.

Romeo.Niechże ich usta czynią to, co ręce;Moje się modlą, przyjm modły ich, przyjmij.

Julia.Niewzruszonymi pozostają święci,Choć gwoli modłom niewzbronne ich chęci.

Romeo.Ziść więc cel moich, stojąc niewzruszenie,I z ust swych moim daj wziąć rozgrzeszenie.

(Całuje ją).

Julia.Moje więc teraz obciąża grzech zdjęty.

Romeo.Z mych ust? O! grzechu, zbyt pełen ponęty!Niechże go nazad rozgrzeszony zdejmie!Pozwól.(Całuje ją znowu).

Julia.Jak z książki całujesz, pielgrzymie.

Marta.Panienko, jejmość pani matka prosi.

Romeo.Któż jest jej matką?

Marta.Jej matką? Bajbardzo!Nikt inny, jeno pani tego domu;I dobra pani, mądra a cnotliwa.Ja byłam mamką tej, coś z nią pan mówił.Smaczny by kąsek miał, ktoby ją złowił.

Romeo.Julia Kapulet! O, dolo zbyt sroga!Życie me jest więc w ręku mego wroga.

Benwolio.Wychodźmy, wieczór dobiega już końca.

Romeo.Niestety! z wschodem dla mnie zachód słońca.

Kapulet(do rozchodzących się gości).Ejże, panowie, pozostańcie jeszcze;Mają nam wkrótce dać małą przekąskę.Chcecie koniecznie? Muszę więc ustąpić.Dzięki wam, mili panowie i panie.Dobranoc. Światła! Idźmyż spać.

(Do drugiego Kapuleta).

Braciszku,Zapóźniliśmy się; idę wypocząć.

(Wychodzą wszyscy, prócz Julii i Marty).

Julia.Czy nie wiesz, nianiu, kto jest ten pan?

Marta.Ten, tu?To syn starego Tyberya.

Julia.A tamten,Co właśnie ku drzwiom zmierza.

Marta.To podobnoMłody Petrycy.

Julia.A ów, tam na prawo,Co nie chciał tańczyć?

Marta.Nie wiem.

Julia.Spytaj, proszę,Jak się nazywa. Jeżeli żonaty,Całun mię czeka zamiast ślubnej szaty.

Marta.Zwie się Romeo, jest z rodu Montekich,Synem waszego największego wroga.

Julia.Jako obcego zawcześnie ujrzałam!Jako lubego za późno poznałam!Dziwny miłości traf się na mnie iści,Że muszę kochać przedmiot nienawiści.

Marta.Co to jest? co to takiego?

Julia.To wiersze,Których mię jeden tancerz dziś nauczył.

Marta.Pójdź spać, waćpanna.

Głos(za sceną).Julio!

Marta.Dalej! dalej!Wołają panny i pusto już w sali.

(Wychodzą).


Back to IndexNext