Chapter 5

wielbłądy. Inne wreszcie były najwidoczniej z pewnego rodzaju papieru,

puste w środku, a świetnie kolorowe na zewnątrz. Niektóre okazywały się

z bliska niczym innym jak wielkimi pawimi ogonami, kolorowymi

wachlarzami, w które niepojętym sposobem tchnięto jakiś pozór życia.

Widziałem smutny powrót mego ojca. Sztuczny dzień zabarwiał się już

powoli kolorami zwyczajnego poranka. W spustoszałym sklepie najwyższe

półki syciły się barwami rannego nieba. Wśród fragmentów zgasłego

pejzażu, wśród zburzonych kulis nocnej scenerii - ojciec widział

wstających ze snu subiektów. Podnosili się spomiędzy bali sukna i

ziewali do słońca. W kuchni, na piętrze, Adela, ciepła od snu i ze

zmierzwionymi włosami, mełła kawę na młynku, przyciskając go do białej

piersi, od której ziarna nabierały blasku i gorąca. Kot mył się w słońcu.


Back to IndexNext