Zbrodnia to niesłychana:Pani zabija pana,Zabiwszy, grzebie w gaju,Na łączce, przy ruczaju,Grób lilija zasiewa,Zasiewając tak śpiewa:„Rośnij, kwiecie, wysoko,Jak pan leży głęboko;Jak pan leży głęboko,Tak ty rośnij wysoko.”Potem cała skrwawiona,Męża zbójczyni żona,Bieży przez łąki, przez kniejeI górą, i dołem, i górą.Zmrok pada, wietrzyk wieje;Ciemno, wietrzno, ponuro.Wrona gdzieniegdzie kraczeI puhają puhacze.Bieży wdół do strumyka,Gdzie stary rośnie buk,Do chatki pustelnika:Stuk-stuk, stuk-stuk.„Kto tam?”—Spadła zapora,Wychodzi starzec, świeci;Pani, nakształt upiora,Z krzykiem do chatki leci.„Ha! ha!”—zsiniałe usta,Oczy przewraca wsłup,Drżąca, zbladła jak chusta;„Ha, mąż! ha, trup!”„Niewiasto! Pan Bóg z tobą!Co ciebie tutaj niesieWieczorną słotną dobą?Co robisz, sama w lesie?”—„Tu za lasem, za stawem,Błyszczą mych zamków ściany,Mąż z królem BolesławemPoszedł na Kijowiany.Lato za latem bieży,Niemaż go z pobojowiska,Ja młoda śród młodzieży,A droga cnoty ślizka!Nie dochowałam wiary,Ach! biada mojej głowie!Król srogie głosi kary,Powrócili mężowie.„Ha! ha! mąż się nie dowie!Oto krew! oto nóż!Po nim już, po nim już!Starcze! wyznałam szczerze.Ty głoś świętemi usty,Jakie mówić pacierze,Gdzie mam iść na odpusty.Ach, pójdę aż do piekła,Zniosę bicze, pochodnie,Byleby moje zbrodnieWieczysta noc powlekła.”—„Niewiasto!—rzecze stary,Więc ci nie żal rozboju,Ale tylko strach kary?Idźże sobie w pokoju,Rzuć bojaźń, rozjaśń lica—Wieczna twa tajemnica;Bo takie sądy Boże,Iż, co ty robisz skrycie,Mąż tylko wydać może,A mąż twój stracił życie.”Pani, z wyroku rada,Jak wpadła, tak wypada.Bieży nocą do domu,Nic nie mówiąc nikomu.Stoją dzieci przed bramą,„Mamo—wołają—mamo!A gdzie został nasz tato?”„Nieboszczyk? co? wasz tato?”—Nie wie co mówić na to—„Został w lesie za dworem,Powróci dziś wieczorem.”Czekają wieczór dzieci,Czekają drugi, trzeci,Czekają tydzień cały—Nareszcie zapomniały.Pani zapomnieć trudno,Nie wygnać z myśli grzechu:Zawsze na sercu nudno,Nigdy na ustach śmiechu,Nigdy snu na źrenicy,Bo często w nocnej porzeCoś stuka się na dworze,Coś chodzi po świetlicy.„Dzieci—woła—to ja to,To ja, dzieci, wasz tato!”Noc przeszła, zasnąć trudno.Nie wygnać z myśli grzechu.Zawsze na sercu nudno,Nigdy na ustach śmiechu.„Idź, Hanko, przez dziedziniec,Słyszę tentent na mościeI kurzy się gościniec—Czy nie jadą tu goście?Idź na gościniec i w las,Czy kto nie jedzie do nas?”—„Jadą, jadą w tę stronę,Tuman na drodze wielki,Rżą, rżą koniki wrone,Ostre błyszczą szabelki.Jadą, jadą panowie,Nieboszczykabratowie!”—„A witajże! czy zdrowa?Witajże nam, bratowa!Gdzie brat?”—„Nieboszczyk bratJuż pożegnał ten świat.”—„Kiedy?”—„Dawno, rok minął,Umarł, na wojnie zginął.”„To kłamstwo, bądź spokojna,Już skończyła się wojna;Brat zdrowy i ochoczy—Ujrzysz go na twe oczy.”Pani ze strachu zbladła,Zemdlała i upadła.Oczy przewraca wsłup,Z trwogą dokoła rzuca„Gdzie on? gdzie mąż? gdzie trup?”Powoli się ocuca,Mdlała niby z radości,I pytała u gości;„Gdzie mąż, gdzie me kochanie?Kiedy przedemną stanie?”—„Powracał razem z nami,Lecz przodem chciał pospieszyć,Nas przyjąć z rycerzamiI twoje łzy pocieszyć.Dziś, jutro pewnie będzie,Pewnie kędyś w obłędzieUbite minął szlaki.Zaczekajmy dzień jaki,Poślemy szukać wszędzie,—Dziś, jutro pewnie będzie.”Posłali wszędzie sługi,Czekali dzień i drugi;Gdy nic nie dociekali,Z płaczem chcą jechać dalej.Zachodzi drogę pani:„Bracia moi kochani,Jesień zła do podróży,Wiatry, słoty i deszcze,—Wszak czekaliście dłużej,Czekajcie trochę jeszcze.”Czekają. Przeszła zima—Brata niema i niema.Czekają; myślą sobie:Może powróci z wiosną?A on już leży w grobie,A nad nim kwiatki rosną,A rosną tak wysoko,Jak on leży głęboko.I wiosnę przeczekali,I już nie jadą dalej.Do smaku im gospoda,Bo gospodyni młoda.Że chcą jechać udają,A tymczasem czekają—Czekają aż do lata,Zapominają brata.Do smaku im gospodaI gospodyni młoda.Jak dwaj u niej gościli,Tak ją dwaj polubili.Obu nadzieja łechce,Obadwaj zdjęci trwogą;Żyć bez niej żaden nie chce.Żyć z nią obaj nie mogą.Wreszcie, na jedno zdani,Idą razem do pani.„Słuchaj, pani bratowo,Przyjm dobrze nasze słowo.My tu próżno siedzimy,Brata nie zobaczymy.Ty jeszcze jesteś młoda,Młodości twojej szkoda.Nie wiąż dla siebie świata,Wybierz brata za brata,”To rzekli i stanęli.Gniew ich i zazdrość piecze,Ten to ów okiem strzeli,Ten to ów słówko rzecze;Usta sine przycięli,W ręku ściskają miecze.Pani ich widzi w gniewie,Co mówić, sama nie wie,Prosi o chwilkę czasu,Bieży zaraz do lasu,Bieży wdół do strumyka,Gdzie stary rośnie buk—Do chatki pustelnikaStuk-stuk, stuk-stuk.Całą mu rzecz wykłada,Pyta się, co za rada?—„Ach, jak pogodzić braci?Chcą mojej ręki oba,Ten i ten się podoba,Lecz kto weźmie? kto straci?Ja mam maleńkie dziatkiI wioski, i dostatki:Dostatek się zmitręża,Gdy zostałam bez męża.Lecz ach! nie dla mnie szczęście!Nie dla mnie już zamęźcie!Boża nademną kara,Ściga mię nocna mara.Zaledwie przymknę oczy,Traf, traf, klamka odskoczy;Budzę się: widzę, słyszę,Jak idzie i jak dysze,Jak dysze i jak tupa...Ach, widzę, słyszę trupa!Skrzyp, skrzyp i już nad łożem,Skrwawionym sięga nożemI iskry z gęby sypie,I ciągnie mnie, i szczypie.Ach, dosyć, dosyć strachu,Nie siedzieć mi w tym gmachu,Nie dla mnie świat i szczęście,Nie dla mnie już zamęźcie!”—„Córko!—rzecze jej stary,Niemaż zbrodni bez kary,Lecz, jeśli szczera skrucha,Zbrodniarzów Pan Bóg słucha.Znam ja tajnie wyroku,Miłą ci rzecz obwieszczę;Choć mąż zginął od roku,Ja go wskrzeszę dziś jeszcze.”—„Co, co? jak, jak? mój ojcze!Nie czas już, ach, nie czas!To żelazo zabójczeNa wieki dzieli nas!Ach znam, żem warta karyI zniosę wszelkie kary,Byle się pozbyć mary,Zrzekę się mego zbioruI pójdę do klasztoru,I pójdę w ciemny las.Nie, nie wskrzeszaj, mój ojcze!Nie czas już, ach nie czas!To żelazo zabójczeNawieki dzieli nas!”Starzec westchnął głębokoI łzami zalał oko,Oblicze skrył w zasłonie,Drżące załamał dłonie:—„Idź zamąż, póki pora.Nie lękaj się upiora.Martwy się nie ocuci,Twarda wieczności brama;I mąż twój nie powróci—Chyba zawołasz sama.—„Lecz jak pogodzić braci?Kto weźmie, a kto straci?”—„Najlepsza będzie droga,Zdać się na los i Boga.Niechajże z ranną rosąPójdą i kwiecie zniosą,Niech każdy weźmie kwiecieI wianek tobie splecie,I niechaj doda znaki,Żeby poznać, czyj jaki,I pójdzie w kościół Boży,I na ołtarzu złoży:Czyj pierwszy weźmiesz wianek,Ten mąż twój, ten kochanek.”Pani z przestrogi rada,Już do małżeństwa skora,Nie boi się upiora;Bo w myśli swej układa,Nigdy w żadnej potrzebieNie wołać go do siebie;I z tych układów rada,Jak wpadła, tak wypada.Bieży prosto do domu,Nic nie mówiąc nikomu,Bieży przez łąki, przez gaje,I bieży, i staje,I staje, i myśli, i słucha,Zda się, że ją ktoś goniI że coś szepce do niej.Wokoło ciemność głucha;Echo powtarza wciąż:„To ja, twój mąż, twój mąż!”I staje, i myśli, i słucha,Słucha, zrywa się, bieży,Włos się na głowie jeży,W tył obejrzeć się lęka,Coś wciąż po krzakach stęka,Echo powtarza wciąż:„To ja, twój mąż, twój mąż!”Lecz zbliża się niedziela,Zbliża się czas wesela.Zaledwie słońce wschodzi,Wybiegają dwaj młodzi.Pani, śród dziewic gronaDo ślubu prowadzona,Wystąpi śród kościołaI bierze pierwszy wianek,Obnosi go dokoła.„Oto w wieńcu lilije,Ach, czyjeż to są, czyje?Kto mój mąż, kto kochanek?”Wybiega starszy brat,Radość na licach płonie,Skacze i klaszcze w dłonie:—„Tyś moja, mój to kwiat!Między lilii kręgiUplotłem wstążek zwój—To znak, to moje wstęgi!To mój, to mój, to mój!”—„Kłamstwo!—drugi zawoła,Wyjdźcie tylko z kościoła,Miejsce widzieć możecie,Kędy rwałem to kwiecie.Rwałem na łączce w gaju,Na grobie przy ruczaju,Okażę grób i zdrój:To mój, to mój, to mój!”Kłócą się źli młodzieńce,Ten mówi, ten zaprzecza;Dobyli z pochew miecza.Wszczyna się srogi bój,Szarpią do siebie wieńce:„To mój, to mój, to mój!”Wtem drzwi kościoła trzasły,Wiatr zawiał, świece zgasły!Wchodzi osoba wbieli,Znany chód, znana zbroja.Staje... wszyscy zadrżeli...Staje, patrzy ukosem,Podziemnym woła głosem:„Mój wieniec i ty moja!Kwiat na mym rwany grobie.Mnie, księże, stułą wiąż!Zła żono, biada tobie,To ja, twój mąż, twój mąż!Źli bracia! biada obu!Z mego rwaliście grobu,Zawieście krwawy bój.To ją, twój mąż, wasz brat,Wy moi, wieniec mój!Dalej na tamten świat!”Wstrzęsła się cerkwi posada,Z zrębu wysuwa się zrąb,Sklep trzeszczy, głąb zapada,Cerkiew zapada wgłąb.Ziemia ją zwierzchu kryje,Na niej rosną lilije,A rosną tak wysoko,Jak pan leżał głęboko.
Zbrodnia to niesłychana:Pani zabija pana,Zabiwszy, grzebie w gaju,Na łączce, przy ruczaju,Grób lilija zasiewa,Zasiewając tak śpiewa:„Rośnij, kwiecie, wysoko,Jak pan leży głęboko;Jak pan leży głęboko,Tak ty rośnij wysoko.”
Potem cała skrwawiona,Męża zbójczyni żona,Bieży przez łąki, przez kniejeI górą, i dołem, i górą.Zmrok pada, wietrzyk wieje;Ciemno, wietrzno, ponuro.Wrona gdzieniegdzie kraczeI puhają puhacze.
Bieży wdół do strumyka,Gdzie stary rośnie buk,Do chatki pustelnika:Stuk-stuk, stuk-stuk.
„Kto tam?”—Spadła zapora,Wychodzi starzec, świeci;Pani, nakształt upiora,Z krzykiem do chatki leci.„Ha! ha!”—zsiniałe usta,Oczy przewraca wsłup,Drżąca, zbladła jak chusta;„Ha, mąż! ha, trup!”
„Niewiasto! Pan Bóg z tobą!Co ciebie tutaj niesieWieczorną słotną dobą?Co robisz, sama w lesie?”
—„Tu za lasem, za stawem,Błyszczą mych zamków ściany,Mąż z królem BolesławemPoszedł na Kijowiany.Lato za latem bieży,Niemaż go z pobojowiska,Ja młoda śród młodzieży,A droga cnoty ślizka!Nie dochowałam wiary,Ach! biada mojej głowie!Król srogie głosi kary,Powrócili mężowie.
„Ha! ha! mąż się nie dowie!Oto krew! oto nóż!Po nim już, po nim już!Starcze! wyznałam szczerze.Ty głoś świętemi usty,Jakie mówić pacierze,Gdzie mam iść na odpusty.Ach, pójdę aż do piekła,Zniosę bicze, pochodnie,Byleby moje zbrodnieWieczysta noc powlekła.”
—„Niewiasto!—rzecze stary,Więc ci nie żal rozboju,Ale tylko strach kary?Idźże sobie w pokoju,Rzuć bojaźń, rozjaśń lica—Wieczna twa tajemnica;Bo takie sądy Boże,Iż, co ty robisz skrycie,Mąż tylko wydać może,A mąż twój stracił życie.”
Pani, z wyroku rada,Jak wpadła, tak wypada.Bieży nocą do domu,Nic nie mówiąc nikomu.Stoją dzieci przed bramą,„Mamo—wołają—mamo!A gdzie został nasz tato?”„Nieboszczyk? co? wasz tato?”—Nie wie co mówić na to—„Został w lesie za dworem,Powróci dziś wieczorem.”
Czekają wieczór dzieci,Czekają drugi, trzeci,Czekają tydzień cały—Nareszcie zapomniały.
Pani zapomnieć trudno,Nie wygnać z myśli grzechu:Zawsze na sercu nudno,Nigdy na ustach śmiechu,Nigdy snu na źrenicy,Bo często w nocnej porzeCoś stuka się na dworze,Coś chodzi po świetlicy.„Dzieci—woła—to ja to,To ja, dzieci, wasz tato!”
Noc przeszła, zasnąć trudno.Nie wygnać z myśli grzechu.Zawsze na sercu nudno,Nigdy na ustach śmiechu.
„Idź, Hanko, przez dziedziniec,Słyszę tentent na mościeI kurzy się gościniec—Czy nie jadą tu goście?Idź na gościniec i w las,Czy kto nie jedzie do nas?”
—„Jadą, jadą w tę stronę,Tuman na drodze wielki,Rżą, rżą koniki wrone,Ostre błyszczą szabelki.Jadą, jadą panowie,Nieboszczykabratowie!”
—„A witajże! czy zdrowa?Witajże nam, bratowa!Gdzie brat?”—„Nieboszczyk bratJuż pożegnał ten świat.”
—„Kiedy?”—„Dawno, rok minął,Umarł, na wojnie zginął.”„To kłamstwo, bądź spokojna,Już skończyła się wojna;Brat zdrowy i ochoczy—Ujrzysz go na twe oczy.”
Pani ze strachu zbladła,Zemdlała i upadła.Oczy przewraca wsłup,Z trwogą dokoła rzuca„Gdzie on? gdzie mąż? gdzie trup?”Powoli się ocuca,Mdlała niby z radości,I pytała u gości;„Gdzie mąż, gdzie me kochanie?Kiedy przedemną stanie?”
—„Powracał razem z nami,Lecz przodem chciał pospieszyć,Nas przyjąć z rycerzamiI twoje łzy pocieszyć.Dziś, jutro pewnie będzie,Pewnie kędyś w obłędzieUbite minął szlaki.Zaczekajmy dzień jaki,Poślemy szukać wszędzie,—Dziś, jutro pewnie będzie.”
Posłali wszędzie sługi,Czekali dzień i drugi;Gdy nic nie dociekali,Z płaczem chcą jechać dalej.
Zachodzi drogę pani:„Bracia moi kochani,Jesień zła do podróży,Wiatry, słoty i deszcze,—Wszak czekaliście dłużej,Czekajcie trochę jeszcze.”
Czekają. Przeszła zima—Brata niema i niema.Czekają; myślą sobie:Może powróci z wiosną?A on już leży w grobie,A nad nim kwiatki rosną,A rosną tak wysoko,Jak on leży głęboko.I wiosnę przeczekali,I już nie jadą dalej.
Do smaku im gospoda,Bo gospodyni młoda.Że chcą jechać udają,A tymczasem czekają—Czekają aż do lata,Zapominają brata.
Do smaku im gospodaI gospodyni młoda.Jak dwaj u niej gościli,Tak ją dwaj polubili.Obu nadzieja łechce,Obadwaj zdjęci trwogą;Żyć bez niej żaden nie chce.Żyć z nią obaj nie mogą.Wreszcie, na jedno zdani,Idą razem do pani.
„Słuchaj, pani bratowo,Przyjm dobrze nasze słowo.My tu próżno siedzimy,Brata nie zobaczymy.Ty jeszcze jesteś młoda,Młodości twojej szkoda.Nie wiąż dla siebie świata,Wybierz brata za brata,”
To rzekli i stanęli.Gniew ich i zazdrość piecze,Ten to ów okiem strzeli,Ten to ów słówko rzecze;Usta sine przycięli,W ręku ściskają miecze.
Pani ich widzi w gniewie,Co mówić, sama nie wie,Prosi o chwilkę czasu,Bieży zaraz do lasu,Bieży wdół do strumyka,Gdzie stary rośnie buk—Do chatki pustelnikaStuk-stuk, stuk-stuk.Całą mu rzecz wykłada,Pyta się, co za rada?
—„Ach, jak pogodzić braci?Chcą mojej ręki oba,Ten i ten się podoba,Lecz kto weźmie? kto straci?Ja mam maleńkie dziatkiI wioski, i dostatki:Dostatek się zmitręża,Gdy zostałam bez męża.Lecz ach! nie dla mnie szczęście!Nie dla mnie już zamęźcie!Boża nademną kara,Ściga mię nocna mara.Zaledwie przymknę oczy,Traf, traf, klamka odskoczy;Budzę się: widzę, słyszę,Jak idzie i jak dysze,Jak dysze i jak tupa...Ach, widzę, słyszę trupa!Skrzyp, skrzyp i już nad łożem,Skrwawionym sięga nożemI iskry z gęby sypie,I ciągnie mnie, i szczypie.Ach, dosyć, dosyć strachu,Nie siedzieć mi w tym gmachu,Nie dla mnie świat i szczęście,Nie dla mnie już zamęźcie!”
—„Córko!—rzecze jej stary,Niemaż zbrodni bez kary,Lecz, jeśli szczera skrucha,Zbrodniarzów Pan Bóg słucha.Znam ja tajnie wyroku,Miłą ci rzecz obwieszczę;Choć mąż zginął od roku,Ja go wskrzeszę dziś jeszcze.”
—„Co, co? jak, jak? mój ojcze!Nie czas już, ach, nie czas!To żelazo zabójczeNa wieki dzieli nas!Ach znam, żem warta karyI zniosę wszelkie kary,Byle się pozbyć mary,Zrzekę się mego zbioruI pójdę do klasztoru,I pójdę w ciemny las.Nie, nie wskrzeszaj, mój ojcze!Nie czas już, ach nie czas!To żelazo zabójczeNawieki dzieli nas!”
Starzec westchnął głębokoI łzami zalał oko,Oblicze skrył w zasłonie,Drżące załamał dłonie:—„Idź zamąż, póki pora.Nie lękaj się upiora.Martwy się nie ocuci,Twarda wieczności brama;I mąż twój nie powróci—Chyba zawołasz sama.
—„Lecz jak pogodzić braci?Kto weźmie, a kto straci?”—„Najlepsza będzie droga,Zdać się na los i Boga.Niechajże z ranną rosąPójdą i kwiecie zniosą,Niech każdy weźmie kwiecieI wianek tobie splecie,I niechaj doda znaki,Żeby poznać, czyj jaki,I pójdzie w kościół Boży,I na ołtarzu złoży:Czyj pierwszy weźmiesz wianek,Ten mąż twój, ten kochanek.”
Pani z przestrogi rada,Już do małżeństwa skora,Nie boi się upiora;Bo w myśli swej układa,Nigdy w żadnej potrzebieNie wołać go do siebie;I z tych układów rada,Jak wpadła, tak wypada.Bieży prosto do domu,Nic nie mówiąc nikomu,Bieży przez łąki, przez gaje,I bieży, i staje,I staje, i myśli, i słucha,Zda się, że ją ktoś goniI że coś szepce do niej.Wokoło ciemność głucha;Echo powtarza wciąż:„To ja, twój mąż, twój mąż!”
I staje, i myśli, i słucha,Słucha, zrywa się, bieży,Włos się na głowie jeży,W tył obejrzeć się lęka,Coś wciąż po krzakach stęka,Echo powtarza wciąż:„To ja, twój mąż, twój mąż!”
Lecz zbliża się niedziela,Zbliża się czas wesela.Zaledwie słońce wschodzi,Wybiegają dwaj młodzi.Pani, śród dziewic gronaDo ślubu prowadzona,Wystąpi śród kościołaI bierze pierwszy wianek,Obnosi go dokoła.„Oto w wieńcu lilije,Ach, czyjeż to są, czyje?Kto mój mąż, kto kochanek?”
Wybiega starszy brat,Radość na licach płonie,Skacze i klaszcze w dłonie:—„Tyś moja, mój to kwiat!Między lilii kręgiUplotłem wstążek zwój—To znak, to moje wstęgi!To mój, to mój, to mój!”
—„Kłamstwo!—drugi zawoła,Wyjdźcie tylko z kościoła,Miejsce widzieć możecie,Kędy rwałem to kwiecie.Rwałem na łączce w gaju,Na grobie przy ruczaju,Okażę grób i zdrój:To mój, to mój, to mój!”
Kłócą się źli młodzieńce,Ten mówi, ten zaprzecza;Dobyli z pochew miecza.Wszczyna się srogi bój,Szarpią do siebie wieńce:„To mój, to mój, to mój!”
Wtem drzwi kościoła trzasły,Wiatr zawiał, świece zgasły!Wchodzi osoba wbieli,Znany chód, znana zbroja.Staje... wszyscy zadrżeli...Staje, patrzy ukosem,Podziemnym woła głosem:„Mój wieniec i ty moja!Kwiat na mym rwany grobie.Mnie, księże, stułą wiąż!Zła żono, biada tobie,To ja, twój mąż, twój mąż!Źli bracia! biada obu!Z mego rwaliście grobu,Zawieście krwawy bój.To ją, twój mąż, wasz brat,Wy moi, wieniec mój!Dalej na tamten świat!”
Wstrzęsła się cerkwi posada,Z zrębu wysuwa się zrąb,Sklep trzeszczy, głąb zapada,Cerkiew zapada wgłąb.Ziemia ją zwierzchu kryje,Na niej rosną lilije,A rosną tak wysoko,Jak pan leżał głęboko.
Jakiż to dziadek, jak gołąb siwy,Z siwą aż do pasa brodą?Dwaj go chłopczyki pod rękę wiodą,Wiodą mimo naszej niwy.Starzec na lirze brząka i nuci;Chłopcy dmą w dudeczki z piórek.Zawołam starca, niech się zawróciI przyjdzie pod ten pagórek.„Zawróć się, starcze, tu na igrzysko.Tu się po siewbie weselim;Co nam dał Pan Bóg, tem się podzielim,I do wsi na noc ztąd blisko.”Posłuchał, przyszedł, skłonił się nizkoI usiadł sobie pod miedzą;Przy nim po bokach chłopczyki siedząPatrząc na wiejskie igrzysko.Tu brzmią piszczałki, biją bębenki,Płoną stosy suchych drewek;Piją staruszki, skaczą panienki,Obchodząc święto dosiewek.Milczą piszczałki, głuchną bębenki,Porzuca ogień gromadka;Biegną staruszki, biegną panienki,Biegną do dudarza dziadka.„Witaj, dudarzu! witamy radzi,W wesołej przychodzisz dobie;Pewnie zdaleka Pan Bóg prowadzi?Pogrzej się i spocznij sobie.”Wiodą gdzie ogień, gdzie stół z murawy,Sadzą dudarza pośrodku:„Może pozwolisz na trochę strawy,Albo na szklaneczkę miodku?„Widzim i lirę, widzim piszczałki—Zagraj co nam samotrzeci;Napełnim za to tłomok, kobiałkiI będziem wdzięczni waszeci.”„No, stójcież cicho—rzekł do gromadki,Cicho—powtarza—w dłoń klaska.Jeżeli chcecie, zagram wam, dziatki.A cóż wam zagrać?”—„Co łaska!”Wziął w ręce lirę i szklankę sporą,Miodem pierś starą zagrzewa,Mrugnął na chłopców, ci dudki biorą,Brząknął, nastroił i śpiewa:„Idę ja Niemnem, jak Niemen długi,Od wioseczki do wioseczki,Z borku do borku, z smugów na smugi,Śpiewając moje piosneczki.„Wszyscy się zbiegli, wszyscy słuchali,Ale nikt mię nie rozumie;Ja łzy ocieram, westchnienia tłumięI idę dalej a dalej!„Kto mię zrozumie, ten się użaliI w białe uderzy dłonie,Uroni łezkę—i ja uronię,Ale już nie pójdę dalej.”A wtem grać przestał. Nim znowu zacznie,Przelotem spojrzał po błoniu;Lecz w jedną stronę spoziera bacznie,—Któż tam stoi na ustroniu?Stała pasterka i plotła wieniec,To uplecie, to rozplecie;A obok przy niej stoi młodzieniecI splecione przyjął kwiecie.Spokojność duszy z jej widać czoła,Ku ziemi spuszczone oko;Nie była smutna ani wesoła,Tylko coś myśli głęboko.Jak puszkiem chwieje trawka zielona,Choć wiatr przestanie oddychać,Tak się na piersiach chwieje zasłona,Chociaż westchnienia nie słychać.Wtem z piersi listek zżółkły odepnie,Listek nieznanego drzewa;Spojrzy nań, rzuci—i zcicha szepnie,Jakby się na listek gniewa.Odwraca głowę, odeszła nieco,Podniosła w niebo źrenice;Nagle na oczach łezki zaświecąI róż wystąpił na lice.A dudarz milczy, brząka powoli,A wzrok utopił w pasterce,Utopił w licu, lecz wzrok sokoliZdał się przedzierać aż w serce.Znowu wziął lirę i spory dzbanek,Miodem pierś starą zagrzewa,Skinął na chłopców, ci do multanek—Brząknął, nastroił i śpiewa:„Komu ślubny splatasz wieniecZ róż, lilii i tymianka?Ach, jak szczęśliwy młodzieniec,Komu ślubny splatasz wieniec!Pewnie dla twego kochanka?Wydają łzy i rumieniec.Komu ślubny splatasz wieniecZ róż, lilii i tymianka?„Jednemu oddajesz wieniecZ róż lilii i tymianka;Kocha cię drugi młodzieniec—Ty jednemu oddasz wieniec.„Zostawże łzy i rumieniecDla nieszczęsnego kochanka,Gdy szczęśliwy bierze wieniecZ róż, lilii i tymianka.”[5]Na to szmer powstał, różne pogłoskiPomiędzy ciżbą przytomną;Tę piosnkę śpiewał ktoś z naszej wioski,Lecz kto i kiedy, nie pomną.Starzec ucisza, podnosi rękę:„Słuchajcie, dzieci, zawoła,Powiem od kogo mam tę piosenkę,Może on był z tego sioła.„Kiedym wędrując przez kraje cudze,Królewiec zwiedził przechodem,Wtenczas przypłynął z Litwy na strudzePasterz jakiś z tych stron rodem;„Smutny był bardzo, ale przyczynySmutku nie mówił nikomu.Odbił się potem od swej drużynyI nie powrócił do domu.„Często widziałem, czy świeci zorza,Czyli księżyc w pełnym blasku,Jak on po błoniach, albo u morzaPo nadbrzeżnym błądził piasku.„Pośród skał nieraz, podobny skale,Na deszczu, wietrze i chłodzie,Odludny dumał, wiatrom swe żale,A łzy powierzając wodzie.„Szedłem ku niemu; spozierał smutnie,Ale odemnie nie stronił;Jam, nic nie mówiąc, nastroił lutnię,Zaśpiewał, w struny zadzwonił.„Łzy mu się rzucą, lecz skinął czołem,Że się to granie podoba;Ścisnął za rękę, ja go ścisnąłemI zapłakaliśmy oba.„Poznaliśmy się lepiej nawzajemI byliśmy przyjaciele.On zawsze milczał swoim zwyczajem,I ja mówiłem niewiele.„Potem, gdy troską strawiony długąJuż nie mógł rady dać sobie,Ja towarzyszem, ja byłem sługą,Jam go pilnował w chorobie.„Nędzny w mych oczach gasnął powoli.Raz mię przywołał do łoża:„Czuję—rzekł—blizki koniec niedoli,Niech się spełni wola Boża.„Zgrzeszyłem tylko, że moje lataTak się nadaremnie starły;Ale bez żalu schodzę ze świata;Dawno już na nim umarły.„Kiedy mię skał tych dzikich zakątekUkrył przed gminu obliczem,Odtąd już dla mnie świat ten był niczem,Żyłem na świecie pamiątek.„Ty, coś mi wiernym został do grobu,Kończył, ściskając za ręce,Nagrodzić tobie nie mam sposobu—Wszakże to, co mam, poświęcę.„Znasz piosnkę, którąm po tyle razyŚpiewał, płacząc nad mym losem;Pomnisz zapewne wszystkie wyrazyI wiesz, jakim śpiewać głosem.„Mam jeszcze z bladych włosów zawiązkęI zeschły cyprysu listek;Naucz się piosnki, weź tę gałązkę,To mój na ziemi skarb wszystek.„Idź, może znajdziesz na brzegach NiemnaTę, której już nie obaczę;Może jej piosnka będzie przyjemna,Może nad listkiem zapłacze,„Nagrodzi starca, do domu przyjmie;Powiedz...” Wtem oko ściemniało,A w ustach Panny Najświętszej imięWpółwymówione zostało.„Silił się jeszcze i w samym skonieNapróżno coś wyrzec żądał;Wskazał ku sercu i ku tej stronie,Na którą żyjąc poglądał.”Tu przerwał dudarz i szukał okiem,Dostając listek z papierka,Lecz już nie była między natłokiemTa, której szukał, pasterka.Zdaleka tylko poznał sukienkę,Bo w chustce skryła twarz boską;Jakiś młodzieniec wiódł ją pod rękę,—Już ich nie widać za wioską.Przybiegła zgraja gdzie starzec siedział:„Co to jest?” wszyscy pytają.On nic nie wiedział, może i wiedział,Ale nie mówił przed zgrają.
Jakiż to dziadek, jak gołąb siwy,Z siwą aż do pasa brodą?Dwaj go chłopczyki pod rękę wiodą,Wiodą mimo naszej niwy.
Starzec na lirze brząka i nuci;Chłopcy dmą w dudeczki z piórek.Zawołam starca, niech się zawróciI przyjdzie pod ten pagórek.
„Zawróć się, starcze, tu na igrzysko.Tu się po siewbie weselim;Co nam dał Pan Bóg, tem się podzielim,I do wsi na noc ztąd blisko.”
Posłuchał, przyszedł, skłonił się nizkoI usiadł sobie pod miedzą;Przy nim po bokach chłopczyki siedząPatrząc na wiejskie igrzysko.
Tu brzmią piszczałki, biją bębenki,Płoną stosy suchych drewek;Piją staruszki, skaczą panienki,Obchodząc święto dosiewek.
Milczą piszczałki, głuchną bębenki,Porzuca ogień gromadka;Biegną staruszki, biegną panienki,Biegną do dudarza dziadka.
„Witaj, dudarzu! witamy radzi,W wesołej przychodzisz dobie;Pewnie zdaleka Pan Bóg prowadzi?Pogrzej się i spocznij sobie.”
Wiodą gdzie ogień, gdzie stół z murawy,Sadzą dudarza pośrodku:„Może pozwolisz na trochę strawy,Albo na szklaneczkę miodku?
„Widzim i lirę, widzim piszczałki—Zagraj co nam samotrzeci;Napełnim za to tłomok, kobiałkiI będziem wdzięczni waszeci.”
„No, stójcież cicho—rzekł do gromadki,Cicho—powtarza—w dłoń klaska.Jeżeli chcecie, zagram wam, dziatki.A cóż wam zagrać?”—„Co łaska!”
Wziął w ręce lirę i szklankę sporą,Miodem pierś starą zagrzewa,Mrugnął na chłopców, ci dudki biorą,Brząknął, nastroił i śpiewa:
„Idę ja Niemnem, jak Niemen długi,Od wioseczki do wioseczki,Z borku do borku, z smugów na smugi,Śpiewając moje piosneczki.
„Wszyscy się zbiegli, wszyscy słuchali,Ale nikt mię nie rozumie;Ja łzy ocieram, westchnienia tłumięI idę dalej a dalej!
„Kto mię zrozumie, ten się użaliI w białe uderzy dłonie,Uroni łezkę—i ja uronię,Ale już nie pójdę dalej.”
A wtem grać przestał. Nim znowu zacznie,Przelotem spojrzał po błoniu;Lecz w jedną stronę spoziera bacznie,—Któż tam stoi na ustroniu?
Stała pasterka i plotła wieniec,To uplecie, to rozplecie;A obok przy niej stoi młodzieniecI splecione przyjął kwiecie.
Spokojność duszy z jej widać czoła,Ku ziemi spuszczone oko;Nie była smutna ani wesoła,Tylko coś myśli głęboko.
Jak puszkiem chwieje trawka zielona,Choć wiatr przestanie oddychać,Tak się na piersiach chwieje zasłona,Chociaż westchnienia nie słychać.
Wtem z piersi listek zżółkły odepnie,Listek nieznanego drzewa;Spojrzy nań, rzuci—i zcicha szepnie,Jakby się na listek gniewa.
Odwraca głowę, odeszła nieco,Podniosła w niebo źrenice;Nagle na oczach łezki zaświecąI róż wystąpił na lice.
A dudarz milczy, brząka powoli,A wzrok utopił w pasterce,Utopił w licu, lecz wzrok sokoliZdał się przedzierać aż w serce.
Znowu wziął lirę i spory dzbanek,Miodem pierś starą zagrzewa,Skinął na chłopców, ci do multanek—Brząknął, nastroił i śpiewa:
„Komu ślubny splatasz wieniecZ róż, lilii i tymianka?Ach, jak szczęśliwy młodzieniec,Komu ślubny splatasz wieniec!
Pewnie dla twego kochanka?Wydają łzy i rumieniec.Komu ślubny splatasz wieniecZ róż, lilii i tymianka?
„Jednemu oddajesz wieniecZ róż lilii i tymianka;Kocha cię drugi młodzieniec—Ty jednemu oddasz wieniec.
„Zostawże łzy i rumieniecDla nieszczęsnego kochanka,Gdy szczęśliwy bierze wieniecZ róż, lilii i tymianka.”[5]
Na to szmer powstał, różne pogłoskiPomiędzy ciżbą przytomną;Tę piosnkę śpiewał ktoś z naszej wioski,Lecz kto i kiedy, nie pomną.
Starzec ucisza, podnosi rękę:„Słuchajcie, dzieci, zawoła,Powiem od kogo mam tę piosenkę,Może on był z tego sioła.
„Kiedym wędrując przez kraje cudze,Królewiec zwiedził przechodem,Wtenczas przypłynął z Litwy na strudzePasterz jakiś z tych stron rodem;
„Smutny był bardzo, ale przyczynySmutku nie mówił nikomu.Odbił się potem od swej drużynyI nie powrócił do domu.
„Często widziałem, czy świeci zorza,Czyli księżyc w pełnym blasku,Jak on po błoniach, albo u morzaPo nadbrzeżnym błądził piasku.
„Pośród skał nieraz, podobny skale,Na deszczu, wietrze i chłodzie,Odludny dumał, wiatrom swe żale,A łzy powierzając wodzie.
„Szedłem ku niemu; spozierał smutnie,Ale odemnie nie stronił;Jam, nic nie mówiąc, nastroił lutnię,Zaśpiewał, w struny zadzwonił.
„Łzy mu się rzucą, lecz skinął czołem,Że się to granie podoba;Ścisnął za rękę, ja go ścisnąłemI zapłakaliśmy oba.
„Poznaliśmy się lepiej nawzajemI byliśmy przyjaciele.On zawsze milczał swoim zwyczajem,I ja mówiłem niewiele.
„Potem, gdy troską strawiony długąJuż nie mógł rady dać sobie,Ja towarzyszem, ja byłem sługą,Jam go pilnował w chorobie.
„Nędzny w mych oczach gasnął powoli.Raz mię przywołał do łoża:„Czuję—rzekł—blizki koniec niedoli,Niech się spełni wola Boża.
„Zgrzeszyłem tylko, że moje lataTak się nadaremnie starły;Ale bez żalu schodzę ze świata;Dawno już na nim umarły.
„Kiedy mię skał tych dzikich zakątekUkrył przed gminu obliczem,Odtąd już dla mnie świat ten był niczem,Żyłem na świecie pamiątek.
„Ty, coś mi wiernym został do grobu,Kończył, ściskając za ręce,Nagrodzić tobie nie mam sposobu—Wszakże to, co mam, poświęcę.
„Znasz piosnkę, którąm po tyle razyŚpiewał, płacząc nad mym losem;Pomnisz zapewne wszystkie wyrazyI wiesz, jakim śpiewać głosem.
„Mam jeszcze z bladych włosów zawiązkęI zeschły cyprysu listek;Naucz się piosnki, weź tę gałązkę,To mój na ziemi skarb wszystek.
„Idź, może znajdziesz na brzegach NiemnaTę, której już nie obaczę;Może jej piosnka będzie przyjemna,Może nad listkiem zapłacze,
„Nagrodzi starca, do domu przyjmie;Powiedz...” Wtem oko ściemniało,A w ustach Panny Najświętszej imięWpółwymówione zostało.
„Silił się jeszcze i w samym skonieNapróżno coś wyrzec żądał;Wskazał ku sercu i ku tej stronie,Na którą żyjąc poglądał.”
Tu przerwał dudarz i szukał okiem,Dostając listek z papierka,Lecz już nie była między natłokiemTa, której szukał, pasterka.
Zdaleka tylko poznał sukienkę,Bo w chustce skryła twarz boską;Jakiś młodzieniec wiódł ją pod rękę,—Już ich nie widać za wioską.
Przybiegła zgraja gdzie starzec siedział:„Co to jest?” wszyscy pytają.On nic nie wiedział, może i wiedział,Ale nie mówił przed zgrają.
On wojuje—rok upłynął,On nie wraca—może zginął.Panno, szkoda młodych lat,Od książęcia jedzie swat.Książe ucztuje we dworze,A panna płacze w komorze.Jej źrenice, błyskawice,Dziś jak dwie mętne krynice;Jej lica, pełnia księżyca,Dziś nikną jak księżyc w nowiu.Biada wdziękom, biada zdrowiu!Matka troszczy się i biedzi;Książe dał na zapowiedzi.Swadźba jedzie szumnie, tłumnie.„Nie powiozą do ołtarza,Powiozą mnie do cmentarza,A pościelą chyba w trumnie!Ja umrę, gdy on nie żyje—Ciebie, matko, żal zabije!”Ksiądz w konfesjonale siedzi:„Czas, o córko, do spowiedzi.”Przyszła kuma, wiedźma stara;„Wypędź księdza, wypędź klechę!Bóg i wiara—sen i mara!Kuma w biedzie ma pociechę,Kuma stara umie wiele,Ma kwiat paproć i car ziele!A ty masz kochanka dary.Przyszłam zrobić możne czary.„Włosy jego w węża splącz,Dwie obrączki razem złącz,Z lewej ręki krwi usącz,A na węża będziem kląć,W dwie obrączki będziem dąć:Musi przyjść i ciebie wziąć.”Panna grzeszy—jeździec śpieszy;Klęto ducha—klątwy słucha;Już odemknął zimny gmach;Panno! panno! czy nie strach?Ucichł, usnął dzwon zamkowy;Panna czuwa. Na zegarzeBije północ: milczą straże,Panna słyszy dźwięk podkowy...Brytan, jakby głosu nie miał,Zawył ucicha i oniemiał.Skrzypnęły dolne podwoje,Stąpa ktoś w przysionkach długichI otwiera się drzwi troje,Troje drzwi jedne po drugich,—Wchodzi jeździec cały w bieliI usiada na pościeli.Słodko, prędko czas ucieka;Wtem koń zarżał, jękła sowa,Zegar wybił, „Bywaj zdrowa!Koń mój zarżał, koń mój czeka;Albo wstawaj, na koń siądźI na wieki moją bądź!”Miesiąc świeci; jeździec leciPo zaroślach i po krzach:Panno, panno; czy nie strach?Rumak polem jak wiatr niesie,Niesie lasem: głucho w lesie.Tu i ówdzie wystraszonaW suchej jodle kracze wrona,Po łozach wilcze źreniceMigają się jako świece.„Wcwał, mój koniu, koniu, wcwał!Miesiąc nadół schodzi z chmur,A nim zejdzie miesiąc z chmur,Mamy sadzić dziewięć skał,Dziewięć rzek i dziewięć gór.Za godzinę pieje kur.”„Gdzie mnie wieziesz?”—„Gdzie? Do domu!Dom mój na górze Mendoga;W dzień otwarta wszystkim droga,W nocy jeździm pokryjomu.”—„Czy masz zamek?”—„Tak jest, zamekI zamczysty, choć bez klamek...”—„Mój kochanku, konia wstrzymaj,Ledwie dosiedzę na łęku.”—„Moja luba, siodła imajPrawą ręką... Co masz w ręku?Czy to worek do roboty?”—„Nie, to jest Ołtarzyk złoty...”—„Nie czas wstrzymać! Pogoń bieży,Słyszysz pogoń? tętnią błonia;Tuż przed koniem przepaść leży;Rzucaj książkę, puszczam konia!...”Koń jak gdyby zbył ciężaru,Przemknął dziesięć sążni jaru.Lecą bagnem przez manowiec.Pusto wkoło. Błędny ognikTuż przed nimi, jak przewodnik,Od grobowca na grobowiecPrzelatuje: gdzie przeleci,Ślad błękitny za nim Świeci,A tym śladom jeździec leci.—„Mój kochanku, co za droga!Tu nie znać śladu człowieka,”—„Dobra droga, kiedy trwoga;Krzywo jedzie, kto ucieka!Śladów nie masz do mych włości,Bo nie wpuszczam pieszych gości.Bogatego wiozą cugi,Ubogiego niosą sługi.—„Wcwał, mój koniu, koniu, wcwał!Błyska zorza z wschodnich stron,Za godzinę bije dzwon;Nim uderzy ranny dzwon,Mamy sadzić parę skał,Parę rzek i parę gór;Za godzinę drugi kur!”—„Mój kochanku, wstrzymaj wodze!Koń się lęka, bokiem sadzi,Pełno skał i drzew na drodze,Koń o drzewo mię zawadzi.”—„Moja luba, jakie sznurki,Jakie wiszą tam kieszonki?”—„Mój kochanku, to paciórki,To szkaplerze i koronki!...”—„Sznur przeklęty! Sznur znienackaRumakowi miga w oczy!Patrz, jak zadrżał, bokiem skoczy...Moja luba, rzuć te cacka!”Koń, jak gdyby pozbył trwogi,Ubiegł prosto pięć mil drogi.—„Co to za cmentarz, mój miły?”—„To mur, co mych zamków strzeże.”—„A te krzyże, te mogiły?”—„To nie krzyże, to są wieże.Mur przeskoczym, przejdziem progi,Tu na wieki koniec drogi.„Stój mój koniu, koniu, stój!Przebyłeś, nim zapiał kur,Tyle rzek, i skał, i gór,A tuś zadrżał, koniu mój?Wiem ja, koniu, czego drżysz:Mnie i tobie boli krzyż.”—„Czegoś stanął, mój kochanku?Zimna rosa mię spłukała,Zimno wieje wiatr poranku—Okryj płaszczem, bo drżę cała.”—„Moja luba, przytul skronie,Na twych piersiach głowę złożę;Głowa moja ogniem płonieI kamienie ogrzać może...—„Jaki masz tam ćwiek ze stali?”—„To krzyżyk, co matka dała.”—„Ten krzyżyk ostry jak strzała,Twarz mi rani, skronie pali!Precz mi z tym ćwiekiem ze stali!”Krzyż na ziemię padł i zniknął,Jeździec pannę wpoły ścisnął,Z oczu i ust ogniem błysnął;Rumak ludzkim śmiechem ryknął;Przeskoczyli cwałem mury,Biją dzwony, pieją kury.Nim ksiądz przyszedł na mszę ranną,Zniknął koń z jeźdźcem i panną.Na cmentarzu cisza była.Stoją krzyże, głazy leżą;Jedna bez krzyża mogiłaI ziemia ruszona świeżo.Ksiądz nad grobem długo stałI mszę za dwie dusze miał.
On wojuje—rok upłynął,On nie wraca—może zginął.Panno, szkoda młodych lat,Od książęcia jedzie swat.
Książe ucztuje we dworze,A panna płacze w komorze.
Jej źrenice, błyskawice,Dziś jak dwie mętne krynice;Jej lica, pełnia księżyca,Dziś nikną jak księżyc w nowiu.Biada wdziękom, biada zdrowiu!
Matka troszczy się i biedzi;Książe dał na zapowiedzi.
Swadźba jedzie szumnie, tłumnie.„Nie powiozą do ołtarza,Powiozą mnie do cmentarza,A pościelą chyba w trumnie!Ja umrę, gdy on nie żyje—Ciebie, matko, żal zabije!”
Ksiądz w konfesjonale siedzi:„Czas, o córko, do spowiedzi.”
Przyszła kuma, wiedźma stara;„Wypędź księdza, wypędź klechę!Bóg i wiara—sen i mara!Kuma w biedzie ma pociechę,Kuma stara umie wiele,Ma kwiat paproć i car ziele!A ty masz kochanka dary.Przyszłam zrobić możne czary.
„Włosy jego w węża splącz,Dwie obrączki razem złącz,Z lewej ręki krwi usącz,A na węża będziem kląć,W dwie obrączki będziem dąć:Musi przyjść i ciebie wziąć.”
Panna grzeszy—jeździec śpieszy;Klęto ducha—klątwy słucha;Już odemknął zimny gmach;Panno! panno! czy nie strach?
Ucichł, usnął dzwon zamkowy;Panna czuwa. Na zegarzeBije północ: milczą straże,Panna słyszy dźwięk podkowy...Brytan, jakby głosu nie miał,Zawył ucicha i oniemiał.
Skrzypnęły dolne podwoje,Stąpa ktoś w przysionkach długichI otwiera się drzwi troje,Troje drzwi jedne po drugich,—Wchodzi jeździec cały w bieliI usiada na pościeli.
Słodko, prędko czas ucieka;Wtem koń zarżał, jękła sowa,Zegar wybił, „Bywaj zdrowa!Koń mój zarżał, koń mój czeka;Albo wstawaj, na koń siądźI na wieki moją bądź!”
Miesiąc świeci; jeździec leciPo zaroślach i po krzach:Panno, panno; czy nie strach?
Rumak polem jak wiatr niesie,Niesie lasem: głucho w lesie.Tu i ówdzie wystraszonaW suchej jodle kracze wrona,Po łozach wilcze źreniceMigają się jako świece.
„Wcwał, mój koniu, koniu, wcwał!Miesiąc nadół schodzi z chmur,A nim zejdzie miesiąc z chmur,Mamy sadzić dziewięć skał,Dziewięć rzek i dziewięć gór.Za godzinę pieje kur.”
„Gdzie mnie wieziesz?”—„Gdzie? Do domu!Dom mój na górze Mendoga;W dzień otwarta wszystkim droga,W nocy jeździm pokryjomu.”—„Czy masz zamek?”—„Tak jest, zamekI zamczysty, choć bez klamek...”
—„Mój kochanku, konia wstrzymaj,Ledwie dosiedzę na łęku.”—„Moja luba, siodła imajPrawą ręką... Co masz w ręku?Czy to worek do roboty?”—„Nie, to jest Ołtarzyk złoty...”
—„Nie czas wstrzymać! Pogoń bieży,Słyszysz pogoń? tętnią błonia;Tuż przed koniem przepaść leży;Rzucaj książkę, puszczam konia!...”
Koń jak gdyby zbył ciężaru,Przemknął dziesięć sążni jaru.
Lecą bagnem przez manowiec.Pusto wkoło. Błędny ognikTuż przed nimi, jak przewodnik,Od grobowca na grobowiecPrzelatuje: gdzie przeleci,
Ślad błękitny za nim Świeci,A tym śladom jeździec leci.
—„Mój kochanku, co za droga!Tu nie znać śladu człowieka,”—„Dobra droga, kiedy trwoga;Krzywo jedzie, kto ucieka!Śladów nie masz do mych włości,Bo nie wpuszczam pieszych gości.Bogatego wiozą cugi,Ubogiego niosą sługi.
—„Wcwał, mój koniu, koniu, wcwał!Błyska zorza z wschodnich stron,Za godzinę bije dzwon;Nim uderzy ranny dzwon,Mamy sadzić parę skał,Parę rzek i parę gór;Za godzinę drugi kur!”
—„Mój kochanku, wstrzymaj wodze!Koń się lęka, bokiem sadzi,Pełno skał i drzew na drodze,Koń o drzewo mię zawadzi.”—„Moja luba, jakie sznurki,Jakie wiszą tam kieszonki?”—„Mój kochanku, to paciórki,To szkaplerze i koronki!...”
—„Sznur przeklęty! Sznur znienackaRumakowi miga w oczy!Patrz, jak zadrżał, bokiem skoczy...Moja luba, rzuć te cacka!”
Koń, jak gdyby pozbył trwogi,Ubiegł prosto pięć mil drogi.—„Co to za cmentarz, mój miły?”—„To mur, co mych zamków strzeże.”—„A te krzyże, te mogiły?”—„To nie krzyże, to są wieże.Mur przeskoczym, przejdziem progi,Tu na wieki koniec drogi.
„Stój mój koniu, koniu, stój!Przebyłeś, nim zapiał kur,Tyle rzek, i skał, i gór,A tuś zadrżał, koniu mój?Wiem ja, koniu, czego drżysz:Mnie i tobie boli krzyż.”
—„Czegoś stanął, mój kochanku?Zimna rosa mię spłukała,Zimno wieje wiatr poranku—Okryj płaszczem, bo drżę cała.”—„Moja luba, przytul skronie,Na twych piersiach głowę złożę;Głowa moja ogniem płonieI kamienie ogrzać może...
—„Jaki masz tam ćwiek ze stali?”—„To krzyżyk, co matka dała.”—„Ten krzyżyk ostry jak strzała,Twarz mi rani, skronie pali!Precz mi z tym ćwiekiem ze stali!”
Krzyż na ziemię padł i zniknął,Jeździec pannę wpoły ścisnął,Z oczu i ust ogniem błysnął;Rumak ludzkim śmiechem ryknął;Przeskoczyli cwałem mury,Biją dzwony, pieją kury.Nim ksiądz przyszedł na mszę ranną,Zniknął koń z jeźdźcem i panną.
Na cmentarzu cisza była.Stoją krzyże, głazy leżą;Jedna bez krzyża mogiłaI ziemia ruszona świeżo.
Ksiądz nad grobem długo stałI mszę za dwie dusze miał.
Około 1820.
Około 1820.
Co się niedawno stało w Iranie,Opowiem światu całemu:Na kaszemirskim usiadł dywanieBasza pośrodku haremu.Pieją Greczynki, pieją Czerkieski,Pląsają branki Kirgiza;U tych w źrenicach szafir niebieski,U tamtych cienie Eblisa.Basza nie widzi, basza nie słucha;Turban zawiesił nad okiem,Drzemie, i dymy ciągnąc z cybucha,Okrył się wonnym obłokiem.Wtem u wrót szczęścia hałas się wzmaga,Rozstąpiły się sług rzędy;Nieznaną brankę wiódł Kyzlar-aga,Skłonił się i rzekł: „Efendy!„Którego jasność takiej jest mocyMiędzy gwiazdami dywanu,Jak śród brylantów na szatach nocyOgnisko Aldeboranu!„Racz ku mnie błysnąć, gwiazdo dywanu!Bom dobrych nowin tłumaczem:Oto służebny wiatr z LechistanuDarzy cię nowym haraczem,„Padyszach niema takiej krzewinyW sadzie rozkoszy w Stambule;Ona jest rodem z zimnej krainy,Którą wspominasz tak czule.”Tu gazę, co jej wdzięki przygasza,Odsłonił;—cały dwór klasnął;Spojrzał raz na nią trzytulny basza,Wypuścił cybuch—i zasnął.Chyli się na bok, turban mu spada,Biega przebudzić—o dziwy!Usta zsiniałe, twarzśmierciąblada,Basza renegat nieżywy!
Co się niedawno stało w Iranie,Opowiem światu całemu:Na kaszemirskim usiadł dywanieBasza pośrodku haremu.
Pieją Greczynki, pieją Czerkieski,Pląsają branki Kirgiza;U tych w źrenicach szafir niebieski,U tamtych cienie Eblisa.
Basza nie widzi, basza nie słucha;Turban zawiesił nad okiem,Drzemie, i dymy ciągnąc z cybucha,Okrył się wonnym obłokiem.
Wtem u wrót szczęścia hałas się wzmaga,Rozstąpiły się sług rzędy;Nieznaną brankę wiódł Kyzlar-aga,Skłonił się i rzekł: „Efendy!
„Którego jasność takiej jest mocyMiędzy gwiazdami dywanu,Jak śród brylantów na szatach nocyOgnisko Aldeboranu!
„Racz ku mnie błysnąć, gwiazdo dywanu!Bom dobrych nowin tłumaczem:Oto służebny wiatr z LechistanuDarzy cię nowym haraczem,
„Padyszach niema takiej krzewinyW sadzie rozkoszy w Stambule;Ona jest rodem z zimnej krainy,Którą wspominasz tak czule.”
Tu gazę, co jej wdzięki przygasza,Odsłonił;—cały dwór klasnął;Spojrzał raz na nią trzytulny basza,Wypuścił cybuch—i zasnął.
Chyli się na bok, turban mu spada,Biega przebudzić—o dziwy!Usta zsiniałe, twarzśmierciąblada,Basza renegat nieżywy!