KARAKONY

naszego sprawozdania stawialiśmy pewne znaki ostrzegawcze, dawaliśmy w

delikatny sposób wyraz naszym zastrzeżeniom. Uważny czytelnik nie będzie

nie przygotowany na ten ostateczny obrót sprawy. Mówilimy o

imitatywnym, iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale słowa te mają

zbyt ostateczne i stanowcze znaczenie, by określić połowiczny i

niezdecydowany charakter jej rzeczywistości. Język nasz nie posiada

określeń, które by dozowały niejako stopień realności, definiowały jej

giętkość. Powiedzmy bez ogródek: fatalnością tej dzielnicy jest, że nic

w niej nie dochodzi do skutku, nic nie odbiega od swego definitivum,

wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty

wyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego

punktu. Moglimy już zauważyć wielką bujność i rozrzutność - w

intencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę.

Cała ona nie jest niczym innym jak fermentacją pragnień, przedwcześnie

wybujałą i dlatego bezsilną i pustą. W atmosferze nadmiernej łatwości

kiełkuje tutaj każda najlżejsza zachcianka, przelotne napięcie puchnie i

rośnie w pustą, wydętą narośl, wystrzela szara i lekka wegetacja

puszystych chwastów, bezbarwnych włochatych maków, zrobiona z nieważkiej

tkanki majaku i haszyszu. Nad całą dzielnicą unosi się leniwy i

rozwiązły fluid grzechu i domy, sklepy, ludzie wydają się niekiedy

dreszczem na jej gorączkującym ciele, gęsią skórką na jej febrycznych

marzeniach. Nigdzie, jak tu, nie czujemy się tak zagrożeni

możliwościami, wstrząśnięci bliskością spełnienia, pobladli i bezwładni

rozkosznym truchleniem ziszczenia. Lecz na tym się też kończy.

Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzymuje się i cofa,

atmosfera gaśnie i przekwita, możliwości więdną i rozpadają się w

nicość, oszalałe szare maki ekscytacji rozsypują się w popiół. Będziemy

wiecznie żałowali, żeśmy wtedy wyszli na chwilę z magazynu konfekcji

podejrzanej konduity. Nigdy nie trafimy już doń z powrotem. Będziemy

błądzili od szyldu do szyldu i mylili się setki razy. Zwiedzimy

dziesiątki magazynów, trafimy do całkiem podobnych, będziemy wędrowali

przez szpalery książek, wertowali czasopisma i druki, konferowali długo

i zawile z panienkami o nadmiernym pigmencie i skażonej pięknoci, które

nie potrafią zrozumieć naszych życzeń. Będziemy się wikłali w

nieporozumieniach, aż cała nasza gorączka i podniecenie ulotni się w

niepotrzebnym wysiłku, w straconej na próżno gonitwie. Nasze nadzieje

były nieporozumieniem, dwuznaczny wygląd lokalu i służby - pozorem,

konfekcja była prawdziwą konfekcją, a subiekt nie miał żadnych ukrytych

intencyj. Świat kobiecy Ulicy Krokodylej odznacza się całkiem miernym

zepsuciem, zagłuszonym grubymi warstwami przesądów moralnych i banalnej

pospolitości. W tym mieście taniego materiału ludzkiego brak także

wybujałości instynktu, brak niezwykłych i ciemnych namiętności. Ulica

Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia

wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego jak na

papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych,

zeszłorocznych gazet.

Było to w okresie szarych dni, które nastąpiły po świetnej

kolorowości genialnej epoki mego ojca. Były to długie tygodnie depresji,

ciężkie tygodnie bez niedziel i świąt, przy zamkniętym niebie i w

zubożałym krajobrazie. Ojca już wówczas nie było. Górne pokoje

wysprzątano i wynajęto pewnej telefonistce. Z całego ptasiego

gospodarstwa pozostał nam jedyny egzemplarz, wypchany kondor, stojący na

półce w salonie. W chłodnym półmroku zamkniętych firanek stał on tam,

jak za życia, na jednej nodze, w pozie buddyjskiego mędrca, a gorzka

jego, wyschła twarz ascety skamieniała w wyraz ostatecznej obojętności i

abnegacji. Oczy wypadły, a przez wypłakane, łzawe orbity sypały się

trociny. Tylko rogowate egipskie narośle na nagim potężnym dziobie i na

łysej szyi, narośle i gruzły spłowiałobłękitnej barwy nadawały tej

starczej głowie coś dostojnie hieratycznego. Pierzasty habit jego był

już w wielu miejscach przeżarty przez mole i gubił miękkie, szare

pierze, które Adela raz w tygodniu wymiatała wraz z bezimiennym kurzem

pokoju. W wyłysiałych miejscach widać było workowe, grube płótno, z

którego wyłaziły kłaki konopne. Miałem ukryty żal do matki za łatwość, z

jaką przeszła do porządku dziennego nad stratą ojca. Nigdy go nie

kochała - myślałem - a ponieważ ojciec nie był zakorzeniony w sercu

żadnej kobiety, przeto nie mógł też wróść w żadną realność i unosił się

wiecznie na peryferii życia, w półrealnych regionach, na krawędziach

rzeczywistości. Nawet na uczciwą obywatelską śmierć nie zasłużył sobie -

myślałem - wszystko u niego musiało być dziwaczne i wątpliwe.

Postanowiłem w stosownej chwili zaskoczyć matkę otwartą rozmową. Owego

dnia (był ciężki dzień zimowy i od rana już sypał się miękki puch

zmierzchu) matka miała migrenę i leżała na sofie samotnie w salonie. W

tym rzadko odwiedzanym, paradnym pokoju panował od czasu zniknięcia ojca

wzorowy porządek, pielęgnowany woskiem i szczotkami przez Adelę. Meble

przykryte były pokrowcami; wszystkie sprzęty poddały się żelaznej

dyscyplinie, jaką Adela roztoczyła nad tym pokojem. Tylko pęk piór

pawich, stojących w wazie na komodzie, nie dał się utrzymać w ryzach.

Był to element swawolny, niebezpieczny, o nieuchwytnej rewolucyjności,

jak rozhukana klasa gimnazjastek, pełna dewocji w oczy, a rozpustnej

swawoli poza oczyma. Świdrowały te oczy dzień cały i wierciły dziury w

ścianach, mrugały, tłoczyły się, trzepocąc rzęsami, z palcem przy

ustach, jedne przez drugie, pełne chichotu i psoty. Napełniały pokój

świergotem i szeptem, rozsypywały się, jak motyle, dookoła

wieloramiennej lampy, uderzały tłumem barwnym w matowe, starcze dziurki

od kluczy. Nawet w obecności matki, leżącej z zawiązaną głową na sofie,

nie mogły się powstrzymać, robiły perskie oczko, dawały sobie znaki,

mówiły niemym, kolorowym alfabetem, pełnym sekretnych znaczeń. Irytowało

mnie to szydercze porozumienie, ta migotliwa zmowa poza mymi plecami. Z

kolanami przyciśniętymi do sofy matki, badając dwoma palcami, jakby w

zamyśleniu, delikatną materię jej szlafroka, rzekłem niby mimochodem: -

Chciałem cię już od dawna zapytać: prawda, że to jest on? - I chociaż

nie wskazałem nawet spojrzeniem na kondora, matka odgadła od razu,

zmieszała się bardzo i spuściła oczy. Dałem umyślnie upłynąć chwili,

żeby wykosztować jej zmieszanie, po czym z całym spokojem, opanowując

wzbierający gniew, spytałem: - Jaki sens mają w takim razie te wszystkie

plotki i kłamstwa, które rozsiewasz o ojcu? Lecz jej rysy, które w

pierwszej chwili rozpadły się były w panice, zaczęły się znowu

porządkować. - Jakie kłamstwa? - spytała mrugając oczyma, które były

puste, nalane ciemnym błękitem, bez białka. - Znam je od Adeli - rzekłem

- ale wiem, że pochodzą od ciebie; chcę wiedzieć prawdę. Usta jej drżały

lekko, źrenice, unikając mego wzroku, powędrowały w kąt oka. - Nie

kłamałam - rzekła, a usta - jej napęczniały i stały się małe zarazem.

Uczułem, że mnie kokietuje jak kobieta mężczyznę. - Z tymi karakonami to

prawda - sam przecież pamiętasz… - Zmieszałem się. Pamiętałem w

istocie tę inwazję karakonów, ten zalew czarnego rojowiska, które

napełniało ciemność nocną, pajęczą bieganiną. Wszystkie szpary pełne

były drgających wąsów, każda szczelina mogła wystrzelić z nagła

karakonem, z każdego pęknięcia podłogi mogła zlęgnąć się ta czarna

błyskawica, lecąca oszalałym zygzakiem po podłodze. Ach, ten dziki obłęd

popłochu, pisany błyszczącą, czarną linią na tablicy podłogi. Ach, te

krzyki grozy ojca, skaczącego z krzesła na krzesło z dzirytem w ręku.

Nie przyjmując jadła ani napoju, z wypiekami gorączki na twarzy, z

konwulsją wstrętu wrytą dookoła ust, ojciec mój zdziczał zupełnie. Jasne

było, że tego napięcia nienawiści żaden organizm długo wytrzymać nie

może. Straszliwa odraza zamieniała jego twarz w stężałą maskę tragiczną,

w której tylko źrenice, ukryte za dolną powieką, leżały na czatach,

napięte jak cięciwy, w wiecznej podejrzliwości. Z dzikim wrzaskiem

zrywał się nagle z siedzenia, leciał na oślep w kąt pokoju i już

podnosił dziryt, na którym utkwiony ogromny karakon przebierał

rozpaczliwie gmatwaniną swych nóg. Adela przychodziła wówczas blademu ze

zgrozy z pomocą i odbierała lancę wraz z utkwionym trofeum, ażeby ją

utopić w cebrzyku. Już wówczas jednak nie umiałbym był powiedzieć, czy

obrazy te zaszczepiły mi opowiadania Adeli, czy też sam byłem ich

świadkiem. Ojciec mój nie posiadał już wtedy tej siły odpornej, która

zdrowych ludzi broni od fascynacji wstrętu. Zamiast odgraniczyć się do

straszliwej siły atrakcyjnej tej fascynacji, ojciec mój, wydany na łup

szału, wplątywał się w nią coraz bardziej. Smutne skutki nie dały długo

na siebie czekać. Wnet pojawiły się pierwsze podejrzane znaki, które

napełniły nas przerażeniem i smutkiem. Zachowanie ojca zmieniło się.

Szał jego, euforia jego podniecenia przygasła. W ruchach i mimice jęły

się zdradzać znaki złego sumienia. Zaczął nas unikać. Krył się dzień

cały po kątach, w szafach, pod pierzyną… Widziałem go nieraz, jak w

zamyśleniu oglądał własne ręce, badał konsystencję skóry, paznokci, na

których występować zaczęły czarne plamy, jak łuski karakona. W dzień

opierał się jeszcze ostatkami sił, walczył, ale w nocy fascynacja

uderzała nań potężnymi arakami. Widziałem go późną nocą, w świetle

świecy stojącej na podłodze. Mój ojciec leżał na ziemi nagi, popstrzony

czarnymi plamami totemu, pokreślony liniami żeber, fantastycznym

rysunkiem przeświecającej na zewnątrz anatomii, leżał na czworakach,

opętany fascynacją awersji, która go wciągała w głąb swych zawiłych

dróg. Mój ojciec poruszał się wieloczłonkowym, skomplikowanym ruchem

dziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację ceremoniału

karakoniego. Od tego czasu wyrzekliśmy się ojca. Podobieństwo do

karakona występowało z dniem każdym wyraźniej - mój ojciec zamieniał się

w karakona. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego. Widywaliśmy go coraz

rzadziej, całymi tygodniami znikał gdzieś na swych karakonich drogach -

przestaliśmy go odróżniać, zlał się w zupełności z tym czarnym

niesamowitym plemieniem. Kto mógł powiedzieć, czy żył gdzie jeszcze w

jakiej szparze podłogi, czy przebiegał nocami pokoje, zaplątany w afery

karakonie, czy też był może między tymi martwymi owadami, które Adela co

rana znajdowała brzuchem do góry leżące i najeżone nogami i które ze

wstrętem brała na śmietniczkę i wyrzucała? - A jednak - powiedziałem

zdetonowany - jestem pewny, że ten kondor to on. - Matka spojrzała na

mnie spod rzęs: - Nie dręcz mnie, drogi - mówiłam ci już przecież, że

ojciec podróżuje jako komiwojażer po kraju - przecież wiesz, że czasem w

nocy przyjeżdża do domu, ażeby przed świtem jeszcze dalej odjechać.

Tej długiej i pustej zimy obrodziła ciemność w naszym mieście

ogromnym, stokrotnym urodzajem. Zbyt długo snadź nie sprzątano na

strychach i w rupieciarniach, stłaczano garnki na garnkach i flaszki na

flaszkach, pozwalano narastać bez końca pustym bateriom butelek. Tam, w

tych spalonych, wielkobelkowych lasach strychów i dachów ciemność

zaczęła się wyradzać i dziko fermentować. Tam zaczęły się te czarne

sejmy garnków, te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkotliwe

flaszkowania, bulgoty butli i baniek. Aż pewnej nocy wezbrały pod

gontowymi przestworami falangi garnków i flaszek i popłynęły wielkim

stłoczonym ludem na miasto. Strychy, wystrychnięte ze strychów,

rozprzestrzeniały się jedne z drugich i wystrzelały czarnymi szpalerami,

a przez przestronne ich echa przebiegały kawalkady tramów i belek,

lansady drewnianych kozłów, klękających na jodłowe kolana, ażeby

wypadłszy na wolność, napełnić przestwory nocy galopem krokwi i

zgiełkiem płatwi i bantów. Wtedy to wylały się te czarne rzeki, wędrówki

beczek i konwi, i płynęły przez noce. Czarne ich, połyskliwe, gwarne

zbiegowiska oblegały miasto. Nocami mrowił się ten ciemny zgiełk naczyń

i napierał jak armie rozgadanych ryb, niepowstrzymany najazd pyskujących

skopców i bredzących cebrów. Dudniąc dnami, piętrzyły się wiadra, beczki

i konwie, dyndały się gliniane stągwie zdunów, stare kapeluchy i

cylindry dandysów gramoliły się jedna na drugie, rosnąc w niebo

kolumnami, które się rozpadały. I wszystkie kołatały niezgrabnie kołkami

drewnianych języków, mełły nieudolnie w drewnianych gębach bełkot klątw

i obelg, bluźniąc błotem na całej przestrzeni nocy. Aż dobluźniły się,

doklęły swego. Przywołane rechotem naczyń, rozplotkowanym od brzegu do

brzegu, nadeszły wreszcie karawany, nadciągnęły potężne tabory wichru i

stanęły nad nocą. Ogromne obozowisko, czarny ruchomy amfiteatr zstępować

zaczął w potężnych kręgach ku miastu. I wybuchła ciemność ogromną

wzburzoną wichurą i szalała przez trzy dni i trzy noce… - Nie

pójdziesz dziś do szkoły - rzekła rano matka - jest straszna wichura na

dworze. - W pokoju unosił się delikatny welon dymu, pachnący żywicą. Piec

wył i gwizdał, jak gdyby uwiązana w nim była cała sfora psów czy

demonów. Wielki bohomaz, wymalowany na jego pękatym brzuchu, wykrzywiał

się kolorowym grymasem i fantastyczniał wzdętymi policzkami. Pobiegłem

boso do okna. Niebo wydmuchane było wzdłuż i wszerz wiatrami.

Srebrzystobiałe i przestronne, porysowane było w linie sił, natężone do

pęknięcia, w srogie bruzdy, jakby zastygłe żyły cyny i ołowiu.

Podzielone na pola energetyczne i drżące od napięć, pełne było utajonej

dynamiki. Rysowały się w nim diagramy wichury, która sama niewidoczna i

nieuchwytna, ładowała krajobraz potęgą. Nie widziało się jej. Poznawało

się ją po domach, po dachach, w które wjeżdżała jej furia. Jeden po

drugim strychy zdawały się rosnąć i wybuchać szaleństwem, gdy wstępowała

w nie jej siła. Ogałacała place, zostawiała za sobą na ulicach białą

pustkę, zamiatała całe połacie rynku do czysta. Ledwie tu i ówdzie giął

się pod nią i trzepotał, uczepiony węgła domu, samotny człowiek. Cały

plac rynkowy zdawał się wybrzuszać i lśnić pustą łysiną pod jej

potężnymi przelotami. Na niebie wydmuchał wiatr zimne i martwe kolory,

grynszpanowe, żółte i liliowe smugi, dalekie sklepienia i arkady swego

labiryntu. Dachy stały pod tymi niebami czarne i krzywe, pełne

niecierpliwości i oczekiwania. Te, w które wstąpił wicher, wstawały w

natchnieniu, przerastały sąsiednie domy i prorokowały pod rozwichrzonym

niebem. Potem opadały i gasły nie mogąc dłużej zatrzymać potężnego tchu,

który leciał dalej i napełniał cały przestwór zgiełkiem i przerażeniem.

I znów inne domy wstawały z krzykiem, w paroksyzmie jasnowidzenia, i

zwiastowały. Ogromne buki koło kościoła stały z wniesionymi rękami, jak

świadkowie wstrząsających objawień, i krzyczały, krzyczały. Dalej, za

dachami rynku, widziałem dalekie mury ogniowe, nagie ściany szczytowe

przedmieścia. Wspinały się jeden nad drugi i rosły, zesztywniałe z

przerażenia i osłupiałe. Daleki, zimny, czerwony odblask zabarwiał je

późnymi kolorami. Nie jedliśmy tego dnia obiadu, bo ogień w kuchni

wracał kłębami dymu do izby. W pokojach było zimno i pachniało wiatrem.

Około drugiej po południu wybuchł na przedmieściu pożar i rozszerzał się

gwałtownie. Matka z Adelą zaczęły pakować pościel, futra i kosztowności.

Nadeszła noc. Wicher wzmógł się na sile i gwałtowności, rozrósł się

niepomiernie i objął cały przestwór. Już teraz nie nawiedzał domów i

dachów, ale wybudował nad miastem wielopiętrowy, wielokrotny przestwór,

czarny labirynt, rosnący w nieskończonych kondygnacjach. Z tego

labiryntu wystrzelał całymi galeriami pokojów, wyprowadzał piorunem

skrzydła i trakty, toczył z hukiem długie amfilady, a potem dawał się

zapadać tym wyimaginowanym piętrom, sklepieniom i kazamatom i wzbijał

się jeszcze wyżej, kształtując sam bezforemny bezmiar swym natchnieniem.

Pokój drżał z lekka, obrazy na ścianach brzęczały. Szyby lśniły się

tłustym odblaskiem lampy. Firanki na oknie wisiały wzdęte i pełne

tchnienia tej burzliwej nocy. Przypomnieliśmy sobie, że ojca od rana nie

widziano. Wczesnym rankiem, domyślaliśmy się, musiał udać się do sklepu,

gdzie go zaskoczyła wichura, odcinając mu powrót. - Cały dzień nic nie

jadł - biadała matka. Starszy subiekt Teodor podjął się wyprawić w noc i

wichurę, żeby zanieść mu posiłek. Brat mój przyłączył się do wyprawy.

Okutani w wielkie niedwiedzie futra, obciążyli kieszenie żelazkami i

moździerzami, balastem, który miał zapobiec porwaniu ich przez wichurę.

Ostrożnie otworzono drzwi prowadzące w noc. Zaledwie subiekt i brat mój

z wzdętymi płaszczami wkroczyli jedną nogą w ciemność, noc ich połknęła

zaraz na progu domu. Wicher zmył momentalnie ślad ich wyjścia. Nie widać

było przez okno nawet latarki, którą ze sobą zabrali. Pochłonąwszy ich,

wicher na chwilę przycichł. Adela z matką próbowały na nowo rozpalić

ogień pod kuchnią. Zapałki gasły, przez drzwiczki dmuchało popiołem i

sadzą. Staliśmy pod drzwiami i nasłuchiwali. W lamentach wichru dawały

się słyszeć wszelkie głosy, perswazje, nawoływania i gawędy. Zdawało się

nam, że słyszymy wołanie o pomoc ojca zabłąkanego w wichurze, to znowu,

że brat z Teodorem gwarzą beztrosko pod drzwiami. Wrażenie było tak

łudzące, że Adela otworzyła drzwi i w samej rzeczy ujrzała Teodora i

brata mego, wynurzających się z trudem z wichury, w której tkwili po

pachy. Weszli zdyszani do sieni, zaciskając z wysiłkiem drzwi za sobą.

Przez chwilę musieli wesprzeć się o odrzwia, tak silnie szturmował

wicher do bramy. Wreszcie zasunęli rygiel i wiatr pognał dalej.

Opowiadali bezładnie o nocy, o wichurze. Ich futra, nasiąkłe wiatrem,

pachniały teraz powietrzem. Trzepotali powiekami w świetle; ich oczy,

pełne jeszcze nocy, broczyły ciemnością za każdym uderzeniem powiek. Nie

mogli dojść do sklepu, zgubili drogę i ledwo trafili z powrotem. Nie

poznawali miasta, wszystkie ulice były jak przestawione. Matka

podejrzewała, że kłamali. W istocie cała ta scena sprawiała wrażenie,

jakby przez ten kwadrans stali w ciemności pod oknem, nie oddalając się

wcale. A może naprawdę nie było już miasta i rynku, a wicher i noc

otaczały nasz dom tylko ciemnymi kulisami, pełnymi wycia, świstu i

jęków. Może nie było wcale tych ogromnych i żałosnych przestrzeni, które

nam wicher sugerował, może nie było wcale tych opłakanych labiryntów,

tych wielookiennych traktów i korytarzy, na których grał wicher, jak na

długich czarnych fletach. Coraz bardziej umacniało się w nas

przekonanie, że cała ta burza była tylko donkiszoterią nocną, imitującą

na wąskiej przestrzeni kulis tragiczne bezmiary, kosmiczną bezdomność i

sieroctwo wichury. Coraz częściej otwierały się teraz drzwi sieni i

wpuszczały okutanego w opończe i szale gościa. Zziajany sąsiad lub

znajomy wywijał się powoli z chustek, płaszczy i wyrzucał z siebie

zdyszanym głosem opowiadania, urywane bezładne słowa, które

fantastycznie powiększały, kłamliwie przesadzały bezmiar nocy.

Siedzieliśmy wszyscy w jasno oświetlonej kuchni. Za ogniskiem kuchennym

i czarnym, szerokim okapem komina prowadziło parę stopni do drzwi

strychu. Na tych schodkach siedział starszy subiekt Teodor i

nasłuchiwał, jak strych grał od wichru. Słyszał, jak w pauzach wichury

miechy żeber strychowych składały się w fałdy i dach wiotczał i zwisał

jak ogromne płuca, z których uciekł oddech, to znowu nabierał tchu,

nastawiał się palisadami krokwi, rósł jak sklepienia gotyckie,

rozprzestrzeniał się lasem belek, pełnym stokrotnego echa, i huczał jak

pudło ogromnych basów. Ale potem zapominaliśmy o wichurze, Adela tłukła

cynamon w dźwięcznym moździerzu. Ciotka Perazja przyszła w odwiedziny.

Drobna, ruchliwa i pełna zabiegliwości, z koronką czarnego szala na

głowie, zaczęła krzątać się po kuchni, pomagając Adeli. Adela oskubała

koguta. Ciotka Perazja zapaliła pod okapem komina garść papierów i

szerokie płaty płomienia wzlatywały z nich w czarną czeluść. Adela,

trzymając koguta za szyję, uniosła go nad płomień, ażeby opalić na nim

resztę pierza. Kogut zatrzepotał nagle w ogniu skrzydłami, zapiał i

spłonął. Wtedy ciotka Perazja zaczęła się kłócić, kląć i złorzeczyć.

Trzęsąc się ze złości, wygrażała rękami Adeli i matce. Nie rozumiałem, o

co jej chodzi, a ona zacietrzewiała się coraz bardziej w gniewie i stała

się jednym pękiem gestykulacji i złorzeczeń. Zdawało się, że w

paroksyzmie złości rozgestykuluje się na części, że rozpadnie się,

podzieli, rozbiegnie w sto pająków, rozgałęzi się po podłodze czarnym,

migotliwym pękiem oszalałych karakonach biegów. Zamiast tego zaczęła

raptownie maleć, kurczyć się, wciąż roztrzęsiona i rozsypująca się

przekleństwami. Z nagła podreptała, zgarbiona i mała, w kąt kuchni,

gdzie leżały drwa na opał i, klnąc i kaszląc, zaczęła gorączkowo

przebierać wśród dźwięcznych drewien, aż znalazła dwie cienkie, żółte

drzazgi. Pochwyciła je latającymi ze wzburzenia rękami, przymierzyła do

nóg, po czym wspięła się na nie, jak na szczudła, i zaczęła na tych

żółtych kulach chodzić, stukocąc po deskach, biegać tam i z powrotem

wzdłuż skośnej linii podłogi, coraz szybciej i szybciej, potem wbiegła

na ławkę jodłową, kutykając na dudniących deskach, a stamtąd na półkę z

talerzami, dźwięczną, drewnianą półkę obiegającą ściany kuchni, i biegła

po niej, kolankując na szczudłowych kulach, by wreszcie gdzieś w kącie,

malejąc coraz bardziej, sczernieć, zwinąć się jak zwiędły, spalony

papier, zetlić się w płatek popiołu, skruszyć w proch i w nicość.

Staliśmy wszyscy bezradni wobec tej szalejącej furii złości, która sama

siebie trawiła i pożerała. Z ubolewaniem patrzyliśmy na smutny przebieg

tego paroksyzmu i z pewną ulgą wróciliśmy do naszych zajęć, gdy żałosny

ten proces dobiegł swego naturalnego końca. Adela zadzwoniła znowu

moździerzem, tłukąc cynamon, matka ciągnęła dalej przerwaną rozmowę, a

subiekt Teodor, nasłuchując proroctw strychowych, stroił śmieszne

grymasy, podnosił wysoko brwi i śmiał się do siebie.

Każdy wie, że w szeregu zwykłych, normalnych lat

rodzi niekiedy zdziwaczały czas ze swego łona lata inne, lata osobliwe,

lata wyrodne, którym - jak szósty, mały palec u ręki- -wyrasta kędy

trzynasty, fałszywy miesiąc. Mówimy fałszywy, gdyż rzadko dochodzi on do

pełnego rozwoju. Jak dzieci późno spłodzone, pozostaje on w tyle ze

wzrostem, miesiąc garbusek, odrośl w połowie uwiędła i raczej domyślna

niż rzeczywista. Winna jest temu starcza niepowściągliwość lata, jego

rozpustna i późna żywotność. Bywa czasem, że sierpień minie, a stary

gruby pień lata rodzi z przyzwyczajenia jeszcze dalej, pędzi ze swego

próchna te dni-dziczki, dni-chwasty, jałowe i idiotyczne, dorzuca na

dokładkę, za darmo, dni-kaczany, puste i niejadalne - dni białe,

zdziwione i niepotrzebne. Wyrastają one, nieregularne i nierówne, nie

wykształcone i zrośnięte z sobą, jak palce potworkowatej ręki,

pączkujące i zwinięte w figę. Inni porównywają te dni do apokryfów,

wsuniętych potajemnie między rozdziały wielkiej księgi roku, do

palimpsestów, skrycie włączonych pomiędzy jej stronice, albo do tych

białych nie zadrukowanych kartek, na których oczy, naczytane do syta i

pełne treści, broczyć mogą obrazami i gubić kolory na tych pustych

stronicach, coraz bladziej i bladziej, ażeby wypocząć na ich nicości,

zanim wciągnięte zostaną w labirynty nowych przygód i rozdziałów. Ach,

ten stary, pożółkły romans roku, ta wielka, rozpadająca się księga

kalendarza! Leży ona sobie zapomniana gdzie w archiwach czasu, a treść

jej rośnie dalej między okładkami, pęcznieje bez ustanku od gadulstwa

miesięcy, od szybkiego samorództwa blagi, od bajania i marzeń, które się

w niej mnożą. Ach, i spisując te nasze opowiadania, szeregując te

historie o moim ojcu na zużytym marginesie jej tekstu, czy nie oddaję

się tajnej nadziei, że wrosną one kiedy niepostrzeżenie między zżółkłe

kartki tej najwspanialszej, rozsypującej się księgi, że wejdą w wielki

szelest jej stronic, który je pochłonie? To, o czym tu mówić będziemy,

działo się tedy w owym trzynastym, nadliczbowym i niejako fałszywym

miesiącu tego roku, na tych kilkunastu pustych kartkach wielkiej kroniki

kalendarza. Ranki były podówczas dziwnie cierpkie i orzeźwiające. Po

uspokojonym i chłodniejszym tempie czasu, po nowym całkiem zapachu

powietrza, po odmiennej konsystencji światła poznać było, że weszło się

w inną serię dni, w nową okolicę Bożego Roku. Głos drżał pod tymi nowymi

niebami dźwięcznie i świeżo jak w nowym jeszcze i pustym mieszkaniu,

pełnym zapachu lakieru, farb, rzeczy zaczętych i nie wypróbowanych. Z

dziwnym wzruszeniem próbowało się nowego echa, napoczynało się je z

ciekawością, jak w chłodny i trzeźwy poranek babkę do kawy w przeddzień

podróży. Ojciec mój siedział znowu w tylnym kontuarze sklepu, w małej,

sklepionej izbie, pokratkowanej jak ul w wielokomórkowe registratury i

łuszczącej się bez końca warstwami papieru, listów i faktur. Z szelestu

arkuszy, z nieskończonego kartkowania papierów wyrastała kratkowana i

pusta egzystencja tego pokoju, z nieustannego przekładania plików

odnawiała się w powietrzu z niezliczonych nagłówków firmowych apoteoza w

formie miasta fabrycznego, widzianego z lotu ptaka, najeżonego dymiącymi

kominami, otoczonego rzędami medali i ujętego w wywijasy i zakręty

pompatycznych et i Comp. Tam siedział ojciec, jak w ptaszarni, na

wysokim stołku, a gołębniki registratur szeleściły plikami papierów i

wszystkie gniazda i dziuple pełne były świergotu cyfr. Głąb wielkiego

sklepu ciemniała i wzbogacała się z dnia na dzień zapasami sukna,

szewiotów, aksamitów i kortów. W ciemnych półkach, tych spichrzach i

lamusach chłodnej, pilśniowej barwności, procentowała stokrotnie ciemna,

odstała korowość rzeczy, mnożył się i sycił potężny kapitał jesieni. Tam

rósł i ciemniał ten kapitał i rozsiadał się coraz szerzej na półkach,

jak na galeriach jakiego wielkiego teatru, uzupełniając się jeszcze i

pomnażając każdego rana nowymi ładunkami towaru, który w skrzyniach i

pakach wraz z rannym chłodem wnosili na niedwiedzich barach stękający,

brodaci tragarze w oparach świeżości jesiennej i wódki. Subiekci

wyładowywali te nowe zapasy sycących bławatnych kolorów i wypełniali

nimi, kitowali starannie wszystkie szpary i luki wysokich szaf. Był to

rejestr olbrzymi wszelakich kolorów jesieni, ułożony warstwami,

usortowany odcieniami, idący w dół i w górę, jak po dźwięcznych

schodach, po gamach wszystkich oktaw barwnych. Zaczynał się u dołu i

próbował jękliwie i nieśmiało altowych spełzłości i półtonów,

przechodził potem do spłowiałych popiołów dali, do gobelinowych błękitów

i rosnąc ku górze coraz szerszymi akordami, dochodził do ciemnych

granatów, do indyga lasów dalekich i do pluszu parków szumiących, ażeby

potem poprzez wszystkie ochry, sangwiny, rudości i sepie wejść w

szelestny cień więdnących ogrodów i dojść do ciemnego zapachu grzybów,

do tchnienia próchna w głębiach nocy jesiennej i do głuchego

akompaniamentu najciemniejszych basów. Ojciec mój szedł wzdłuż tych

arsenałów sukiennej jesieni i uspokajał i uciszał te masy, ich

wzbierającą moc, spokojną potęgę Pory. Chciał jak najdłużej utrzymać w

całości te rezerwy zamagazynowanej barwności. Bał się łamać, wymieniać

na gotówkę ten fundusz żelazny jesieni. Ale wiedział, czuł, że przyjdzie

czas i wicher jesienny, pustoszący i ciepły wicher, powieje nad tymi

szafami i wtedy puszczą one i nic nie zdoła powstrzymać ich wylewu, tych

strumieni kolorowości, którymi wybuchną na miasto całe. Przychodziła

pora Wielkiego Sezonu. Ożywiały się ulice. O szóstej godzinie po

południu miasto zakwitało gorączką, domy dostawały wypieków, a ludzie

wędrowali ożywieni jakimś wewnętrznym ogniem, naszminkowani i ubarwieni

jaskrawo, z oczyma błyszczącymi jaką odświętną, piękną i złą febrą. Na

bocznych uliczkach, w cichych zaułkach, uchodzących już w wieczorną

dzielnicę, miasto było puste. Tylko dzieci bawiły się na placykach pod

balkonami, bawiły się bez tchu, hałaśliwie i niedorzecznie. Przykładały

małe pęcherzyki do ust, ażeby wydmuchać je i naindyczyć się nagle

jaskrawo w wielkie, gulgocące, rozpluskane narośle albo wykogucić się w

głupią kogucią maskę, czerwoną i piejącą, w kolorowe jesienne maszkary

fantastyczne i absurdalne. Zdawało się, że tak nadęte i piejące wzniosą

się w powietrze długimi kolorowymi łańcuchami i jak jesienne klucze

ptaków przeciągać będą nad miastem - fantastyczne flotylle z bibułki i

pogody jesiennej. Albo woziły się wśród krzyków na małych zgiełkliwych

wózkach, grających kolorowym turkotem kółek, szprych i dyszli. Wózki

zjeżdżały naładowane ich krzykiem i staczały się w dół ulicy aż do nisko

rozlanej, żółtej rzeczki wieczornej, gdzie rozpadały się na gruz

krążków, kołków i patyczków. I podczas gdy zabawy dzieci stawały się

coraz bardziej hałaśliwe i splątane, wypieki miasta ciemniały i

zakwitały purpurą, nagle świat cały zaczynał więdnąć i czernieć i szybko

wydzielał się zeń majaczliwy zmierzch, którym zarażały się wszystkie

rzeczy. Zdradliwie i jadowicie szerzyła się ta zaraza zmierzchu wokoło,

szła od rzeczy do rzeczy, a czego dotknęła, to wnet butwiało, czerniało,

rozpadało się w próchno. Ludzie uciekali przed zmierzchem w cichym

popłochu i naraz dosięgał ich ten trąd, i wysypywał się ciemną wysypką

na czole, i tracili twarze, które odpadały wielkimi, bezkształtnymi

plamami, i szli dalej, już bez rysów, bez oczu, gubiąc po drodze maskę

po masce, tak że zmierzch roił się od tych larw porzuconych, sypiących

się za ich ucieczką. Potem zaczynało wszystko zarastać czarną,

próchniejącą korą, łuszczącą się wielkimi płatami, chorymi strupami

ciemności. A gdy w dole wszystko rozprzęgło się i szło wniwecz w tej

cichej zamieszce, w panice prędkiego rozkładu, w górze utrzymywał się i

rósł coraz wyżej milczący alarm zorzy, drgający świergotem miliona

cichych dzwonków, wzbierających wzlotem miliona cichych skowronków

lecących razem w jedną wielką, srebrną nieskończoność. Potem była już

nagle noc - wielka noc, rosnąca jeszcze podmuchami wiatru, które ją

rozszerzały. W jej wielokrotnym labiryncie wyłupane były gniazda jasne:

sklepy - wielkie, kolorowe latarnie, pełne spiętrzonego towaru i zgiełku

kupujących. Przez jasne szyby tych latarni można było śledzić zgiełkliwy

i pełen dziwacznego ceremoniału obrzęd zakupów jesiennych. Ta wielka,

fałdzista noc jesienna, rosnąca cieniami, rozszerzona wiatrami, kryła w

swych ciemnych fałdach jasne kieszenie, woreczki z kolorowym

drobiazgiem, z pstrym towarem czekoladek, keksów, kolonialnej

pstrokacizny. Te budki i kramiki, sklecone z pudełek po cukrach,

wytapetowane jaskrawo reklamami czekolad, pełne mydełek, wesołej

tandety, złoconych błahostek, cynfolii, trąbek, andrutów i kolorowych

miętówek, były stacjami lekkomyślności, grzechotkami beztroski,

rozsianymi na wiszarach ogromnej, labiryntowej, rozłopotanej wiatrami

nocy. Wielkie i ciemne tłumy płynęły w ciemności, w hałaśliwym

zmieszaniu, w szurgocie tysięcy nóg, w gwarze tysięcy ust - rojna,

splątana wędrówka, ciągnąca arteriami jesiennego miasta. Tak płynęła ta

rzeka, pełna gwaru, ciemnych spojrzeń, chytrych łypnięć, pokawałkowana

rozmową, posiekana gawędą, wielka miazga plotek, śmiechów i zgiełku.

Zdawało się, że to ruszyły tłumami jesienne, suche makówki sypiące

makiem - głowy-grzechotki, ludzie-kołatki. Mój ojciec chodził

zdenerwowany i kolorowy od wypieków, z błyszczącymi oczyma, w jasno

oświetlonym sklepie, i nasłuchiwał. Przez szyby wystawy i portalu

dochodził tu z daleka szum miasta, stłumiony gwar płynącej ciżby. Nad

ciszą sklepu płonęła jasno lampa naftowa, zwisająca z wielkiego

sklepienia, i wypierała najmniejszy ślad cienia z wszystkich szpar i

zakamarków. Pusta, wielka podłoga trzaskała w ciszy i liczyła w tym

świetle wzdłuż i wszerz swe błyszczące kwadraty, szachownicę wielkich

tafli, które rozmawiały ze sobą w ciszy trzaskami, odpowiadały sobie to

tu, to tam głośnym pęknięciem. Za to sukna leżały ciche, bez głosu, w

swej pilśniowej puszystości i podawały sobie wzdłuż ścian spojrzenia za

plecami ojca, wymieniały od szafy do szafy ciche znaki porozumiewawcze.

Ojciec nasłuchiwał. Jego ucho zdawało się w tej ciszy nocnej wydłużać i

rozgałęziać poza okno: fantastyczny koralowiec, czerwony polip falujący

w mętach nocy. Nasłuchiwał i słyszał. Słyszał z rosnącym niepokojem

daleki przypływ tłumów, które nadciągały. Rozglądał się z przerażeniem

po pustym sklepie. Szukał subiektów. Ale ci ciemni i rudzi aniołowie

dokądś odlecieli. Pozostał on sam tylko, w trwodze przed tłumami, które

wnet miały zalać ciszę sklepu plądrującą hałaśliwą rzeszą i rozebrać

między siebie, rozlicytować całą tę bogatą jesień, od lat zbieraną w

wielkim zacisznym spichlerzu. Gdzie byli subiekci? Gdzie były te

urodziwe cheruby, mające bronić ciemnych, sukiennych szańców? Ojciec

podejrzewał bolesną myślą, że oto grzeszą gdzie w głębi domu z córami

ludzi. Stojąc nieruchomy i pełen troski, z błyszczącymi oczyma w jasnej

ciszy sklepu, czuł wewnętrznym słuchem, co działo się w głębi domu, w

tylnych komorach wielkiej kolorowej tej latarni. Dom otwierał się przed

nim, izba za izbą, komora za komorą, jak dom z kart, i widział gonitwę

subiektów za Adelą przez wszystkie puste i jasno oświetlone pokoje,

schodami na dół, schodami do góry, aż wymknęła się im i wpadła do jasnej

kuchni, gdzie zabarykadowała się kuchennym kredensem. Tam stała

zdyszana, błyszcząca i rozbawiona, trzepocąca z uśmiechem wielkimi

rzęsami. Subiekci chichotali, przykucnięci pode drzwiami. Okno kuchni

otwarte było na wielką, czarną noc, pełną rojeń i splątania. Czarne,

uchylone szyby płonęły refleksem dalekiej iluminacji. Błyszczące garnki

i butle stały nieruchomo dokoła i lśniły w ciszy tłustą polewą. Adela

wychylała ostrożnie przez okno swą kolorową, uszminkowaną twarz z

trzepoczącymi oczyma. Szukała subiektów na ciemnym podwórzu, pewna ich

zasadzki. I oto ujrzała ich, jak wędrowali ostrożnie, gęsiego, po wąskim

gzymsie podokiennym wzdłuż ściany piętra, czerwonej odblaskiem dalekiej

iluminacji, i skradali się do okna. Ojciec krzyknął z gniewu i rozpaczy,

ale w tej chwili gwar głosów stał się całkiem bliski i nagle jasne okna

sklepu zaludniły się bliskimi twarzami, wykrzywionymi śmiechem,

rozgadanymi twarzami, które płaszczyły nosy na lśniących szybach. Ojciec

stał się purpurowy ze wzburzenia i wskoczył na ladę. I kiedy tłum

szturmem zdobywał tę twierdzę i wkraczał hałaśliwą ciżbą do sklepu,

ojciec mój jednym skokiem wspiął się na półki z suknem i, uwisły wysoko

nad tłumem, dął z całej siły w wielki puzon z rogu i trąbił na alarm.

Ale sklepienie nie napełniło się szumem aniołów, śpieszących na pomoc, a

zamiast tego każdemu jękowi trąby odpowiadał wielki, roześmiany chór

tłumu. - Jakubie, handlować! Jakubie, sprzedawać! - wołali wszyscy, a

wołanie to, wciąż powtarzane, rytmizowało się w chórze i przechodziło

powoli w melodię refrenu, śpiewaną przez wszystkie gardła. Wtedy mój

ojciec dał za wygraną, zeskoczył z wysokiego gzymsu i ruszył z krzykiem

ku barykadom sukna. Wyolbrzymiony gniewem, z głową spęczniałą w pięść

purpurową, wbiegł, jak walczący prorok, na szańce sukienne i jął

przeciwko nim szaleć. Wpierał się całym ciałem w potężne bale wełny i

wyważał je z osady, podsuwał się pod ogromne postawy sukna i unosił je

na ladę z głuchym łomotem. Bale leciały rozwijając się z łopotem w

powietrzu w ogromne chorągwie, półki wybuchały zewsząd wybuchami

draperii, wodospadami sukna, jak pod uderzeniem Mojżeszowej laski. Tak

wylewały się zapasy szaf, wymiotowały gwałtownie, płynęły szerokimi

rzekami. Wypływała barwna treść półek, rosła, mnożyła się i zalewała

wszystkie lady i stoły. Ściany sklepu znikły pod potężnymi formacjami

tej sukiennej kosmogonii, pod tymi pasmami górskimi, piętrzącymi się w

potężnych masywach. Otwierały się szerokie doliny wśród zboczy górskich

i wśród szerokiego patosu wyżyn grzmiały linie kontynentów. Przestrzeń

sklepu rozszerzyła się w panoramę jesiennego krajobrazu, pełną jezior i

dali, a na tle tej scenerii ojciec wędrował wśród fałd i dolin

fantastycznego Kanaanu, wędrował wielkimi krokami, z rękoma

rozkrzyżowanymi proroczo w chmurach, i kształtował kraj uderzeniami

natchnienia. A u dołu, u stóp tego Synaju, wyrosłego z gniewu ojca,

gestykulował lud, złorzeczył i czcił Baala, i handlował. Nabierali pełne

ręce miękkich fałd, drapowali się w kolorowe sukna, owijali się w

zaimprowizowane domina i płaszcze i gadali bezładnie a obficie. Mój

ojciec wyrastał nagle nad tymi grupami kupczących wydłużony gniewem, i

gromił z wysoka bałwochwalców potężnym słowem. Potem, ponoszony

rozpaczą, wspinał się na wysokie galerie szaf, biegł obłędnie po bantach

półek, po dudniących deskach ogołoconych rusztowań, ścigany przez obrazy

bezwstydnej rozpusty, którą przeczuwał za plecami w głębi domu. Subiekci

dosięgli właśnie żelaznego balkonu na wysokości okna i wczepieni w

balustradę, pochwycili wpół Adelę i wyciągnęli ją przez okno,

trzepocącą. oczyma i wlokącą za sobą smukłe nogi w jedwabnych

pończochach. Gdy ojciec mój, przerażony ohydą grzechu, wrastał gniewem

swych gestów w grozę krajobrazu, w dole beztroski lud Baala oddawał się

wyuzdanej wesołości. Jaka parodystyczna pasja, jaka zaraza śmiechu

opanowała tę gawiedź. Jakże można było żądać powagi od nich, od tego

ludu kołatek i dziadków do orzechów! Jak można było żądać zrozumienia

dla wielkich trosk ojca od tych młynków, mielących bezustannie kolorową

miazgę słów! Głusi na gromy proroczego gniewu, przykucali ci handlarze w

jedwabnych bekieszach małymi kupkami dookoła sfałdowanych gór materii,

rozstrząsając gadatliwie wśród śmiechu zalety towaru. Ta czarna giełda

roznosiła na swych prędkich językach szlachetną substancję krajobrazu,

rozdrabniała ją siekaniną gadania i połykała niemal. Gdzie indziej stały

grupy Żydów w kolorowych chałatach, w wielkich futrzanych kołpakach

przed wysokimi wodospadami jasnych materii. Byli to mężowie Wielkiego

Zgromadzenia, dostojni i pełni namaszczenia panowie, gładzący długie,

pielęgnowane brody i prowadzący wstrzemięźliwe i dyplomatyczne rozmowy.

Ale i w tej ceremonialnej konwersacji, w spojrzeniach, które wymieniali

był błysk uśmiechniętej ironii. Wśród tych grup przewijał się pospolity

lud, bezpostaciowy tłum, gawiedź bez twarzy i indywidualności. Wypełniał

on niejako luki w krajobrazie, wyścielał tło dzwonkami i grzechotkami

bezmyślnego gadania. Był to element błazeński, roztańczony tłum

poliszynelów i arlekinów, który - sam bez poważnych intencyj handlowych

- doprowadzał do absurdu gdzieniegdzie nawiązujące się transakcje swymi

błazeńskimi figlami. Stopniowo jednak, znudzony błaznowaniem, wesoły ten

ludek rozpraszał się w dalszych okolicach krajobrazu i tam powoli gubił

się wród skalnych załomów i dolin. Prawdopodobnie jeden po drugim

zapadały się te wesołki gdzieś w szczeliny i fałdy terenu, jak dzieci

zmęczone zabawą po kątach i zakamarkach mieszkania w noc balową.

Tymczasem ojcowie miasta, mężowie Wielkiego Synhedrionu, przechadzali

się w grupach pełnych powagi i godności i prowadzili ciche, głębokie

dysputy. Rozszedłszy się po całym, owym wielkim górzystym kraju,

wędrowali po dwóch, po trzech na dalekich i krętych drogach. Małe i

ciemne ich sylwety zaludniały całą tę pustynną wyżynę, nad którą zwisło

ciężkie i ciemne niebo, sfałdowane i chmurne, poorane w długie

równoległe bruzdy, w srebrne i białe skiby, ukazujące w głębi coraz

dalsze pokłady swego uwarstwienia. Światło lampy stwarzało sztuczny

dzień w owej krainie - dzień dziwny, dzień bez świtu i wieczoru. Ojciec

mój uspokajał się powoli. Gniew jego układał się i zastygał w pokładach

i warstwach krajobrazu. Siedział teraz na galeriach wysokich półek i

patrzył w jesienniejący, rozległy kraj. Widział, jak na dalekich

jeziorach odbywał się połów ryb. W maleńkich łupinkach łódek siedziało

po dwóch rybaków, zapuszczając sieci w wodę. Na brzegach chłopcy

dźwigali na głowach kosze, pełne trzepocącego się, srebrnego połowu.

Wówczas to dostrzegł, jak grupy wędrowców w oddali zadzierały głowy ku

niebu, wskazując coś wzniesionymi rękami. I wnet zaroiło się niebo jakąś

kolorową wysypką, osypało się falującymi plamami, które rosły,

dojrzewały i wnet napełniły przestworze dziwnym ludem ptaków, krążących

i kołujących w wielkich, krzyżujących się spiralach. Całe niebo

wypełniło się ich wzniosłym lotem, łopotem skrzydeł, majestatycznymi

liniami cichych bujań. Niektóre z nich jak ogromne bociany płynęły

nieruchomo na spokojnie rozpostartych skrzydłach, inne, podobne do

kolorowych pióropuszów, do barbarzyńskich trofeów, trzepotały ciężko i

niezgrabnie, ażeby utrzymać się na falach ciepłej aury; inne wreszcie,

nieudolne konglomeraty skrzydeł, potężnych nóg i oskubanych szyj,

przypominały źle wypchane sępy i kondory, z których wysypują się

trociny. Były między nimi ptaki dwugłowe, ptaki wieloskrzydłe, były też

i kaleki, kulejące w powietrzu jednoskrzydłym, niedołężnym lotem. Niebo

stało się podobne do starego fresku, pełnego dziwolągów i fantastycznych

zwierząt, które krążyły, wymijały się i znów wracały w kolorowych

elipsach. Mój ojciec podniósł się na bantach, oblany nagłym blaskiem,

wyciągnął ręce, przyzywając ptaki starym zaklęciem. Poznał je, pełen

wzruszenia. Było to dalekie, zapomniane potomstwo tej ptasiej generacji,

którą ongi Adela rozpędziła na wszystkie strony nieba. Wracało teraz,

zwyrodniałe i wybujałe, to sztuczne potomstwo, to zdegenerowane plemię

ptasie, zmarniałe wewnętrznie. Wystrzelone głupio wzrostem, wyogromnione

niedorzecznie, było wewnątrz puste i bez życia. Cała żywotność tych

ptaków przeszła w upierzenie, wybujała w fantastyczność. Było to jakby

muzeum wycofanych rodzajów, rupieciarnia Raju ptasiego. Niektóre latały

na wznak, miały ciężkie, niezgrabne dzioby, podobne do kłódek i zamków,

obciążone kolorowymi naroślami, i były ślepe. Jakże wzruszył ojca ten

powrót niespodziany, jakże zdumiewał się nad instynktem ptasim, nad tym

przywiązaniem do Mistrza, które wygnany ów ród piastował jak legendę w

duszy, ażeby wreszcie po wielu generacjach, w ostatnim dniu przed

wygaśnięciem plemienia pociągnąć z powrotem w pradawną ojczyznę. Ale te

papierowe, ślepe ptaki nie mogły już poznać ojca. Na darmo wołał na nie

dawnym zaklęciem, zapomnianą mową ptasią, nie słyszały go i nie

widziały. Nagle zagwizdały kamienie w powietrzu. To wesołki, głupie i

bezmyślne plemię, jęły celować pociskami w fantastyczne niebo ptasie. Na

darmo ojciec ostrzegał, na darmo groził zaklinającymi gestami, nie

dosłyszano go, nie dostrzeżono. I ptaki spadały. Ugodzone pociskiem,

obwisały ciężko i więdły już w powietrzu. Nim doleciały do ziemi, były

już bezforemną kupą pierza. W mgnieniu oka pokryła się wyżyna tą dziwną,

fantastyczną padliną. Zanim ojciec dobiegł do miejsca rzezi, cały ten

świetny ród ptasi już leżał martwy, rozciągnięty na skałach. Teraz

dopiero, z bliska, mógł ojciec obserwować całą lichotę tej zubożałej

generacji, całą śmiesznoć jej tandetnej anatomii. Były to ogromne

wiechcie piór, wypchane byle jak starym ścierwem. U wielu nie można było

wyróżnić głowy, gdyż pałkowata ta część ciała nie nosiła żadnych znamion

duszy. Niektóre pokryte były kudłatą, zlepioną sierścią, jak żubry, i

śmierdziały wstrętnie. Inne przypominały garbate, łyse, zdechłe


Back to IndexNext