PAN KAROL

Po południu w sobotę mój wuj, Karol, wdowiec słomiany,

wybierał się pieszo do letniska, oddalonego o godzinę drogi od miasta,

do żony i dzieci, które tam na wywczasach bawiły. Od czasu wyjazdu żony

mieszkanie było nie sprzątane, łóżko nie zaścielane nigdy. Pan Karol

przychodził do mieszkania późną nocą, sponiewierany, spustoszony przez

nocne pohulanki, przez które go wlokły te dni upalne i puste. Zmięta,

chłodna, dziko rozrzucona pościel była dlań wówczas jakąś błogą

przystanią, wyspą zbawczą, do której przypadał ostatkiem sił jak

rozbitek, miotany wiele dni i nocy przez wzburzone morze. Omackiem, w

ciemności zapadał się gdzieś między białawe chmury, pasma i zwały

chłodnego pierza i spał tak w niewiadomym kierunku, na wspak, głową na

dół, wbity ciemieniem w puszysty miąższ pościeli, jak gdyby chciał we

śnie przewiercić, przewędrować na wskroś te rosnące nocą, potężne masywy

pierzyn. Walczył we śnie z tą pościelą, jak pływak z wodą, ugniatał ją i

miesił ciałem, jak ogromną dzieżę ciasta, w którą się zapadał, i budził

się o szarym świcie zdyszany, oblany potem, wyrzucony na brzeg tego

stosu pościeli, którego zmóc nie mógł w ciężkich zapasach nocnych. Tak

na wpół wyrzucony z toni snu, wisiał przez chwilę nieprzytomny na

krawędzi nocy, chwytając piersiami powietrze, a pościel rosła dokoła

niego, puchła i nakisała - i zarastała go znowu zwałem ciężkiego,

białawego ciasta. Spał tak do późnego przedpołudnia, podczas gdy

poduszki układały się w wielką, białą, płaską równinę, po której

wędrował uspokojony sen jego. Tymi białymi gościńcami powracał powoli do

siebie, do dnia, do jawy - i wreszcie otwierał oczy, jak śpiący pasażer,

gdy pociąg zatrzymuje się na stacji. W pokoju panował odstały półmrok z

osadem wielu dni samotności i ciszy. Tylko okno kipiało od rannego

rojowiska much i story płonęły jaskrawo. Pan Karol wyziewał ze swego

ciała, z głębi jam cielesnych, resztki dnia wczorajszego. To ziewanie

chwytało go tak konwulsyjnie, jak gdyby chciało go odwrócić na nice. Tak

wyrzucał z siebie ten piasek, te ciężary - nie strawione restancje dnia

wczorajszego. Ulżywszy sobie w ten sposób, i swobodniejszy, wciągał do

notesu wydatki, kalkulował, obliczał i marzył. Potem leżał długo

nieruchomy, z szklanymi oczyma, które były koloru wody, wypukłe i

wilgotne. W wodnistym półmroku pokoju, rozjaśnionym refleksem dnia

upalnego za storami, oczy jego jak maleńkie lusterka odbijały wszystkie

błyszczące przedmioty: białe plamy słońca w szparach okna, złoty

prostokąt stor, i powtarzały, jak kropla wody, cały pokój z ciszą

dywanów i pustych krzeseł. Tymczasem dzień za storami huczał coraz

płomienniej bzykaniem much oszalałych od słońca. Okno nie mogło

pomieścić tego białego pożaru i story omdlewały od jasnych falowań.

Wtedy wywlekał się z pościeli i siedział jeszcze jaki czas na łóżku,

stękając bezwiednie. Jego trzydziestokilkoletnie ciało zaczynało

skłaniać się do korpulencji. W tym organizmie, nabrzmiewającym

tłuszczem, znękanym od nadużyć płciowych, ale wciąż wzbierającym bujnymi

sokami, zdawał się teraz zwolna dojrzewać w tej ciszy jego przyszły los.

Gdy tak siedział w bezmyślnym, wegetatywnym osłupieniu, cały zamieniony

w krążenie, w respirację, w głębokie pulsowanie soków, rosła w głębi

jego ciała, spoconego i pokrytego włosem w rozlicznych miejscach, jakaś

nieświadoma, nie sformułowana przyszłość, niby potworna narośl,

wyrastająca fantastycznie w nieznaną dymensję. Nie przerażał się jej,

gdyż czuł już swoją tożsamoć z tym niewiadomym a ogromnym, które miało

nadejść, i rósł razem z nim bez sprzeciwu, w dziwnej zgodzie, zdrętwiały

spokojną grozą, odpoznając przyszłego siebie w tych kolosalnych

wykwitach, w tych fantastycznych spiętrzeniach, które przed jego

wzrokiem wewnętrznym dojrzewały. Jedno jego oko lekko wtedy zbaczało na

zewnątrz, jak gdyby odchodziło w inny wymiar. Potem z tych bezmyślnych

otumanieni z tych zatraconych dali powracał znów do siebie i do chwili;

widział swe stopy na dywanie, tłuste i delikatne jak u kobiety, i powoli

wyjmował złote spinki z mankietów dziennej koszuli. Potem szedł do

kuchni i znajdował tam w cienistym kącie wiaderko z wodą, krążek

cichego, czujnego zwierciadła, które nań tam czekało - jedyna żywa i

wiedząca istota w tym pustym mieszkaniu. Nalewał do miednicy wody i

kosztował skórą jej młodej i odstałej, słodkawej mokrości. Długo i

starannie robił toaletę, nie spiesząc się i włączając pauzy między

poszczególne manipulacje. To mieszkanie, puste i zapuszczone, nie

uznawało go, te meble i ściany śledziły za nim z milczącą krytyką. Czuł

się, wchodząc w ich ciszę, jak intruz w tym podwodnym, zatopionym

królestwie, w którym płynął inny, odrębny czas. Otwierając własne

szuflady, miał uczucie złodzieja i chodził mimo woli na palcach, bojąc

się obudzić hałaśliwe i nadmierne echo, czekające drażliwie na

najlżejszą przyczynę, by wybuchnąć. A gdy wreszcie, idąc cicho od szafy

do szafy, znajdował kawałek po kawałku wszystko potrzebne i kończył

toaletę wśród tych mebli, które tolerowały go w milczeniu, z nieobecną

miną, i wreszcie był gotów, to stojąc na odejściu z kapeluszem w ręku,

czuł się zażenowany, że i w ostatniej chwili nie mógł znaleźć słowa,

które by rozwiązało to wrogie milczenie, i odchodził ku drzwiom

zrezygnowany, zwolna, ze spuszczoną głową - gdy w przeciwną stronę

oddalał się tymczasem bez pośpiechu - w głąb zwierciadła - ktoś

odwrócony na zawsze plecami - przez pustą amfiladę pokojów, które nie

istniały.

W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętych

z obu stron, od poranku i od wieczora, w futrzane krawędzie zmierzchów,

gdy miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowych nocy, z

trudem przywoływane przez krótki świt do opamiętania, do powrotu -

ojciec mój był już zatracony, zaprzedany, zaprzysiężony tamtej sferze.

Twarz jego i głowa zarastały wówczas bujnie i dziko siwym włosem,

sterczącym nieregularnie wiechciami, szczecinami, długimi pędzlami,

strzelającymi z brodawek, z brwi, z dziurek od nosa - co nadawało jego

fizjonomii wygląd starego, nastroszonego lisa. Węch jego i słuch

zaostrzał się niepomiernie i znać było po grze jego milczącej i napiętej

twarzy, że za pośrednictwem tych zmysłów pozostaje on w ciągłym

kontakcie z niewidzialnym światem ciemnych zakamarków, dziur mysich,

zmurszałych przestrzeni pustych pod podłogą i kanałów kominowych.

Wszystkie chroboty, trzaski nocne, tajne, skrzypiące życie podłogi miały

w nim nieomylnego i czujnego dostrzegacza, szpiega i współspiskowca.

Absorbowało go to w tym stopniu, że pogrążał się zupełnie w tej

niedostępnej dla nas sferze, z której nie próbował zdawać nam sprawy.

Nieraz musiał strzepywać palcami i śmiać się cicho do siebie samego, gdy

te wybryki niewidzialnej sfery stawały się zbyt absurdalne; porozumiewał

się wówczas spojrzeniem z naszym kotem, który również wtajemniczony w

ten świat, podnosił swą cyniczną, zimną, porysowaną pręgami twarz,

mrużąc z nudów i obojętnoci skośne szparki oczu. Zdarzało się podczas

obiadu, że wśród jedzenia odkładał nagle nóż i widelec i z serwetą

zawiązaną pod szyją podnosił się kocim ruchem, skradał na brzuścach

palców do drzwi sąsiedniego, pustego pokoju i z największą ostrożnością

zaglądał przez dziurkę od klucza. Potem wracał do stołu, jakby

zawstydzony, z zakłopotanym uśmiechem, wśród mruknięć i niewyraźnych

mamrotań, odnoszących się do wewnętrznego monologu, w którym był

pogrążony. Ażeby mu sprawić pewną dystrakcję i oderwać go od

chorobliwych dociekań, wyciągała go matka na wieczorne spacery, na które

szedł, milcząc, bez oporu, ale i bez przekonania, roztargniony i

nieobecny duchem. Raz nawet poszliśmy do teatru. Znaleźliśmy się znowu w

tej wielkiej, źle oświetlonej i brudnej sali, pełnej sennego gwaru

ludzkiego i bezładnego zamętu. Ale gdy przebrnęliśmy przez ciżbę ludzką,

wynurzyła się przed nami olbrzymia bladoniebieska kurtyna, jak niebo

jakiegoś innego firmamentu. Wielkie, malowane maski różowe, z wydętymi

policzkami, nurzały się w ogromnym płóciennym przestworzu. To sztuczne

niebo szerzyło się i płynęło wzdłuż i w poprzek, wzbierając ogromnym

tchem patosu i wielkich gestów, atmosferą tego świata sztucznego i

pełnego blasku, który budował się tam, na dudniących rusztowaniach

sceny. Dreszcz płynący przez wielkie oblicze tego nieba, oddech

ogromnego płótna, od którego rosły i ożywały maski, zdradzał

iluzoryczność tego firmamentu, sprawiał to drganie rzeczywistości, które

w chwilach metafizycznych odczuwamy jako migotanie tajemnicy. Maski

trzepotały czerwonymi powiekami, kolorowe wargi szeptały coś bezgłośnie

i wiedziałem, że przyjdzie chwila, kiedy napięcie tajemnicy dojdzie do

zenitu i wtedy wezbrane niebo kurtyny pęknie naprawdę, uniesie się i

ukaże rzeczy niesłychane i olśniewające. Lecz nie było mi dane doczekać

tej chwili, albowiem tymczasem ojciec zaczął zdradzać pewne oznaki

zaniepokojenia, chwytał się za kieszenie i wreszcie oświadczył, że

zapomniał portfelu z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Po krótkiej

naradzie z matką, w której uczciwość Adeli została poddana pospiesznej,

ryczałtowej ocenie, zaproponowano mi, żebym wyruszył do domu na

poszukiwanie portfelu. Zdaniem matki do rozpoczęcia widowiska było

jeszcze wiele czasu i przy mojej zwinności mogłem na czas powrócić.

Wyszedłem w noc zimową, kolorową od iluminacji nieba. Była to jedna z

tych jasnych nocy, w których firmament gwiezdny jest tak rozległy i

rozgałęziony, jakby rozpadł się, rozłamał i podzielił na labirynt

odrębnych niebios, wystarczających do obdzielenia całego miesiąca nocy

zimowych i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami wszystkich

ich nocnych zjawisk, przygód, awantur i karnawałów. Jest lekkomyślnością

nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną i

pilną, albowiem w jej półświetle zwielokrotniają się, plączą i

wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak

rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne.

Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo

dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i nazwę, a

noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak

dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji. Te kuszenia nocy

zimowych zaczynają się zazwyczaj niewinnie od chętki skrócenia sobie

drogi, użycia niezwykłego lub prędszego przejścia. Powstają ponętne

kombinacje przecięcia zawiłej wędrówki jakąś nie wypróbowaną przecznicą.

Ale tym razem zaczęło się inaczej. Uszedłszy parę kroków, spostrzegłem,

że jestem bez płaszcza. Chciałem zawrócić, lecz po chwili wydało mi się

to niepotrzebną stratą czasu, gdyż noc nie była wcale zimna, przeciwnie

- pożyłkowana strugami dziwnego ciepła, tchnieniami jakiejś fałszywej

wiosny. Śnieg skurczył się w baranki białe, w niewinne i słodkie runo,

które pachniało fiołkami. W takie same baranki rozpuściło się niebo, w

którym księżyc dwoił się i troił, demonstrując w tym zwielokrotnieniu

wszystkie swe fazy i pozycje. Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swą

konstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazujących

spirale i słoje światła, przekroje seledynowych brył nocy, plazmę

przestworzy, tkankę rojeń nocnych. W taką noc nie podobna iść Podwalem

ani żadną inną z ciemnych ulic, które są odwrotną stroną, niejako

podszewką czterech linij rynku, i nie przypomnieć sobie, że o tej późnej

porze bywają czasem jeszcze otwarte niektóre z owych osobliwych a tyle

nęcących sklepów, o których zapomina się w dnie zwyczajne. Nazywam je

sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi są

wyłożone. Te prawdziwie szlachetne handle, w późną noc otwarte, były

zawsze przedmiotem moich gorących marzeń. Słabo oświetlone, ciemne i

uroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła,

aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś tam znaleźć ognie

bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych,

chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów

egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń

Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach,

mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe książki, stare

folianty pełne przedziwnych rycin i oszołamiających historyj. Pamiętam

tych starych i pełnych godności kupców, którzy obsługiwali klientów ze

spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrości i

wyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń. Ale nade wszystko była tam

jedna księgarnia, w której raz oglądałem rzadkie i zakazane druki,

publikacje tajnych klubów, zdejmując zasłonę z tajemnic dręczących i

upojnych. Tak rzadko zdarzała się sposobność odwiedzania tych sklepów -

i w dodatku z małą, lecz wystarczającą sumą pieniędzy w kieszeni. Nie

można było pominąć tej okazji mimo ważności misji powierzonej naszej

gorliwości. Trzeba się było zapuścić według mego obliczenia w boczną

uliczkę, minąć dwie albo trzy przecznice, ażeby osiągnąć ulicę nocnych

sklepów. To oddalało mnie od celu, ale można było nadrobić spóźnienie,

wracając drogą na Żupy Solne. Uskrzydlony pragnieniem zwiedzenia sklepów

cynamonowych, skręciłem w wiadomą mi ulicę i leciałem więcej, aniżeli

szedłem, bacząc, by nie zmylić drogi. Tak minąłem już trzecią czy

czwartą przecznicę, a upragnionej ulicy wciąż nie było. W dodatku nawet

konfiguracja ulic nie odpowiadała oczekiwanemu obrazowi. Sklepów ani

śladu. Szedłem ulicą, której domy nie miały nigdzie bramy wchodowej,

tylko okna szczelnie zamknięte, ślepe odblaskiem księżyca. Po drugiej

stronie tych domów musi prowadzić właściwa ulica, od której te domy są

dostępne - myślałem sobie. Z niepokojem przyspieszałem kroku, rezygnując

w duchu z myśli zwiedzenia sklepów. Byle tylko wydostać się stąd prędko

w znane okolice miasta. Zbliżałem się do wylotu, pełen niepokoju, gdzie

też ona mnie wyprowadzi. Wyszedłem na szeroki, rzadko zabudowany

gościniec, bardzo długi i prosty. Owiał mnie od razu oddech szerokiej

przestrzeni. Stały tam przy ulicy albo w głębi ogrodów malownicze wille,

ozdobne budynki bogaczy. W przerwach między nimi widniały parki i mury

sadów. Obraz przypominał z daleka ulicę Leszniańską w jej dolnych i

rzadko zwiedzanych okolicach. Światło księżyca, rozpuszczone w

tysiącznych barankach, w łuskach srebrnych na niebie, było blade i tak

jasne jak w dzień - tylko parki i ogrody czerniały w tym srebrnym

krajobrazie. Przyjrzawszy się bacznie jednemu z budynków, doszedłem do

przekonania, że mam przed sobą tylną i nigdy nie widzianą stronę gmachu

gimnazjalnego. Właśnie dochodziłem do bramy, która ku memu zdziwieniu

była otwarta, sień oświetlona. Wszedłem i znalazłem się na czerwonym

chodniku korytarza. Miałem nadzieję, że zdołam nie spostrzeżony

przekraść się przez budynek i wyjść przednią bramą, skracając sobie

znakomicie drogę. Przypomniałem sobie, że o tej późnej godzinie musi się

w sali profesora Arendta odbywać jedna z lekcyj nadobowiązkowych,

prowadzona w późną noc, na które zbieraliśmy się zimową porą, płonąc

szlachetnym zapałem do ćwiczeń rysunkowych, jakim natchnął nas ten

znakomity nauczyciel. Mała gromadka pilnych gubiła się prawie w wielkiej

ciemnej sali, na której ścianach ogromniały i łamały się cienie naszych

głów, rzucane od dwóch małych świeczek płonących w szyjkach butelek.

Prawdę mówiąc, niewieleśmy podczas tych godzin rysowali i profesor nie

stawiał zbyt ścisłych wymagań. Niektórzy przynosili sobie z domu

poduszki i układali się na ławkach do powierzchownej drzemki. I tylko

najpilniejsi rysowali pod samą świecą, w złotym kręgu jej blasku.

Czekaliśmy zazwyczaj długo na przyjście profesora, nudząc się wśród

sennych rozmów. Wreszcie otwierały się drzwi jego pokoju i wchodził -

mały, z piękną brodą, pełen ezoterycznych uśmiechów, dyskretnych

przemilczeń i aromatu tajemnicy. Szybko zaciskał za sobą drzwi gabinetu,

przez które w momencie otworzenia tłoczyła się za jego głową ciżba

gipsowych cieni, fragmentów klasycznych, bolesnych Niobid, Danaid i

Tantalidów, cały smutny i jałowy Olimp, więdnący od lat w tym muzeum

gipsów. Zmierzch tego pokoju mętniał i za dnia i przelewał się sennie od

gipsowych marzeń, pustych spojrzeń, blednących owali i zamyśleń

odchodzących w nicość. Lubiliśmy nieraz podsłuchiwać pod drzwiami -

ciszy, pełnej westchnień i szeptów tego kruszejącego w pajęczynach

rumowiska, tego rozkładającego się w nudzie i monotonii zmierzchu bogów.

Profesor przechadzał się dostojnie, pełen namaszczenia, wzdłuż pustych

ławek, wśród których rozrzuceni małymi grupkami, rysowaliśmy coś w

szarym odblasku nocy zimowej. Było zacisznie i sennie. Gdzieniegdzie

koledzy moi układali się do snu. Świeczki powoli dogasały w butelkach.

Profesor pogrążał się w głęboką witrynę, pełną starych foliałów,

staromodnych ilustracyj, sztychów i druków. Pokazywał nam wśród

ezoterycznych gestów stare litografie wieczornych pejzaży, gęstwiny

nocne, aleje zimowych parków, czerniejące na białych drogach

księżycowych. Wśród sennych rozmów upływał niespostrzeżenie czas i biegł

nierównomiernie, robiąc niejako węzły w upływie godzin, połykając kędyś

całe puste interwały trwania, Niespostrzeżenie, bez przejścia,

odnajdywaliśmy naszą czeredę już w drodze powrotnej na białej od śniegu

ścieżce szpaleru, flankowanej czarną, suchą gęstwiną krzaków. Szliśmy

wzdłuż tego włochatego brzegu ciemności, ocierając się o niedwiedzie

futro krzaków, trzaskających pod naszymi nogami w jasną noc

bezksiężycową, w mleczny, fałszywy dzień, daleko po północy. Rozprószona

biel tego światła, mżąca ze śniegu, z bladego powietrza, z mlecznych

przestworzy, była jak szary papier sztychu, na którym głęboką czernią

plątały się kreski i szrafirunki gęstych zarośli. Noc powtarzała teraz

głęboko po północy te serie nokturnów, sztychów nocnych profesora

Arendta, kontynuowała jego fantazje. W tej czarnej gęstwinie parku, we

włochatej sierści zarośli, w masie kruchego chrustu były miejscami

nisze, gniazda najgłębszej puszystej czarnoci, pełne plątaniny,

sekretnych gestów, bezładnej rozmowy na migi. Było w tych gniazdach

zacisznie i ciepło. Siadaliśmy tam na letnim miękkim śniegu w naszych

włochatych płaszczach, zajadając orzechy, których pełna była leszczynowa

ta gęstwina w ową wiosenną zimę. Przez zarośla przewijały się bezgłośnie

kuny, łasice i ichneumony, futrzane, węszące zwierzątka, śmierdzące

kożuchem, wydłużone, na niskich łapkach. Podejrzewalimy, że były między

nimi okazy gabinetu szkolnego, które choć wypatroszone i łysiejące,

uczuwały w tę białą noc w swym pustym wnętrzu głos starego instynktu,

głos rui, i wracały do matecznika na krótki, złudny żywot. Ale powoli

fosforescencja wiosennego śniegu mętniała i gasła i nadchodziła czarna i

gęsta oćma przed świtem. Niektórzy z nas zasypiali w ciepłym śniegu,

inni domacywali się w gęstwinie bram swych domów, wchodzili omackiem do

ciemnych wnętrzy, w sen rodziców i braci, w dalszy ciąg głębokiego

chrapania, które doganiali na swych spóźnionych drogach. Te nocne seanse

pełne były dla mnie tajemnego uroku, nie mogłem i teraz pominąć

sposobności, by nie zaglądnąć na moment do sali rysunkowej,

postanawiając, że nie pozwolę się tam zatrzymać dłużej nad krótką

chwilkę. Ale wstępując po tylnych, cedrowych schodach, pełnych

dźwięcznego rezonansu, poznałem, że znajduję się w obcej, nigdy nie

widzianej stronie gmachu. Najlżejszy szmer nie przerywał tu solennej

ciszy. Korytarze były w tym skrzydle obszerniejsze, wysłane pluszowym

dywanem i pełne wytworności. Małe, ciemno płonące lampy świeciły na ich

zagięciach. Minąwszy jedno takie kolano, znalazłem się na korytarzu

jeszcze większym, strojnym w przepych pałacowy. Jedna jego ściana

otwierała się szerokimi, szklanymi arkadami do wnętrza mieszkania.

Zaczynała się tu przed oczyma długa amfilada pokojów, biegnących w głąb

i urządzonych z olśniewającą wspaniałością. Szpalerem obić jedwabnych,

luster złoconych, kosztownych mebli i kryształowych pająków biegł wzrok

w puszysty miąższ tych zbytkownych wnętrzy, pełnych kolorowego wirowania

i migotliwych arabesek, plączących się girland i pączkujących kwiatów.

Głęboka cisza tych pustych salonów pełna była tylko tajnych spojrzeń,

które oddawały sobie zwierciadła, i popłochu arabesek, biegnących wysoko

fryzami wzdłuż ścian i gubiących się w sztukateriach białych sufitów. Z

podziwem i czcią stałem przed tym przepychem, domyślałem się, że nocna

moja eskapada zaprowadziła mnie niespodzianie w skrzydło dyrektora,

przed jego prywatne mieszkanie. Stałem przygwożdżony ciekawością, z

bijącym sercem, gotów do ucieczki za najlżejszym szmerem. Jakże mógłbym,

przyłapany, usprawiedliwić to moje nocne szpiegowanie, moje zuchwałe

wścibstwo? W którym z głębokich pluszowych foteli mogła, nie

dostrzeżona i cicha, siedzieć córeczka dyrektora i podnieść nagle na

mnie oczy znad książki - czarne, sybilińskie, spokojne oczy, których

spojrzenia nikt z nas wytrzymać nie umiał. Ale cofnąć się w połowie

drogi, nie dokonawszy powziętego planu, poczytałbym był sobie za

tchórzostwo. Zresztą głęboka cisza panowała dookoła w pełnych przepychu

wnętrzach, oświetlonych przyćmionym światłem nie określonej pory. Przez

arkady korytarza widziałem na drugim końcu wielkiego salonu duże,

oszklone drzwi, prowadzące na taras. Było tak cicho wokoło, że nabrałem

odwagi. Nie wydawało mi się to połączone ze zbyt wielkim ryzykiem, zejść

z paru stopni, prowadzących do poziomu sali, w kilku susach przebiegnąć

wielki, kosztowny dywan i znaleźć się na tarasie, z którego bez trudu

dostać się mogłem na dobrze mi znaną ulicę. Uczyniłem tak. Zeszedłszy na

parkiety salonu, pod wielkie palmy, wystrzelające tam z wazonów aż do

arabesek sufitu, spostrzegłem, że znajduję się już właściwie na gruncie

neutralnym, gdyż salon nie miał wcale przedniej ściany. Był on rodzajem

wielkiej loggii, łączącej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim.

Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku.

Zbiegłem z kilku kamiennych schodów i znalazłem się znów na ulicy.

Konstelacje stały już stromo na głowie, wszystkie gwiazdy przekręciły

się na drugą stronę, ale księżyc, zagrzebany w pierzyny obłoczków, które

rozświetlał swą niewidzialną obecnością, zdawał się mieć przed sobą

jeszcze nieskończoną drogę i, zatopiony w swych zawiłych procederach

niebieskich, nie myślał o świcie. Na ulicy czerniało kilka dorożek,

rozjechanych i rozklekotanych jak kalekie, drzemiące kraby czy karakony.

Woźnica nachylił się z wysokiego kozła. Miał twarz drobną, czerwoną i

dobroduszną. - Pojedziemy, paniczu? - zapytał. Powóz zadygotał we

wszystkich stawach i przegubach swego wieloczłonkowego ciała i ruszył na

lekkich obręczach. Ale kto w taką noc powierza się kaprysom

nieobliczalnego dorożkarza? Wśród klekotu szprych, wśród dudnienia pudła

i budy nie mogłem porozumieć się z nim co do celu drogi. Kiwał na

wszystko niedbale i pobłażliwie głową i podśpiewywał sobie, jadąc drogą

okrężną przez miasto. Przed jakimś szynkiem stała grupa dorożkarzy,

kiwając nań przyjaźnie rękami. Odpowiedział im coś radośnie, po czym nie

zatrzymując pojazdu, rzucił mi lejce na kolana, spuścił się z kozła i

przyłączył do gromady kolegów. Koń, stary mądry koń dorożkarski,

oglądnął się pobieżnie i pojechał dalej jednostajnym, dorożkarskim

kłusem. Właciwie koń ten budził zaufanie - wydawał się mądrzejszy od

woźnicy. Ale powozić nie umiałem - trzeba się było zdać na jego wolę.

Wjechaliśmy na podmiejską ulicę ujętą z obu stron w ogrody. Ogrody te

przechodziły zwolna, w miarę posuwania się, w parki wielkodrzewne, a te

w lasy. Nie zapomnę nigdy tej jazdy świetlistej w najjaśniejszą noc

zimową. Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmierną, na

której spiętrzyły się fantastyczne lądy, oceany i morza, porysowane

liniami wirów i prądów gwiezdnych, świetlistymi liniami geografii

niebieskiej. Powietrze stało się lekkie do oddychania i świetlane jak

gaza srebrna. Pachniało fiołkami. Spod wełnianego jak białe karakuły

śniegu wychylały się anemony drżące, z iskrą światła księżycowego w

delikatnym kielichu. Las cały zdawał się iluminować tysiącznymi

światłami, gwiazdami, które rzęsiście ronił grudniowy firmament.

Powietrze dyszało jaką tajną wiosną, niewypowiedzianą czystością śniegu

i fiołków. Wjechaliśmy w teren pagórkowaty. Linie wzgórzy, włochatych

nagimi rózgami drzew, podnosiły się jak błogie westchnienia w niebo.

Ujrzałem na tych szczęśliwych zboczach całe grupy wędrowców,

zbierających wród mchu i krzaków opadłe i mokre od śniegu gwiazdy.

Droga stała się stroma, koń poślizgiwał się i z trudem ciągnął pojazd,

grający wszystkimi przegubami. Byłem szczęśliwy. Pierś moja wchłaniała

tę błogą wiosnę powietrza, świeżość gwiazd i śniegu. Przed piersią konia

zbierał się wał białej piany śnieżnej, coraz wyższy i wyższy. Z trudem

przekopywał się koń przez czystą i świeżą jego masę. Wreszcie ustał.

Wyszedłem z dorożki. Dyszał ciężko ze zwieszoną głową. Przytuliłem jego

łeb do piersi, w jego wielkich czarnych oczach lśniły łzy. Wtedy

ujrzałem na jego brzuchu okrągłą czarną ranę. - Dlaczego mi nie

powiedziałeś? - szepnąłem ze łzami. - Drogi mój - to dla ciebie - rzekł

i stał się bardzo mały, jak konik z drzewa. Opuściłem go. Czułem się

dziwnie lekki i szczęśliwy. Zastanawiałem się, czy czekać na małą

kolejkę lokalną, która tu zajeżdżała, czy też pieszo wrócić do miasta.

Zacząłem schodzić stromą serpentyną wśród lasu, początkowo idąc krokiem

lekkim, elastycznym, potem, nabierając rozpędu, przeszedłem w posuwisty

szczęśliwy bieg, który zmienił się wnet w jazdę jak na nartach. Mogłem

dowoli regulować szybkość, kierować jazdą przy pomocy lekkich zwrotów

ciała. W pobliżu miasta zahamowałem ten bieg tryumfalny, zmieniając go

na przyzwoity krok spacerowy. Księżyc stał jeszcze ciągle wysoko.

Transformacje nieba, metamorfozy jego wielokrotnych sklepień w coraz to

kunsztowniejsze konfiguracje nie miały końca. Jak srebrne astrolabium

otwierało niebo w tę noc czarodziejską mechanizm wnętrza i ukazywało w

nieskończonych ewolucjach złocistą matematykę swych kół i trybów. Na

rynku spotkałem ludzi zażywających przechadzki. Wszyscy, oczarowani

widowiskiem tej nocy, mieli twarze wzniesione i srebrne od magii nieba.

Troska o portfel opuściła mnie zupełnie. Ojciec, pogrążony w swych

dziwactwach, zapewne zapomniał już o zgubie, o matkę nie dbałem. W taką

noc, jedyną w roku, przychodzą szczęśliwe myśli, natchnienia, wieszcze

tknięcia palca bożego. Pełen pomysłów i inspiracji, chciałem skierować

się do domu, gdy zaszli mi drogę koledzy z książkami pod pachą. Zbyt

wcześnie wyszli do szkoły, obudzeni jasnością tej nocy, która nie

chciała się skończyć. Poszlimy gromadą na spacer stromo spadającą

ulicą, z której wiał powiew fiołków, niepewni, czy to jeszcze magia nocy

srebrzyła się na śniegu, czy też świt już wstawał…

Mój ojciec przechowywał w dolnej szufladzie swego

głębokiego biurka starą i piękną mapę naszego miasta. Był to cały

wolumen in folio pergaminowych kart, które pierwotnie spojone skrawkami

płótna, tworzyły ogromną mapę ścienną w kształcie panoramy z ptasiej

perspektywy. Zawieszona na ścianie, zajmowała niemal przestrzeń całego

pokoju i otwierała daleki widok na całą dolinę Tymienicy, wijącej się

falisto bladozłotą wstęgą, na całe pojezierze szeroko rozlanych moczarów

i stawów, na pofałdowane przedgórza, ciągnące się ku południowi, naprzód

z rzadka, potem coraz tłumniejszymi pasmami, szachownicą okrągławych

wzgórzy, coraz mniejszych i coraz bledszych, w miarę jak odchodziły ku

złotawej i dymnej mgle horyzontu. Z tej zwiędłej dali peryferii

wynurzało się miasto i rosło ku przodowi, naprzód jeszcze w nie

zróżnicowanych kompleksach, w zwartych blokach i masach domów,

poprzecinanych głębokimi parowami ulic, by bliżej jeszcze wyodrębnić się

w pojedyncze kamienice, sztychowane z ostrą wyrazistością widoków

oglądanych przez lunetę. Na tych bliższych planach wydobył sztycharz

cały zawikłany i wieloraki zgiełk ulic i zaułków, ostrą wyrazistość

gzymsów, architrawów, archiwolt i pilastrów, świecących w późnym i

ciemnym złocie pochmurnego popołudnia, które pogrąża wszystkie załomy i

framugi w głębokiej sepii cienia. Bryły i pryzmy tego cienia wcinały

się, jak plastry ciemnego miodu, w wąwozy ulic, zatapiały w swej

ciepłej, soczystej masie tu całą połowę ulicy, tam wyłom między domami,

dramatyzowały i orkiestrowały ponurą romantyką cieni tę wieloraką

polifonię architektoniczną. Na tym planie, wykonanym w stylu barokowych

prospektów, okolica Ulicy Krokodylej świeciła pustą bielą, jaką na

kartach geograficznych zwykło się oznaczać okolice podbiegunowe, krainy

niezbadane i niepewnej egzystencji. Tylko linie kilku ulic wrysowane tam

były czarnymi kreskami i opatrzone nazwami w prostym, nieozdobnym

piśmie, w odróżnieniu od szlachetnej antykwy innych napisów. Widocznie

kartograf wzbraniał się uznać przynależność tej dzielnicy do zespołu

miasta i zastrzeżenie swe wyraził w tym odrębnym i postponującym

wykonaniu. Aby zrozumieć tę rezerwę, musimy już teraz zwrócić uwagę na

dwuznaczny i wątpliwy charakter tej dzielnicy, tak bardzo odbiegający od

zasadniczego tonu całego miasta. Był to dystrykt przemysłowo-handlowy z

podkreślonym jaskrawo charakterem trzeźwej użytkowości. Duch czasu,

mechanizm ekonomiki, nie oszczędził i naszego miasta i zapuścił korzenie

na skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dzielnicę.

Kiedy w starym mieście panował wciąż jeszcze nocny, pokątny handel,

pełen solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy rozwinęły się od

razu nowoczesne, trzeźwe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm,

zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną,

lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności.

Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych

fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu.

Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, które

dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje

wielkomiejskich urządzeń. Wadliwe, mętne i brudne szyby, łamiące w

falistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nie heblowane drzewo portali,

szara atmosfera jałowych tych wnętrzy, osiadających pajęczyną i kłakami

kurzu na wysokich półkach i wzdłuż odartych i kruszących się ścian,

wyciskały tu, na sklepach, piętno dzikiego Klondike'u. Tak ciągnęły się

jeden za drugim, magazyny krawców, konfekcje, składy porcelany,

drogerie, zakłady fryzjerskie. Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiły

ukośnie lub w półkolu biegnące napisy ze złoconych plastycznych liter:

CONFISERIE, MANUCURE, KING OF ENGLAND. Rdzenni mieszkańcy miasta

trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny,

przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstości, przez istną

lichotę moralną, tę tandetną odmianę człowieka, która rodzi się w takich

efemerycznych środowiskach. Ale w dniach upadku, w godzinach niskiej

pokusy zdarzało się, że ten lub ów z mieszkańców miasta zabłąkiwał się

na wpół przypadkiem w tę wątpliwą dzielnicę. Najlepsi nie byli czasem

wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i

hierarchii, pławienia się w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwej

intymności, brudnego zmieszania. Dzielnica ta była eldoradem takich

dezerterów moralnych, takich zbiegów spod sztandaru godności własnej.

Wszystko zdawało się tam podejrzane i dwuznaczne, wszystko zapraszało

sekretnym mrugnięciem, cynicznie artykułowanym gestem, wyraźnie

przymrużonym perskim okiem - do nieczystych nadziei, wszystko wyzwalało

z pęt niską naturę. Mało kto, nie uprzedzony, spostrzegał dziwną

osobliwość tej dzielnicy: brak barw, jak gdyby w tym tandetnym, w

pośpiechu wyrosłym mieście nie można było sobie pozwolić na luksus

kolorów. Wszystko tam było szare jak na jednobarwnych fotografiach, jak

w ilustrowanych prospektach. Podobieństwo to wychodziło poza zwykłą

metaforę, gdyż chwilami, wędrując po tej części miasta, miało się w

istocie wrażenie, że wertuje się w jakimś prospekcie, w nudnych

rubrykach komercjalnych ogłoszeń, wśród których zagniedziły się

pasożytniczo podejrzane anonse, drażliwe notatki, wątpliwe ilustracje; i

wędrówki te były równie jałowe i bez rezultatu jak ekscytacje fantazji,

pędzonej przez szpalty i kolumny pornograficznych druków. Wchodziło się

do jakiegoś krawca, żeby zamówić ubranie - ubranie o taniej elegancji,

tak charakterystycznej dla tej dzielnicy. Lokal był wielki i pusty,

bardzo wysoki i bezbarwny. Ogromne wielopiętrowe półki wznoszą się jedne

nad drugimi w nie określoną wysokość tej hali. Kondygnacje pustych półek

wyprowadzają wzrok w górę aż pod sufit, który może być niebem - lichym,

bezbarwnym, odrapanym niebem tej dzielnicy. Natomiast dalsze magazyny,

które widać przez otwarte drzwi, pełne są aż pod sufit pudeł i kartonów,

piętrzących się ogromną kartoteką, która rozpada się w górze, pod

zagmatwanym niebem strychu w kubaturę pustki, w jałowy budulec nicości.

Przez wielkie szare okna, kratkowane wielokrotnie jak arkusze papieru

kancelaryjnego, nie wchodzi światło, gdyż przestrzeń sklepu już

napełniona jest, jak wodą, indyferentną szarą poświatą, która nie rzuca

cienia i nie akcentuje niczego. Wnet nawija się jakiś smukły

młodzieniec, zadziwiająco usłużny, giętki i nieodporny, ażeby dogodzić

naszym życzeniom i zalać nas tanią i łatwą wymową subiekta. Ale gdy,

gadając, rozwija ogromne postawy sukna, przymierza, fałduje i drapuje

niekończącą się strugę materiału, przepływającą przez jego ręce,

formując z jego fal iluzoryczne surduty i spodnie, cała ta manipulacja

wydaje się czym nieistotnym, pozorem, komedią, ironicznie zarzuconą

zasłoną na prawdziwy sens sprawy. Panienki sklepowe, smukłe i czarne,

każda z jakąś skazą piękności (charakterystyczną dla tej dzielnicy

wybrakowanych artykułów), wchodzą i wychodzą, stają w drzwiach

magazynów, sondując oczyma, czy rzecz wiadoma (powierzona doświadczonym

rękom subiekta) dojrzewa do punktu właściwego. Subiekt przymila się i

kryguje i chwilami robi wrażenie transwestyty. Chciałoby się go ująć pod

miękko zarysowaną brodę lub uszczypnąć w upudrowany blady policzek, gdy

z porozumiewawczym półspojrzeniem dyskretnie zwraca uwagę na markę

ochronną towaru, markę o przejrzystej symbolice. Zwolna sprawa wyboru

ubrania schodzi na plan dalszy. Ten miękki do efeminacji i zepsuty

młodzieniec, pełen zrozumienia dla najintymniejszych poruszeń klienta,

przesuwa teraz przed jego oczyma osobliwe marki ochronne, całą

bibliotekę znaków ochronnych, gabinet kolekcjonerski wyrafinowanego

zbieracza. Pokazywało się wówczas, że magazyn konfekcji był tylko

fasadą, za którą kryła się antykwarnia, zbiór wysoce dwuznacznych

wydawnictw i druków prywatnych. Usłużny subiekt otwiera dalsze składy,

wypełnione aż pod sufit książkami, rycinami, fotografiami. Te winiety,

te ryciny przechodzą stokrotnie najśmielsze nasze marzenia. Takich

kulminacyj zepsucia, takich wymyślności wyuzdania nie przeczuwalimy

nigdy. Panienki sklepowe przesuwają się coraz częściej pomiędzy

szeregami książek, szare i papierowe, ale pełne pigmentu w zepsutych

twarzach, ciemnego pigmentu brunetek o lśniącej i tłustej czarności,

która zaczajona w oczach, z nagła wybiegała z nich zygzakiem lśniącego

karakoniego biegu. Ale i w spalonych rumieńcach, w pikantnych stygmatach

pieprzyków, we wstydliwych znamionach ciemnego puszku zdradzała się rasa

zapiekłej, czarnej krwi. Ten barwik o nazbyt intensywnej mocy, ta mokka

gęsta i aromatyczna zdawała się plamić książki, które brały one do

oliwkowej dłoni, ich dotknięcia zdawały się je farbować i zostawiać w

powietrzu ciemny deszcz piegów, smugę tabaki, jak purchawka o

podniecającej, animalnej woni. Tymczasem powszechna rozwiązłość zrzucała

coraz bardziej hamulce pozorów. Subiekt, wyczerpawszy swą natarczywą

aktywność, przechodził powoli do kobiecej bierności. Leży teraz na

jednej z wielu kanap, porozstawianych wród rejonów książek, w jedwabnej

pidżamie, odsłaniającej kobiecy dekolt. Panienki demonstrują, jedna

przed drugą, figury i pozycje rycin okładkowych, inne zasypiają już na

prowizorycznych posłaniach. Nacisk na klienta rozluźniał się.

Wypuszczano go z kręgu natarczywego zainteresowania, pozostawiano sobie

samemu. Subiektki, zajęte rozmową, nie zwracały nań więcej uwagi.

Odwrócone do niego tyłem lub bokiem, przystawały w aroganckim kontra

poście, przestępowały z nogi na nogę, grając kokieteryjnym obuwiem,

przepuszczały z góry na dół po smukłym ciele wężową grę członków,

atakując nią spoza swej niedbałej nieodpowiedzialności podnieconego

widza, którego ignorowały. Tak cofano się, wsuwano w głąb z

wyrachowaniem, otwierając wolną przestrzeń dla aktywności gościa.

Skorzystajmy z tego momentu nieuwagi, ażeby wymknąć się nieprzewidzianym

konsekwencjom tej niewinnej wizyty i wydostać się na ulicę. Nikt nas nie

zatrzymuje. Przez korytarze książek, pomiędzy długimi regałami czasopism

i druków wydostajemy się ze sklepu i oto jestemy w tym miejscu Ulicy

Krokodylej, gdzie z wyniesionego jej punktu widać niemal całą długość

tego szerokiego traktu aż do dalekich, nie wykończonych zabudowań dworca

kolejowego. Jest to szary dzień, jak zawsze w tej okolicy, i cała

sceneria wydaje się chwilami fotografią z ilustrowanej gazety, tak

szare, tak płaskie są domy, ludzie i pojazdy. Ta rzeczywistość jest

cienka jak papier i wszystkimi szparami zdradza swą imitatywność.

Chwilami ma się wrażenie, że tylko na małym skrawku przed nami układa

się wszystko przykładnie w ten pointowany obraz bulwaru

wielkomiejskiego, gdy tymczasem już na bokach rozwiązuje się i rozprzęga

ta zaimprowizowana maskarada i, niezdolna wytrwać w swej roli, rozpada

się za nami w gips i pakuły, w rupieciarnię jakiegoś ogromnego pustego

teatru. Napięcie pozy, sztuczna powaga maski, ironiczny patos drży na

tym naskórku. Ale dalecy jesteśmy od chęci demaskowania widowiska. Wbrew

lepszej wiedzy czujemy się wciągnięci w tandetny czar dzielnicy. Zresztą

nie brak w obrazie miasta i pewnych cech autoparodii. Rzędy małych,

parterowych domków podmiejskich zmieniają się z wielopiętrowymi

kamienicami, które zbudowane jak z kartonu, są konglomeratem szyldów,

ślepych okien biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerów. Pod

domami płynie rzeka tłumu. Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski,

ale jezdnia, jak place wiejskie, zrobiona jest z ubitej gliny, pełna

wybojów, kałuży i trawy. Ruch uliczny dzielnicy służy do porównań w tym

mieście, mieszkańcy mówią o nim z dumą i porozumiewawczym błyskiem w

oku. Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty swą rolą i pełen

gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimo

zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej,

bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek. Atmosfera

dziwnej błahości przenika tę całą scenerię. Tłum płynie monotonnie i,

rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepływają

w splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej wyrazistości.

Czasem tylko wyławiamy z tego gwaru wielu głów jakieś ciemne, żywe

spojrzenie, jakiś czarny melonik nasunięty głęboko na głowę, jakieś pół

twarzy rozdarte uśmiechem, z ustami, które właśnie coś powiedziały,

jakąś nogę wysuniętą w kroku i tak już zastygłą na zawsze. Osobliwością

dzielnicy są dorożki bez woźniców, biegnące samopas po ulicach. Nie

jakoby nie było tu dorożkarzy, ale wmieszani w tłum i zajęci tysiącem

spraw, nie troszczą się o swe dorożki. W tej dzielnicy pozoru i pustego

gestu nie przywiązuje się zbytniej wagi do ścisłego celu jazdy i

pasażerowie powierzają się tym błędnym pojazdom z lekkomylnością, która

cechuje tu wszystko. Nieraz można ich widzieć na niebezpiecznych

zakrętach, wychylonych daleko z połamanej budy, jak z lejcami w dłoniach

przeprowadzają z natężeniem trudny manewr wymijania. Mamy w tej

dzielnicy także tramwaje. Ambicja rajców miejskich święci tu najwyższy

swój triumf. Ale pożałowania godny jest widok tych wozów, zrobionych z

papier mâché, o ścianach powyginanych i zmiętych od wieloletniego

użytku. Często brak im zupełnie przedniej ściany tak, że widzieć można w

przejeździe pasażerów, siedzących sztywnie i zachowujących się z wielką

godnością. Tramwaje te popychane są przez tragarzy miejskich.

Najdziwniejszą atoli rzeczą jest komunikacja kolejowa na Ulicy

Krokodylej. Czasami, w nieregularnych porach dnia, gdzieś ku końcowi

tygodnia można zauważyć tłum ludzi czekających na zakręcie ulicy na

pociąg. Nie jest się nigdy pewnym, czy przyjedzie i gdzie stanie, i

zdarza się często, że ludzie ustawiają się w dwóch różnych punktach, nie

mogąc uzgodnić swych poglądów na miejsce przystanku. Czekają długo i

stoją czarnym milczącym tłumem wzdłuż ledwo zarysowanych śladów toru, z

twarzami w profilu, jak szereg bladych masek z papieru, wyciętych w

fantastyczną linię zapatrzenia. I wreszcie niespodzianie zajeżdża, już

wjechał z bocznej uliczki, skąd go oczekiwano, niski jak wąż,

miniaturowy, z małą, sapiącą, krępą lokomotywą. Wjechał w ten czarny

szpaler i ulica staje się ciemna od tego ciągu wozów, siejących pył

węglowy. Ciemne sapanie parowozu i powiew dziwnej powagi, pełnej smutku,

tłumiony pośpiech i zdenerwowanie zamieniają ulicę na chwilę w halę

dworca kolejowego w szybko zapadającym zmierzchu zimowym. Plagą naszego

miasta jest ażiotaż biletów kolejowych i przekupstwo. W ostatniej

chwili, gdy pociąg już stoi na stacji, toczą się w nerwowym pośpiechu

pertraktacje z przekupnymi urzędnikami linii żelaznej. Zanim te

negocjacje się kończą, pociąg rusza, odprowadzany przez wolno sunący,

rozczarowany tłum, który odprowadza go daleko, ażeby się wreszcie

rozproszyć. Ulica, zacieśniona na chwilę do tego zaimprowizowanego

dworca, pełnego zmierzchu i tchnienia dalekich dróg - rozwidnia się

znowu, rozszerza i przepuszcza znów swym korytem beztroski monotonny

tłum spacerowiczów, który wędruje wśród gwaru rozmów wzdłuż wystaw

sklepowych, tych brudnych, szarych czworoboków, pełnych tandetnych

towarów, wielkich woskowych manekinów i lalek fryzjerskich. Wyzywająco

ubrane, w długich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki. Mogą to

być zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Idą

drapieżnym, posuwistym krokiem i mają w niedobrych, zepsutych twarzach

nieznaczną skazę, która je przekreśla: zezują czarnym, krzywym zezem lub

mają usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa. Mieszkańcy miasta dumni

są z tego odoru zepsucia, którym tchnie Ulica Krokodyli. Nie mamy

potrzeby niczego sobie odmawiać - myślą z dumą - stać nas i na prawdziwą

wielkomiejską rozpustę. Twierdzą oni, że każda kobieta w tej dzielnicy

jest kokotą. W istocie wystarczy zwrócić uwagę na którą - a natychmiast

spotyka się to uporczywe, lepkie spojrzenie, które nas zmraża rozkoszną

pewnością. Nawet dziewczęta szkolne noszą tu w pewien charakterystyczny

sposób kokardy, stawiają swoistą manierą smukłe nogi i mają tę nieczystą

skazę w spojrzeniu, w której leży preformowane przyszłe zepsucie. A

jednak - a jednak czy mamy zdradzić ostatnią tajemnicę tej dzielnicy,

troskliwie ukrywany sekret Ulicy Krokodyli? Kilkakrotnie w trakcie


Back to IndexNext