TRAKTAT O MANEKINACH ALBO

rozwlekłego szukania w różnych szufladach i szafach. Po całym mieszkaniu

słychać było kłapanie pantofelków Adeli. Subiekci zapalali latarnie,

brali z rąk matki wielkie klucze sklepowe i wychodzili w gęstą, wirującą

ciemność. Matka nie mogła dojść do ładu z toaletą. Świece dogasały w

lichtarzu. Adela przepadała gdzie w odległych pokojach lub na strychu,

gdzie rozwieszała bieliznę. Nie można jej się było dowołać. Młody

jeszcze, mętny i brudny ogień w piecu lizał zimne, błyszczące narośle

sadzy w gardzieli komina. Świeca gasła, pokój pogrążał się w ciemności.

Z głowami na obrusie stołu, wród resztek śniadania zasypialiśmy na wpół

ubrani. Leżąc twarzami na futrzanym brzuchu ciemności, odpływaliśmy na

jego falistym oddechu w bezgwiezdną nicość. Budziło nas głośne

sprzątanie Adeli. Matka nie mogła uporać się z toaletą. Nim skończyła

czesanie, subiekci wracali na obiad. Mrok na rynku przybierał kolor

złotawego dymu. Przez chwilę z tych dymnych miodów, z tych mętnych

bursztynów mogły się rozpowić kolory najpiękniejszego popołudnia. Ale

szczęśliwy moment mijał, amalgamat świtu przekwitał, wezbrany ferment

dnia, już niemal dościgły, opadał z powrotem w bezsilną szarość.

Zasiadaliśmy do stołu, subiekci zacierali czerwone z zimna ręce i nagle

proza ich rozmów sprowadzała od razu pełny dzień, szary i pusty wtorek,

dzień bez tradycji i bez twarzy. Ale gdy pojawiał się na stole półmisek

z rybą w szklistej galarecie, dwie duże ryby leżące bok przy boku, głową

do ogona jak figura zodiakalna, odpoznawaliśmy w nich herb owego dnia,

emblemat kalendarzowy bezimiennego wtorku, i rozbieraliśmy go

pospiesznie między siebie, pełni ulgi, że dzień odzyskał w nim swą

fizjonomię. Subiekci spożywali go z namaszczeniem, z powagą

kalendarzowej ceremonii. Zapach pieprzu rozchodził się po pokoju. A gdy

wytarli bułką ostatek galarety ze swych talerzy, rozważając w myśli

heraldykę następnych dni tygodnia, i na półmisku zostawały tylko głowy z

wygotowanymi oczyma - czuliśmy wszyscy, że dzień został wspólnymi siłami

pokonany i że reszta nie wchodziła już w rachubę. W samej rzeczy z

resztą tą, wydaną na jej łaskę, Adela nie robiła sobie długich

ceregieli. Wród brzęku garnków i chlustów zimnej wody likwidowała z

energią tych parę godzin do zmierzchu, które matka przesypiała na

otomanie. Tymczasem w jadalni przygotowywano już scenerię wieczoru.

Polda i Paulina, dziewczęta do szycia, rozgospodarowywały się w niej z

rekwizytami swego fachu. Na ich ramionach wniesiona wchodziła do pokoju

milcząca, nieruchoma pani, dama z kłaków i płótna, z czarną drewnianą

gałką zamiast głowy. Ale ustawiona w kącie, między drzwiami a piecem, ta

cicha dama stawała się panią sytuacji. Ze swego kąta, stojąc nieruchomo,

nadzorowała w milczeniu pracę dziewcząt. Pełna krytycyzmu i niełaski

przyjmowała ich starania i umizgi, z jakimi przyklękały przed nią,

przymierzając fragmenty sukni, znaczone białą fastrygą. Obsługiwały z

uwagą i cierpliwością milczący idol, którego nic zadowolić nie mogło.

Ten moloch był nieubłagany, jak tylko kobiece molochy być potrafią, i

odsyłał je wciąż na nowo do pracy, a one, wrzecionowate i smukłe,

podobne do szpuli drewnianych, z których odwijały się nici, i tak

ruchliwe jak one, manipulowały zgrabnymi ruchami nad tą kupą jedwabiu i

sukna, wcinały się szczękającymi nożycami w jej kolorową masę, furkotały

maszyną, depcąc pedał lakierkową, tanią nóżką, a dookoła nich rosła kupa

odpadków, różnokolorowych strzępów i szmatek, jak wyplute łuski i plewy

dookoła dwóch wybrednych i marnotrawnych papug. Krzywe szczęki nożyc

otwierały się ze skrzypieniem, jak dzioby tych kolorowych ptaków.

Dziewczęta deptały nieuważnie po barwnych obrzynkach, brodząc

nieświadomie niby w śmietniku możliwego jakiego karnawału, w rupieciami

jakiejś wielkiej nieurzeczywistnionej maskarady. Otrzepywały się ze

szmatek z nerwowym śmiechem, łaskotały oczyma zwierciadła. Ich dusze,

szybkie czarodziejstwo ich rąk było nie w nudnych sukniach, które

zostawały na stole, ale w tych setkach odstrzygnięć, w tych wiórach

lekkomyślnych i płochych, którymi zasypać mogły cale miasto, jak

kolorową fantastyczną śnieżycą. Nagle było im gorąco i otwierały okno,

ażeby w niecierpliwości swej samotni, w głodzie obcych twarzy,

przynajmniej bezimienną twarz zobaczyć, do okna przyciśniętą. Wachlowały

rozpalone swe policzki przed wzbierającą firankami nocą zimową -

odsłaniały płonące dekolty, pełne nienawiści do siebie i rywalizacji,

gotowe stanąć do walki o tego pierrota, którego by ciemny powiew nocy

przywiał na okno. Ach! jak mało wymagały one od rzeczywistości. Miały

wszystko w sobie, miały nadmiar wszystkiego w sobie. Ach! byłby im

wystarczył pierrot wypchany trocinami, jedno-dwa słowa, na które od

dawna czekały, by móc wpaść w swą rolę dawno przygotowaną, z dawna

tłoczącą się na usta, pełną słodkiej i strasznej goryczy, ponoszącą

dziko, jak stronice romansu połykane nocą wraz ze łzami ronionymi na

wypieki lic. Podczas jednej ze swych wędrówek wieczornych po mieszkaniu,

przedsiębranych pod nieobecność Adeli, natknął się mój ojciec na ten

cichy seans wieczorny. Przez chwilę stał w ciemnych drzwiach przyległego

pokoju, z lampą w ręku, oczarowany sceną pełną gorączki i wypieków, tą

idyllą z pudru, kolorowej bibułki i atropiny, której jako tło pełne

znaczenia podłożona była noc zimowa, oddychająca wśród wzdętych firanek

okna. Nakładając okulary, zbliżył się w paru krokach i obszedł dookoła

dziewczęta, oświecając je podniesioną w ręku lampą. Przeciąg z otwartych

drzwi podniósł firanki u okna, panienki dawały się oglądać, kręcąc się w

biodrach, polśniewając emalią oczu, lakiem skrzypiących pantofelków,

sprzączkami podwiązek pod wzdętą od wiatru sukienką; szmatki jęły umykać

po podłodze, jak szczury, ku uchylonym drzwiom ciemnego pokoju, a ojciec

mój przyglądał się uważnie prychającym osóbkom, szepcąc półgłosem: -

Genus avium… jeśli się nie mylę, scansores albo pistacci… w

najwyższym stopniu godne uwagi. Przypadkowe to spotkanie stało się

początkiem całej serii seansów, podczas których ojciec mój zdołał rychło

oczarować obie panienki urokiem swej przedziwnej osobistości. Odpłacając

się za pełną galanterii i dowcipu konwersację, którą zapełniał im pustkę

wieczorów - dziewczęta pozwalały zapalonemu badaczowi studiować

strukturę swych szczupłych i tandetnych ciałek. Działo się to w toku

konwersacji, z powagą i wytwornością, która najryzykowniejszym punktom

tych badań odbierała dwuznaczny ich pozór. Odsuwając pończoszkę z kolana

Pauliny i studiując rozmiłowanymi oczyma zwięzłą i szlachetną

konstrukcję przegubu, ojciec mój mówił: - Jakże pełna uroku i jak

szczęśliwa jest forma bytu, którą panie obrały. Jakże piękna i prosta

jest teza, którą dano wam swym życiem ujawnić. Lecz za to z jakim

mistrzostwem, z jaką finezją wywiązują się panie z tego zadania. Gdybym

odrzucając respekt przed Stwórcą, chciał się zabawić w krytykę

stworzenia, wołałbym: - mniej treści, więcej formy! Ach, jakby ulżył

światu ten ubytek treści. Więcej skromności w zamierzeniach, więcej

wstrzemięźliwości w pretensjach - panowie demiurdzy - a świat byłby

doskonalszy! - wołał mój ojciec akurat w momencie, gdy dłoń jego

wyłuskiwała białą łydkę Pauliny z uwięzi pończoszki. W tej chwili Adela

stanęła w otwartych drzwiach jadalni, niosąc tacę z podwieczorkiem. Było

to pierwsze spotkanie dwu tych wrogich potęg od czasu wielkiej rozprawy.

My wszyscy, którzy asystowaliśmy przy tym spotkaniu, przeżyliśmy chwilę

wielkiej trwogi. Było nam nadwyraz przykro być świadkami nowego

upokorzenia i tak już ciężko doświadczonego męża. Mój ojciec powstał z

klęczek bardzo zmieszany, falą po fali zabarwiała się jego twarz coraz

ciemniej napływem wstydu. Ale Adela znalazła się niespodzianie na

wysokości sytuacji. Podeszła z uśmiechem do ojca i dała mu prztyczka w

nos. Na to hasło Polda i Paulina klasnęły radośnie w dłonie, zatupotały

nóżkami i uwiesiwszy się z obu stron u ramion ojca, obtańczyły z nim

stół dookoła. W ten sposób, dzięki dobremu sercu dziewcząt, rozwiał się

zarodek przykrego konfliktu w ogólnej wesołości. Oto jest początek

wielce ciekawych i dziwnych prelekcji, które mój ojciec, natchniony

urokiem tego małego i niewinnego audytorium, odbywał w następnych

tygodniach owej wczesnej zimy. Jest godne uwagi, jak w zetknięciu z

niezwykłym tym człowiekiem rzeczy wszystkie cofały się niejako do

korzenia swego bytu, odbudowywały swe zjawisko aż do metafizycznego

jądra, wracały niejako do pierwotnej idei, ażeby w tym punkcie

sprzeniewierzyć się jej i przechylić w te wątpliwe, ryzykowne i

dwuznaczne regiony, które nazwiemy tu krótko regionami wielkiej herezji.

Nasz herezjarcha szedł wśród rzeczy jak magnetyzer, zarażając je i

uwodząc swym niebezpiecznym czarem. Czy mam nazwać i Paulinę jego

ofiarą? Stała się ona w owych dniach jego uczennicą, adeptką jego

teoryj, modelem jego eksperymentów. Tutaj postaram się wyłożyć z

należytą ostrożnością, i unikając zgorszenia, tę nader kacerską

doktrynę, która opętała wówczas na długie miesiące mego ojca i opanowała

wszystkie jego poczynania.

Demiurgos - mówił mój ojciec - nie posiadł monopolu na tworzenie - tworzenie jest przywilejem

wszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodność,

niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas nęci

do formowania. W głębi materii kształtują się niewyraźne uśmiechy,

zawiązują się napięcia, zgęszczają się próby kształtów. Cała materia

faluje od nieskończonych możliwości, które przez nią przechodzą mdłymi

dreszczami. Czekając na ożywcze tchnienie ducha, przelewa się ona w

sobie bez końca, kusi tysiącem słodkich okrąglizn i miękkości, które z

siebie w ślepych rojeniach wymajacza. Pozbawiona własnej inicjatywy,

lubieżnie podatna, po kobiecemu plastyczna, uległa wobec wszystkich

impulsów - stanowi ona teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiego

rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, domenę wszelkich nadużyć i

wątpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejszą i

najbezbronniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować,

każdemu jest posłuszna. Wszystkie organizacje materii są nietrwałe i

luźne, łatwe do uwstecznienia i rozwiązania. Nie ma żadnego zła w

redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem.

Jest ono nieraz koniecznym gwałtem wobec opornych i skostniałych form

bytu, które przestały być zajmujące. W interesie ciekawego i ważnego

eksperymentu może ono nawet stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjścia dla

nowej apologii sadyzmu. Mój ojciec był niewyczerpany w gloryfikacji tego

przedziwnego elementu, jakim była materia. - Nie ma materii martwej -

nauczał - martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznane

formy życia. Skala tych form jest nieskończona, a odcienie i niuanse

niewyczerpane. Demiurgos był w posiadaniu ważnych i ciekawych recept

twórczych. Dzięki nim stworzył on mnogość rodzajów, odnawiających się

własną siłą. Nie wiadomo, czy recepty te kiedykolwiek zostaną

zrekonstruowane. Ale jest to niepotrzebne, gdyż jeśliby nawet te

klasyczne metody kreacji okazały się raz na zawsze niedostępne,

pozostają pewne metody illegalne, cały bezmiar metod heretyckich i

występnych. W miarę jak ojciec od tych ogólnych zasad kosmogonii zbliżał

się do terenu swych ciaśniejszych zainteresowań, głos jego zniżał się do

wnikliwego szeptu, wykład stawał się coraz trudniejszy i zawilszy, a

wyniki, do których dochodził, gubiły się w coraz bardziej wątpliwych i

ryzykownych regionach. Gestykulacja jego nabierała ezoterycznej

solenności. Przymykał jedno oko, przykładał dwa palce do czoła, chytrość

jego spojrzenia stawała się wprost niesamowita. Wwiercał się tą

chytrością w swe interlokutorki, gwałcił cynizmem tego spojrzenia

najwstydliwsze, najintymniejsze w nich rezerwy i dosięgał wymykające się

w najgłębszym zakamarku, przypierał do ściany i łaskotał, drapał

ironicznym palcem, póki nie dołaskotał się błysku zrozumienia i śmiechu,

śmiechu przyznania i porozumienia się, którym w końcu musiało się

kapitulować. Dziewczęta siedziały nieruchomo, lampa kopciła, sukno pod

igłą maszyny dawno się zsunęło, a maszyna stukotała pusto, stębnując

czarne, bezgwiezdne sukno, odwijające się z postawu nocy zimowej za

oknem. - Zbyt długo żyliśmy pod terrorem niedościgłej doskonałości

Demiurga - mówił mój ojciec - zbyt długo doskonałość jego tworu

paraliżowała naszą własną twórczość. Nie chcemy z nim konkurować. Nie

mamy ambicji mu dorównać. Chcemy być twórcami we własnej, niższej

sferze, pragniemy dla siebie twórczości, pragniemy rozkoszy twórczej,

pragniemy - jednym słowem - demiurgii. - Nie wiem, w czyim imieniu

proklamował mój ojciec te postulaty, jaka zbiorowość, jaka korporacja,

sekta czy zakon, nadawała swą solidarnością patos jego słowom. Co do

nas, to bylimy dalecy od wszelkich zakusów demiurgicznych. Lecz ojciec

mój rozwinął tymczasem program tej wtórej demiurgii, obraz tej drugiej

generacji stworzeń, która stanąć miała w otwartej opozycji do panującej

epoki. - Nie zależy nam - mówił on - na tworach o długim oddechu, na

istotach na daleką metę. Nasze kreatury nie będą bohaterami romansów w

wielu tomach. Ich role będą krótkie, lapidarne, ich charaktery - bez

dalszych planów. Często dla jednego gestu, dla jednego słowa podejmiemy

się trudu powołania ich do życia na tę jedną chwilę. Przyznajemy

otwarcie: nie będziemy kładli nacisku na trwałość ani solidność

wykonania, twory nasze będą jak gdyby prowizoryczne, na jeden raz

zrobione. Jeśli będą to ludzie, to damy im na przykład tylko jedną

stronę twarzy, jedną rękę, jedną nogę, tę mianowicie, która im będzie w

ich roli potrzebna. Byłoby pedanterią troszczyć się o ich drugą, nie

wchodzącą w grę nogę. Z tyłu mogą być po prostu zaszyte płótnem lub

pobielone. Naszą ambicję pokładać będziemy w tej dumnej dewizie: dla

każdego gestu inny aktor. Do obsługi każdego słowa, każdego czynu

powołamy do życia innego człowieka. Taki jest nasz smak, to będzie świat

według naszego gustu. Demiurgos kochał się w wytrawnych, doskonałych i

skomplikowanych materiałach, my dajemy pierwszeństwo tandecie. Po prostu

porywa nas, zachwyca taniość, lichota, tandetność materiału. Czy

rozumiecie - pytał mój ojciec - głęboki sens tej słabości, tej pasji do

pstrej bibułki, do papier mâché , do lakowej farby, do kłaków i

trociny? To jest - mówił z bolesnym umiechem - nasza miłość do materii

jako takiej, do jej puszystości i porowatości, do jej jedynej,

mistycznej konsystencji. Demiurgos, ten wielki mistrz i artysta, czyni

ją niewidzialną, każe jej zniknąć pod grą życia. My, przeciwnie, kochamy

jej zgrzyt, jej oporność, jej pałubiastą niezgrabność. Lubimy pod każdym

gestem, pod każdym ruchem widzieć jej ociężały wysiłek, jej bezwład, jej

słodką niedwiedziowatość. Dziewczęta siedziały nieruchomo z szklanymi

oczyma. Twarze ich były wyciągnięte i zgłupiałe zasłuchaniem, policzki

podmalowane wypiekami, trudno było w tej chwili ocenić, czy należą do

pierwszej, czy do drugiej generacji stworzenia. - Słowem - konkludował

mój ojciec - chcemy stworzyć po raz wtóry człowieka, na obraz i

podobieństwo manekinu. Tu musimy dla wierności sprawozdawczej opisać

pewien drobny i błahy incydent, który zaszedł w tym punkcie prelekcji i

do którego nie przywiązujemy żadnej wagi. Incydent ten, całkowicie

niezrozumiały i bezsensowny w tym danym szeregu zdarzeń, da się chyba

wytłumaczyć jako pewnego rodzaju automatyzm szczątkowy, bez antecedensów

i bez ciągłości, jako pewnego rodzaju złośliwość obiektu, przeniesiona w

dziedzinę psychiczną. Radzimy czytelnikowi zignorować go z równą

lekkomyślnością, jak my to czynimy. Oto jego przebieg: W chwili gdy mój

ojciec wymawiał słowo manekin, Adela spojrzała na zegarek na

bransoletce, po czym porozumiała się spojrzeniem z Poldą. Teraz wysunęła

się wraz z krzesłem o piędź naprzód, podniosła brzeg sukni, wystawiła

powoli stopę, opiętą w czarny jedwab, i wyprężyła ją jak pyszczek węża.

Tak siedziała przez cały czas tej sceny, całkiem sztywno, z wielkimi,

trzepoczącymi oczyma, pogłębionymi lazurem atropiny, z Poldą i Pauliną

po obu bokach. Wszystkie trzy patrzyły rozszerzonymi oczami na ojca. Mój

ojciec chrząknął, zamilkł, pochylił się i stał się nagle bardzo

czerwony. W jednej chwili lineatura jego twarzy, dopiero co tak

rozwichrzona i pełna wibracji, zamknęła się na spokorniałych rysach. On

- herezjarcha natchniony, ledwo wypuszczony z wichru uniesienia - złożył

się nagle w sobie, zapadł i zwinął. A może wymieniono go na innego. Ten

inny siedział sztywny, bardzo czerwony, ze spuszczonymi oczyma. Panna

Polda podeszła i pochyliła się nad nim. Klepiąc go lekko po plecach,

mówiła tonem łagodnej zachęty: - Jakub będzie rozsądny, Jakub posłucha,

Jakub nie będzie uparty. No, proszę… Jakub, Jakub… Wypięty

pantofelek Adeli drżał lekko i błyszczał jak języczek węża. Mój ojciec

podniósł się powoli ze spuszczonymi oczyma, postąpił krok naprzód, jak

automat, i osunął się na kolana. Lampa syczała w ciszy, w gęstwinie

tapet biegły tam i z powrotem wymowne spojrzenia, leciały szepty

jadowitych języków, gzygzaki myśli…

Ciąg dalszy

Następnego wieczora ojciec podjął z odnowioną swadą ciemny i zawiły

swój temat. Lineatura jego zmarszczek rozwijała się i zawijała

z wyrafinowaną chytrością. W każdej spirali ukryty był pocisk ironii.

Ale czasami inspiracja rozszerzała kręgi jego

zmarszczek, które rosły jaką ogromną wirującą grozą, uchodząc w

milczących wolutach w głąb nocy zimowej. - Figury panopticum, moje panie

- zaczął on - kalwaryjskie parodie manekinów, ale nawet w tej postaci

strzeżcie się lekko je traktować. Materia nie zna żartów. Jest ona

zawsze pełna tragicznej powagi. Kto ośmiela się myśleć, że można igrać z

materią, że kształtować ją można dla żartu, że żart nie wrasta w nią,

nie wżera się natychmiast jak los, jak przeznaczenie? Czy przeczuwacie

ból, cierpienie głuche, nie wyzwolone, zakute w materię cierpienie tej

pałuby, która nie wie, czemu nią jest, czemu musi trwać w tej gwałtem

narzuconej formie, będącej parodią? Czy pojmujecie potęgę wyrazu, formy,

pozoru, tyrańską samowolę, z jaką rzuca się on na bezbronną kłodę i

opanowuje, jak własna, tyrańska, panosząca się dusza? Nadajecie jakiej

głowie z kłaków i płótna wyraz gniewu i pozostawiacie ją z tym gniewem,

z tą konwulsją, z tym napięciem raz na zawsze, zamkniętą ze ślepą

złością, dla której nie ma odpływu. Tłum śmieje się z tej parodii.

Płaczcie, moje panie, nad losem własnym, widząc nędzę materii więzionej,

gnębionej materii, która nie wie, kim jest i po co jest, dokąd prowadzi

ten gest, który jej raz na zawsze nadano. Tłum śmieje się. Czy

rozumiecie straszny sadyzm, upajające, demiurgiczne okrucieństwo tego

śmiechu? Bo przecież płakać nam, moje panie, trzeba nad losem własnym na

widok tej nędzy materii, gwałconej materii, na której dopuszczono się

strasznego bezprawia. Stąd płynie, moje panie, straszny smutek

wszystkich błazeńskich golemów, wszystkich pałub, zadumanych tragicznie

nad śmiesznym swym grymasem. Oto jest anarchista Luccheni, morderca

cesarzowej Elżbiety, oto Draga, demoniczna i nieszczęśliwa królowa

Serbii, oto genialny młodzieniec, nadzieja i duma rodu, którego zgubił

nieszczęsny nałóg onanii. O, ironio tych nazw, tych pozorów! Czy jest w

tej pałubie naprawdę co z królowej Dragi, jej sobowtór, najdalszy bodaj

cień jej istoty? To podobieństwo, ten pozór, ta nazwa uspokaja nas i nie

pozwala nam pytać, kim jest dla siebie samego ten twór nieszczęśliwy. A

jednak to musi być kto, moje panie, kto anonimowy, kto groźny, kto

nieszczęśliwy, kto, co nie słyszał nigdy w swym głuchym życiu o

królowej Dradze… Czy słyszeliście po nocach straszne wycie tych pałub

woskowych, zamkniętych w budach jarmarcznych, żałosny chór tych kadłubów

z drzewa i porcelany, walących pięściami w ściany swych więzień? W

twarzy mego ojca, rozwichrzonej grozą spraw, które wywołał z ciemności,

utworzył się wir zmarszczek, lej rosnący w głąb, na którego dnie gorzało

groźne oko prorocze. Broda jego zjeżyła się dziwnie, wiechcie i pędzle

włosów, strzelające z brodawek, z pieprzów, z dziurek od nosa,

nastroszyły się na swych korzonkach. Tak stał drętwy, z gorejącymi

oczyma, drżąc od wewnętrznego wzburzenia, jak automat, który zaciął się

i zatrzymał na martwym punkcie. Adela wstała z krzesła i poprosiła nas o

przymknięcie oczu na to, co się za chwilę stanie. Potem podeszła do ojca

i z rękoma na biodrach, przybierając pozór podkreślonej stanowczoci,

zażądała bardzo dobitnie… Panienki siedziały sztywno, ze spuszczonymi

oczyma, w dziwnej drętwości.

Dokończenie

Któregoś z następnych wieczorów ojciec

mój w te słowa ciągnął dalej swą prelekcję: Nie o tych

nieporozumieniach ucieleśnionych, nie o tych smutnych parodiach, moje

panie, owocach prostackiej i wulgarnej niepowściągliwoci - chciałem

mówić zapowiadając mą rzecz o manekinach. Miałem na myśli co innego. Tu

ojciec mój zaczął budować przed naszymi oczyma obraz tej wymarzonej

przez niego generatio aequivoca, jakiegoś pokolenia istot na wpół

tylko organicznych, jakiejś pseudowegetacji i pseudofauny, rezultatów

fantastycznej fermentacji materii. Były to twory podobne z pozoru do

istot żywych, do kręgowców, skorupiaków, członkonogów, lecz pozór ten

mylił. Były to w istocie istoty amorfne, bez wewnętrznej struktury,

płody imitatywnej tendencji materii, która obdarzona pamięcią, powtarza

z przyzwyczajenia raz przyjęte kształty. Skala morfologii, której

podlega materia, jest w ogóle ograniczona i pewien zasób form powtarza

się wciąż na różnych kondygnacjach bytu. Istoty te - ruchliwe, wrażliwe

na bodźce, a jednak dalekie od prawdziwego życia - można było otrzymać

zawieszając pewne skomplikowane koloidy w roztworach soli kuchennej.

Koloidy te po kilku dniach formowały się, organizowały w pewne

zagęszczenia substancji przypominającej niższe formy fauny. U istot tak

powstałych można było stwierdzić proces oddychania, przemianę materii,

ale analiza chemiczna nie wykazywała w nich nawet śladu połączeń

białkowych ani w ogóle związków węgla. Wszelako prymitywne te formy były

niczym w porównaniu z bogactwem kształtów i wspaniałości pseudofauny i

flory, która pojawia się niekiedy w pewnych ściśle określonych

środowiskach. Środowiskami tymi są stare mieszkania, przesycone

emanacjami wielu żywotów i zdarzeń - zużyte atmosfery, bogate w

specyficzne ingrediencje marzeń ludzkich - rumowiska, obfitujące w humus

wspomnień, tęsknot, jałowej nudy. Na takiej glebie owa pseudowegetacja

kiełkowała szybko i powierzchownie, pasożytowała obficie i efemerycznie,

pędziła krótkotrwałe generacje, które rozkwitały raptownie i świetnie,

ażeby wnet zgasnąć i zwiędnąć. Tapety muszą być w takich mieszkaniach

już bardzo zużyte i znudzone nieustanną wędrówką po wszystkich

kadencjach rytmów; nic dziwnego, że schodzą na manowce dalekich,

ryzykownych rojeń. Rdzeń mebli, ich substancja musi już być rozluźniona,

zdegenerowana i podległa występnym pokusom: wtedy na tej chorej,

zmęczonej i zdziczałej glebie wykwita, jak piękna wysypka, nalot

fantastyczny, kolorowa, bujająca pleśń. - Wiedzą panie - mówił ojciec

mój - że w starych mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina.

Nie odwiedzane miesiącami, więdną w opuszczeniu między starymi murami i

zdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawsze

stracone dla naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi,

prowadzące do nich z jakiego podestu tylnych schodów, mogą być tak

długo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, która

zaciera ich ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys. - Wszedłem raz -

mówił ojciec mój - wczesnym rankiem na schyłku zimy, po wielu miesiącach

nieobecności, do takiego na wpół zapomnianego traktu i zdumiony byłem

wyglądem tych pokojów. Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkich

gzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy i napełniały szare powietrze

migotliwą koronką filigranowego listowia, ażurową gęstwiną jakiejś

cieplarni, pełnej szeptów, lśnień, kołysań, jakiejś fałszywej i błogiej

wiosny. Dookoła łóżka, pod wieloramienną lampą, wzdłuż szaf chwiały się

kępy delikatnych drzew, rozpryskiwały w górze w świetliste korony, w

fontanny koronkowego listowia, bijące aż pod malowane niebo sufitu

rozpylonym chlorofilem. W przyspieszonym procesie kwitnienia kiełkowały

w tym listowiu ogromne, białe i różowe kwiaty, pączkowały w oczach,

bujały od środka różowym miąższem i przelewały się przez brzegi, gubiąc

płatki i rozpadając się w prędkim przekwitaniu. - Byłem szczęśliwy -

mówił mój ojciec - z tego niespodzianego rozkwitu, który napełnił

powietrze migotliwym szelestem, łagodnym szumem, przesypującym się jak

kolorowe confetti przez cienkie rózgi gałązek. Widziałem, jak z drgania

powietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela się i materializuje

to pospieszne kwitnienie, przelewanie się i rozpadanie fantastycznych

oleandrów, które napełniły pokój rzadką, leniwą śnieżycą wielkich,

różowych kici kwietnych. - Nim zapadł wieczór - kończył ojciec - nie

było już śladu tego świetnego rozkwitu. Cała złudna ta fatamorgana była

tylko mistyfikacją, wypadkiem dziwnej symulacji materii, która podszywa

się pod pozór życia. Ojciec mój był dnia tego dziwnie ożywiony,

spojrzenia jego, chytre, ironiczne spojrzenia, tryskały werwą i humorem.

Potem, nagle poważniejąc, znów rozpatrywał nieskończoną skalę form i

odcieni, jakie przybierała wielokształtna materia. Fascynowały go formy

graniczne, wątpliwe i problematyczne, jak ektoplazma somnambulików,

pseudomateria, emanacja kataleptyczna mózgu, która w pewnych wypadkach

rozrastała się z ust uśpionego na cały stół, napełniała cały pokój, jako

bujająca, rzadka tkanka, astralne ciasto, na pograniczu ciała i ducha.

- Kto wie - mówił - ile jest cierpiących, okaleczonych, fragmentarycznych

postaci życia, jak sztucznie sklecone, gwoździami na gwałt zbite życie

szaf i stołów, ukrzyżowanego drzewa, cichych męczenników okrutnej

pomysłowości ludzkiej. Straszliwe transplantacje obcych i nienawidzących

się ras drzewa, skucie ich w jedną nieszczęliwą osobowość. Ile starej,

mądrej męki jest w bejcowanych słojach, żyłach i fladrach naszych

starych, zaufanych szaf. Kto rozpozna w nich stare, zheblowane,

wypolerowane do niepoznaki rysy, umiechy, spojrzenia! Twarz mego ojca,

gdy to mówił, rozeszła się zamyśloną lineaturą zmarszczek, stała się

podobna do sęków i słojów starej deski, z której zheblowano wszystkie

wspomnienia. Przez chwilę myślelimy, że ojciec popadnie w stan

drętwoty, który nawiedzał go czasem, ale ocknął się nagle, opamiętał i

tak ciągnął dalej: - Dawne, mistyczne plemiona balsamowały swych

umarłych. W ściany ich mieszkań były wprawione, wmurowane ciała, twarze:

w salonie stał ojciec - wypchany, wygarbowana żona-nieboszczka była

dywanem pod stołem. Znałem pewnego kapitana, który miał w swej kajucie

lampę-meluzynę, zrobioną przez malajskich balsamistów z jego

zamordowanej kochanki. Na głowie miała ogromne rogi jelenie. W ciszy

kajuty głowa ta, rozpięta między gałęziami rogów u stropu, powoli

otwierała rzęsy oczu; na rozchylonych ustach lniła błonka śliny,

pękająca od cichego szeptu. Głowonogi, żółwie i ogromne kraby,

zawieszone na belkach sufitu jako kandelabry i pająki, przebierały w tej

ciszy bez końca nogami, szły i szły na miejscu… Twarz mojego ojca

przybrała naraz wyraz troski i smutku, gdy myśli jego na drogach nie

wiedzieć jakich asocjacji przeszły do nowych przykładów: - Czy mam

przemilczeć - mówił przyciszonym głosem - że brat mój na skutek długiej

i nieuleczalnej choroby zamienił się stopniowo w zwój kiszek gumowych,

że biedna moja kuzynka dniem i nocą nosiła go w poduszkach, nucąc

nieszczęśliwemu stworzeniu nieskończone kołysanki nocy zimowych? Czy

może być coś smutniejszego niż człowiek zamieniony w kiszkę hegarową? Co

za rozczarowanie dla rodziców, co za dezorientacja dla ich uczuć, co za

rozwianie wszystkich nadziei, wiązanych z obiecującym młodzieńcem! A

jednak wierna miłość biednej kuzynki towarzyszyła mu i w tej przemianie.

- Ach! nie mogę już dłużej, nie mogę tego słuchać! - jęknęła Polda

przechylając się na krześle. - Ucisz go, Adelo… Dziewczęta wstały,

Adela podeszła do ojca i wyciągniętym palcem uczyniła ruch zaznaczający

łaskotanie. Ojciec stropił się, zamilkł i zaczął, pełen przerażenia,

cofać się tyłem przed kiwającym się palcem Adeli. Ta szła za nim ciągle,

grożąc mu jadowicie palcem, i wypierała go krok za krokiem z pokoju.

Paulina ziewnęła przeciągając się. Obie z Poldą, wsparte o siebie

ramionami, spojrzały sobie w oczy z uśmiechem.

Cały sierpień owego roku przebawiłem się z małym, kapitalnym

pieskiem, który pewnego dnia znalazł się na podłodze naszej kuchni,

niedołężny i piszczący, pachnący jeszcze mlekiem i niemowlęctwem, z nie

uformowanym, okrągławym, drżącym łebkiem, z łapkami jak u kreta

rozkraczonymi na boki i z najdelikatniejszą, mięciutką sierścią. Od

pierwszego wejrzenia zdobyła sobie ta kruszynka życia cały zachwyt, cały

entuzjazm chłopięcej duszy. Z jakiego nieba spadł tak niespodzianie ten

ulubieniec bogów, milszy sercu od najpiękniejszych zabawek? Że też

stare, zgoła nieinteresujące pomywaczki wpadają niekiedy na tak świetne

pomysły i przynoszą z przedmieścia - o całkiem wczesnej,

transcendentalnej porannej godzinie - takiego oto pieska do naszej

kuchni! Ach! było się jeszcze - niestety - nieobecnym, nieurodzonym z

ciemnego łona snu, a już to szczęście ziściło się, już czekało na nas,

niedołężnie leżące na chłodnej podłodze kuchni, nie docenione przez

Adelę i domowników. Dlaczego nie obudzono mnie wcześniej! Talerzyk mleka

na podłodze świadczył o macierzyńskich impulsach Adeli, świadczył

niestety także i o chwilach przeszłości, dla mnie na zawsze straconej, o

rozkoszach przybranego macierzyństwa, w których nie brałem udziału. Ale

przede mną leżała jeszcze cała przyszłość. Jakiż bezmiar doświadczeń,

eksperymentów, odkryć otwierał się teraz! Sekret życia, jego

najistotniejsza tajemnica sprowadzona do tej prostszej, poręczniejszej i

zabawkowej formy odsłaniała się tu nienasyconej ciekawości. Było to

nadwyraz interesujące, mieć na własność taką odrobinkę życia, taką

cząsteczkę wieczystej tajemnicy, w postaci tak zabawnej i nowej,

budzącej nieskończoną ciekawość i respekt sekretny swą obcością,

niespodzianą transpozycją tego samego wątku życia, który i w nas był, na

formę od naszej odmienną, zwierzęcą. Zwierzęta! cel nienasyconej

ciekawości, egzemplifikacje zagadki życia, jakby stworzone po to, by

człowiekowi pokazać człowieka, rozkładając jego bogactwo i komplikację

na tysiąc kalejdoskopowych możliwości, każdą doprowadzoną do jakiegoś

paradoksalnego krańca, do jakiejś wybujałości pełnej charakteru.

Nieobciążone splotem egzotycznych interesów, mącących stosunki

międzyludzkie, otwierało się serce pełne sympatii dla obcych emanacji

wiecznego życia, pełne miłosnej współpracującej ciekawości, która była

zamaskowanym głosem samopoznania. Piesek był aksamitny, ciepły i

pulsujący małym, pospiesznym sercem. Miał dwa miękkie płatki uszu,

niebieskawe, mętne oczka, różowy pyszczek, do którego można było włożyć

palec bez żadnego niebezpieczeństwa, łapki delikatne i niewinne, z

wzruszającą, różową brodaweczką z tyłu, nad stopami przednich nóg.

Właził nimi do miski z mlekiem, żarłoczny i niecierpliwy, chłepcący

napój różowym języczkiem, ażeby po nasyceniu się podnieść żałośnie małą

mordkę z kroplą mleka na brodzie i wycofać się niedołężnie z kąpieli

mlecznej. Chód jego był niezgrabnym toczeniem się, bokiem na ukos w

niezdecydowanym kierunku, po linii trochę pijanej i chwiejnej. Dominantą

jego nastroju była jaka nieokreślona i zasadnicza żałość, sieroctwo i

bezradność - niezdolność do zapełnienia czymś pustki życia pomiędzy

sensacjami posiłków. Objawiało się to bezplanowością i niekonsekwencją

ruchów, irracjonalnymi napadami nostalgii z żałosnym skomleniem i

niemożnością znalezienia sobie miejsca. Nawet jeszcze w głębi snu, w

którym potrzebę oparcia się i przytulenia zaspokajać musiał używając do

tego własnej swej osoby, zwiniętej w kłębek drżący - towarzyszyło mu

poczucie osamotnienia i bezdomności. Ach, życie - młode i wątłe życie,

wypuszczone z zaufanej ciemności, z przytulnego ciepła łona

macierzystego w wielki i obcy, świetlany świat, jakże kurczy się ono i

cofa, jak wzdraga się zaakceptować tę imprezę, którą mu proponują -

pełne awersji i zniechęcenia! Lecz zwolna mały Nemrod (otrzymał był to

dumne i wojownicze imię) zaczyna smakować w życiu. Wyłączne opanowanie

obrazem macierzystej prajedni ustępuje urokowi wielości. Świat zaczyna

nań nastawiać pułapki: nieznany a czarujący smak różnych pokarmów,

czworobok porannego słońca na podłodze, na którym tak dobrze jest

położyć się, ruchy własnych członków, własne łapki, ogonek, figlarnie

wyzywający do zabawy z samym sobą, pieszczoty ręki ludzkiej, pod którymi

zwolna dojrzewa pewna swawolność, wesołość rozpierająca ciało i rodząca

potrzebę zgoła nowych, gwałtownych i ryzykownych ruchów - wszystko to

przekupuje, przekonywa i zachęca do przyjęcia, do pogodzenia się z

eksperymentem życia. I jeszcze jedno. Nemrod zaczyna rozumieć, że to, co

mu się tu podsuwa, mimo pozorów nowości jest w gruncie rzeczy czymś, co

już było - było wiele razy - nieskończenie wiele razy. Jego ciało

poznaje sytuacje, wrażenia i przedmioty. W gruncie rzeczy to wszystko

nie dziwi go zbytnio. W obliczu każdej nowej sytuacji daje nura w swoją

pamięć, w głęboką pamięć ciała, i szuka omackiem, gorączkowo - i bywa,

że znajduje w sobie odpowiednią reakcję już gotową: mądrość pokoleń,

złożoną w jego plazmie, w jego nerwach. Znajduje jakieś czyny, decyzje,

o których sam nie wiedział, że już w nim dojrzały, że czekały na to, by

wyskoczyć. Sceneria jego młodego życia, kuchnia z wonnymi cebrami, ze

ścierkami o skomplikowanej i intrygującej woni, z kłapaniem pantofli

Adeli, z jej hałaśliwym krzątaniem się - nie straszy go więcej. Przywykł

uważać ją za swoją domenę, zadomowił się w niej i począł rozwijać w

stosunku do niej niejasne poczucie przynależności, ojczyzny. Chyba że

niespodzianie spadał nań kataklizm w postaci szorowania podłogi -

obalenie praw natury, chlusty ciepłego ługu, podmywające wszystkie

meble, i groźny szurgot szczotek Adeli. Ale niebezpieczeństwo mija,

szczotka uspokojona i nieruchoma leży cicho w kącie, schnąca podłoga

pachnie miło mokrym drzewem. Nemrod, przywrócony znowu do swych

normalnych praw i do swobody na terenie własnym, czuje żywą ochotę

chwytać zębami stary koc na podłodze i targać nim z całej siły na prawo

i lewo. Pacyfikacja żywiołów napełnia go niewymowną radością. Wtem staje

jak wryty: przed nim, o jakie trzy kroki pieskie, posuwa się czarna

maszkara, potwór sunący szybko na pręcikach wielu pogmatwanych nóg. Do

głębi wstrząśnięty Nemrod posuwa wzrokiem za skośnym kursem błyszczącego

owada, śledząc w napięciu ten płaski, bezgłowy i ślepy kadłub, niesiony

niesamowitą ruchliwocią pajęczych nóg. Co w nim na ten widok wzbiera,

co dojrzewa, pęcznieje, czego sam jeszcze nie rozumie, niby jaki gniew

albo strach, lecz raczej przyjemny i połączony z dreszczem siły,

samopoczucia, agresywności. I nagle opada na przednie łapki i wyrzuca z

siebie głos, jeszcze jemu samemu nie znany, obcy, całkiem niepodobny do

zwykłego kwilenia. Wyrzuca go z siebie raz, i jeszcze raz, i jeszcze,

cienkim dyszkantem, który się co chwila wykoleja. Ale nadaremnie

apostrofuje owada w tym nowym, z nagłego natchnienia zrodzonym języku. W

kategoriach umysłu karakoniego nie ma miejsca na tę tyradę i owad odbywa

dalej swą skośną turę ku kątowi pokoju, wśród ruchów uświęconych

odwiecznym karakonim rytuałem. Wszelako uczucia nienawiści nie mają

jeszcze trwałości i mocy w duszy pieska. Nowoobudzona radość życia

przeistacza każde uczucie w wesołość. Nemrod szczeka jeszcze, lecz sens

tego szczekania zmienił się niepostrzeżenie, stało się ono swoją własną

parodią - pragnąc w gruncie rzeczy wysłowić niewymowną udatność tej

świetnej imprezy życia, pełnej pikanterii, niespodzianych dreszczyków i

point.

W kącie między tylnymi ścianami szop i przybudówek był zaułek

podwórza, najdalsza, ostatnia odnoga, zamknięta między komorę, wychodek

i tylną ścianę kurnika - głucha zatoka, poza którą nie było już wyjścia.

Był to najdalszy przylądek, Gibraltar tego podwórza, bijący rozpaczliwie

głową w ślepy parkan z poziomych desek, zamykającą i ostateczną ścianę

tego świata. Spod jego omszonych dyli wyciekała strużka czarnej,

śmierdzącej wody, żyła gnijącego, tłustego błota, nigdy nie wysychająca

- jedyna droga, która poprzez granice parkanu wyprowadzała w świat. Ale

rozpacz smrodliwego zaułka tak długo biła głową w tę zaporę, aż

rozluźniła jedną z poziomych, potężnych desek. My, chłopcy, dokonaliśmy

reszty i wyważyli, wysunęli ciężką omszałą deskę z osady. Tak zrobiliśmy

wyłom, otworzyliśmy okno na słońce. Stanąwszy nogą na desce, rzuconej

jak most przez kałużę, mógł więzień podwórza w poziomej pozycji

przecisnąć się przez szparę, która wypuszczała go w nowy, przewiewny i

rozległy świat. Był tam wielki, zdziczały stary ogród. Wysokie grusze,

rozłożyste jabłonie rosły tu z rzadka potężnymi grupami, obsypane

srebrnym szelestem, kipiącą siatką białawych połysków. Bujna, zmieszana,

nie koszona trawa pokrywała puszystym kożuchem falisty teren. Były tam

zwykłe, trawiaste źdźbła łąkowe z pierzastymi kitami kłosów; były

delikatne filigrany dzikich pietruszek i marchwi; pomarszczone i

szorstkie listki bluszczyków i ślepych pokrzyw, pachnące miętą;

łykowate, błyszczące babki, nakrapiane rdzą, wystrzelające kićmi

grubej, czerwonej kaszy. Wszystko to, splątane i puszyste, przepojone

było łagodnym powietrzem, podbite błękitnym wiatrem i napuszczone

niebem. Gdy się leżało w trawie, było się przykrytym całą błękitną

geografią obłoków i płynących kontynentów, oddychało się całą rozległą

mapą niebios. Od tego obcowania z powietrzem liście i pędy pokryły się

delikatnymi włoskami, miękkim nalotem puchu, szorstką szczeciną haczków,

jak gdyby dla chwytania i zatrzymywania przepływów tlenu. Ten nalot

delikatny i białawy spokrewniał liście z atmosferą, dawał im srebrzysty,

szary połysk fal powietrznych, cienistych zadumań między dwoma błyskami

słońca. A jedna z tych roślin, żółta i pełna mlecznego soku w bladych

łodygach, nadęta powietrzem, pędziła ze swych pustych pędów już samo

powietrze, sam puch w kształcie pierzastych kul mleczowych rozsypywanych

przez powiew i wsiąkających bezgłośnie w błękitną ciszę. Ogród był

rozległy i rozgałęziony kilku odnogami i miał różne strefy i klimaty. W

jednej stronie był otwarty, pełen mleka niebios i powietrza, i tam

podścielał niebu co najmiększą, najdelikatniejszą, najpuszystszą zieleń.

Ale w miarę jak opadał w głąb długiej odnogi i zanurzał się w cień

między tylną ścianę opuszczonej fabryki wody sodowej, wyraźnie

pochmurniał, stawał się opryskliwy i niedbały, zapuszczał się dziko i

niechlujnie, srożył się pokrzywami, zjeżał bodiakami, parszywiał

chwastem wszelkim, aż w samym końcu między ścianami, w szerokiej

prostokątnej zatoce tracił wszelką miarę i wpadał w szał. Tam to nie był

już sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wciekłości, cyniczny

bezwstyd i rozpusta. Tam, rozbestwione, dając upust swej pasji,

panoszyły się puste, zdziczałe kapusty łopuchów - ogromne wiedźmy,

rozdziewające się w biały dzień ze swych szerokich spódnic, zrzucając je

z siebie, spódnica za spódnicą, aż ich wzdęte, szelestne, dziurawe

łachmany oszalałymi płatami grzebały pod sobą kłótliwe to plemię

bękarcie. A żarłoczne spódnice puchły i rozpychały się, piętrzyły się

jedne na drugich, rozpierały i nakrywały wzajem, rosnąc razem wzdętą

masą blach listnych, aż pod niski okap stodoły. Tam to było, gdziem go

ujrzał jedyny raz w życiu, o nieprzytomnej od żaru godzinie południa.

Była to chwila, kiedy czas, oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratu

zdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola.

Wtedy lato, pozbawione kontroli, rośnie bez miary i rachuby na całej

przestrzeni, rośnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w

dwójnasób, w trójnasób, w inny jaki, wyrodny czas, w nieznaną dymensję,

w obłęd. O tej godzinie opanowywał mnie szał łowienia motyli, pasja

ścigania tych migocących plamek, tych błędnych, białych płatków,

trzęsących się w rozognionym powietrzu niedołężnym gzygzakiem. I

zdarzyło się wówczas, że któraś z tych jaskrawych plamek rozpadła się w

locie na dwie, potem na trzy - i ten drgający, oślepiająco biały

trójpunkt wiódł mnie, jak błędny ognik, przez szał bodiaków, palących

się w słońcu. Dopiero na granicy łopuchów zatrzymałem się, nie śmiejąc

się pogrążyć w to głuche zapadlisko. Wtedy nagle ujrzałem go. Zanurzony

po pachy w łopuchach, kucał przede mną. Widziałem jego grube bary w

brudnej koszuli i niechlujny strzęp surduta. Przyczajony jak do skoku,

siedział tak - z barami jakby wielkim ciężarem zgarbionymi. Ciało jego

dyszało z natężenia, a z miedzianej, błyszczącej w słońcu twarzy lał się

pot. Nieruchomy, zdawał się ciężko pracować, mocować się bez ruchu z

jakim ogromnym brzemieniem. Stałem, przygwożdżony jego wzrokiem, który

mnie ujął jakby w kleszcze. Była to twarz włóczęgi lub pijaka. Wiecheć

brudnych kłaków wichrzył się nad czołem wysokim i wypukłym jak buła

kamienna, utoczona przez rzekę. Ale czoło to było skręcone w głębokie

bruzdy. Nie wiadomo, czy ból, czy palący żar słońca, czy nadludzkie

natężenie wkręciło się tak w tę twarz i napięło rysy do pęknięcia.

Czarne oczy wbiły się we mnie z natężeniem najwyższej rozpaczy czy bólu.

Te oczy patrzyły na mnie i nie patrzyły, widziały mnie i nie widziały

wcale. Były to pękające gałki, wytężone najwyższym uniesieniem bólu albo

dziką rozkoszą natchnienia. I nagle z tych rysów, naciągniętych do

pęknięcia, wyboczył się jakiś straszny, załamany cierpieniem grymas i

ten grymas rósł, brał w siebie tamten obłęd i natchnienie, pęczniał nim,

wybaczał się coraz bardziej, aż wyłamał się ryczącym, charczącym kaszlem

śmiechu. Do głębi wstrząśnięty, widziałem, jak hucząc śmiechem z

potężnych piersi, dźwignął się powoli z kucek i zgarbiony jak goryl, z

rękoma w opadających łachmanach spodni, uciekał, człapiąc przez łopocące

blachy łopuchów, wielkimi skokami - Pan bez fletu, cofający się w

popłochu do swych ojczystych kniei.


Back to IndexNext