The Project Gutenberg eBook ofSklepy cynamonowe

The Project Gutenberg eBook ofSklepy cynamonoweThis ebook is for the use of anyone anywhere in the United States and most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included with this ebook or online atwww.gutenberg.org. If you are not located in the United States, you will have to check the laws of the country where you are located before using this eBook.Title: Sklepy cynamonoweAuthor: Bruno SchulzRelease date: May 1, 2005 [eBook #8119]Most recently updated: November 20, 2017Language: PolishCredits: Produced by Pawel Sobkowiak and Polska Biblioteka Internetowa*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK SKLEPY CYNAMONOWE ***

This ebook is for the use of anyone anywhere in the United States and most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included with this ebook or online atwww.gutenberg.org. If you are not located in the United States, you will have to check the laws of the country where you are located before using this eBook.

Title: Sklepy cynamonoweAuthor: Bruno SchulzRelease date: May 1, 2005 [eBook #8119]Most recently updated: November 20, 2017Language: PolishCredits: Produced by Pawel Sobkowiak and Polska Biblioteka Internetowa

Title: Sklepy cynamonowe

Author: Bruno Schulz

Author: Bruno Schulz

Release date: May 1, 2005 [eBook #8119]Most recently updated: November 20, 2017

Language: Polish

Credits: Produced by Pawel Sobkowiak and Polska Biblioteka Internetowa

*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK SKLEPY CYNAMONOWE ***

Produced by Pawel Sobkowiak and Polska Biblioteka Internetowa

Spis tresci:

KSIĘGA RODZAJU TRAKTAT O MANEKINACH Ciąg dalszy TRAKTAT O MANEKINACH

Dokończenie NEMROD PAN PAN KAROL SKLEPY CYNAMONOWE ULICA KROKODYLI

1

W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i

starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszołamiających dni letnich.

Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której

wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia

miąższ złotych gruszek. Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z

ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca -

lśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czarne

wiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w

których miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej

poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z

klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i

meduzy - surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i

jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim

i polnym. Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku

przechodziło co dzień na wskroś całe wielkie lato: cisza drgających

słojów powietrznych, kwadraty blasku śniące żarliwy swój sen na

podłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia; dwa,

trzy takty refrenu, granego gdzie na fortepianie, wciąż na nowo,

mdlejące w słońcu na białych trotuarach, zagubione w ogniu dnia

głębokiego. Po sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje, zasuwając

płócienne story. Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej, pokój napełniał

się cieniem, jakby pogrążony w światło głębi morskiej, jeszcze mętniej

odbity w zielonych zwierciadłach, a cały upał dnia oddychał na storach,

lekko falujących od marzeń południowej godziny. W sobotnie popołudnia

wychodziłem z matką na spacer. Z półmroku sieni wstępowało się od razu w

słoneczną kąpiel dnia. Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy

zmrużone od żaru, jakby zalepione miodem, a podciągnięta górna warga

odsłaniała im dziąsła i zęby. I wszyscy brodzący w tym dniu złocistym

mieli ów grymas skwaru, jak gdyby słońce nałożyło swym wyznawcom jedną i

tę samą maskę - złotą maskę bractwa słonecznego; i wszyscy, którzy szli

dziś ulicami, spotykali się, mijali, starcy i młodzi, dzieci i kobiety,

pozdrawiali się w przejściu tą maską, namalowaną grubą, złotą farbą na

twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny - barbarzyńską maskę

kultu pogańskiego. Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu

gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosłe z

pustki żółtego placu, kipiały nad nim jasnym listowiem, bukietami

szlachetnie uczłonkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starych

gobelinach. Zdawało się, że te drzewa afektują wicher, wzburzając

teatralnie swe korony, ażeby w patetycznych przegięciach ukazać

wytworność wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra

szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiały

się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw,

rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje

dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśni

tynku) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień

wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które

formowało je od wewnątrz. Teraz okna, oślepione blaskiem pustego placu,

spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały

chłodem i winem. Kupka obdartusów, ocalała w kącie rynku przed płomienną

miotłą upału, oblegała kawałek muru, doświadczając go wciąż na nowo

rzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych metalowych krążków

odczytać można było prawdziwą tajemnicę muru, porysowanego hieroglifami

rys i pęknięć. Zresztą rynek był pusty. Oczekiwało się, że przed tę sień

sklepioną z beczkami winiarza podjedzie w cieniu chwiejących się akacyj

osiołek Samarytanina, prowadzony za uzdę, a dwóch pachołków zwlecze

troskliwie chorego męża z rozpalonego siodła, ażeby go po chłodnych

schodach wnieść ostrożnie na pachnące szabasem piętro. Tak wędrowaliśmy

z matką przez dwie słoneczne strony rynku, wodząc nasze załamane cienie

po wszystkich domach, jak po klawiszach. Kwadraty bruku mijały powoli

pod naszymi miękkimi i płaskimi krokami - jedne bladoróżowe jak skóra

ludzka, inne złote i sine, wszystkie płaskie, ciepłe, aksamitne na

słońcu, jak jakie twarze słoneczne, zadeptane stopami aż do niepoznaki,

do błogiej nicości. Aż wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w

cień apteki. Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym

symbolizowała chłód balsamów, którym każde cierpienie mogło się tam

ukoić. I po paru jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal

decorum miasta, jak chłop, który wracając do wsi rodzimej, rozdziewa się

po drodze z miejskiej swej elegancji, zamieniając się powoli, w miarę

zbliżania do wsi, w obdartusa wiejskiego. Przedmiejskie domki tonęły

wraz z oknami, zapadnięte w bujnym i zagmatwanym kwitnieniu małych

ogródków. Zapomniane przez wielki dzień, pleniły się bujnie i cicho

wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, którą prześnić mogły

za marginesem czasu, na rubieżach nieskończonego dnia. Ogromny

słonecznik, wydźwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis,

czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się pod

przerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i

perkalikowe, niewybredne kwiatuszki stały bezradne w swych

nakrochmalonych, różowych i białych koszulkach, bez zrozumienia dla

wielkiej tragedii słonecznika.

2

Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu

popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote

ciernisko krzyczy w słońcu, jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu

ognia wrzeszczą świerszcze; strąki nasion eksplodują cicho, jak koniki

polne. A ku parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem-pagórem,

jak gdyby ogród obrócił się we śnie na drugą stronę i grube jego,

chłopskie bary oddychają ciszą ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna,

babska bujność sierpnia wyolbrzymiała w głuche zapadliska ogromnych

łopuchów, rozpanoszyła się płatami włochatych blach listnych, wybujałymi

ozorami mięsistej zieleni. Tam te wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły

się jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół pożarte przez własne oszalałe

spódnice. Tam sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu,

śmierdzącą mydłem, grubą kaszę babek, dziką okowitę mięty i wszelką

najgorszą tandetę sierpniową. Ale po drugiej stronie parkanu, za tym

matecznikiem lata, w którym rozrosła się głupota zidiociałych chwastów,

było śmietnisko zarosłe dziko bodiakiem. Nikt nie wiedział, że tam

właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją wielką pogańską orgię. Na tym

śmietnisku, oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem, stało łóżko

skretyniałej dziewczyny Tłui. Tak nazywaliśmy ją wszyscy. Na kupie

śmieci i odpadków, starych garnków, pantofli, rumowiska i gruzu stało

zielono pomalowane łóżko, podparte zamiast brakującej nogi dwiema

starymi cegłami. Powietrze nad tym rumowiskiem, zdziczałe od żaru, cięte

błyskawicami lśniących much końskich, rozwścieczonych słońcem,

trzeszczało jak od nie widzianych grzechotek, podniecając do szału.

Tłuja siedzi przykucnięta wród żółtej pościeli i szmat. Wielka jej

głowa jeży się wiechciem czarnych włosów. Twarz jej jest kurczliwa jak

miech harmonii. Co chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc

poprzecznych fałd, a zdziwienie rozciąga ją z powrotem, wygładza fałdy,

odsłania szparki drobnych oczu i wilgotne dziąsła z żółtymi zębami pod

ryjowatą, mięsistą wargą. Mijają godziny pełne żaru i nudy, podczas

których Tłuja gaworzy półgłosem, drzemie, zrzędzi z cicha i chrząka.

Muchy obsiadają nieruchomą gęstym rojem. Ale z nagła ta cała kupa

brudnych gałganów, szmat i strzępów zaczyna poruszać się, jakby ożywiona

chrobotem lęgnących się w niej szczurów. Muchy budzą się spłoszone i

podnoszą wielkim, huczącym rojem, pełnym wciekłego bzykania, błysków i

migotań. I podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają po

śmietnisku jak spłoszone szczury, wygrzebuje się z nich, odwija zwolna

jądro, wyłuszcza się rdzeń śmietniska: na wpół naga i ciemna kretynka

dźwiga się powoli i staje, podobna do bożka pogańskiego, na krótkich

dziecinnych nóżkach, a z napęczniałej napływem złości szyi, z

poczerwieniałej, ciemniejącej od gniewu twarzy, na której jak malowidła

barbarzyńskie wykwitają arabeski nabrzmiałych żył, wyrywa się wrzask

zwierzęcy, wrzask chrapliwy, dobyty ze wszystkich bronchij i piszczałek

tej półzwierzęcej-półboskiej piersi. Bodiaki, spalone słońcem, krzyczą,

łopuchy puchną i pysznią się bezwstydnym mięsem, chwasty ślinią się

błyszczącym jadem, a kretynka, ochrypła od krzyku, w konwulsji dzikiej

uderza mięsistym łonem z wściekłą zapalczywością w pień bzu dzikiego,

który skrzypi cicho pod natarczywością tej rozpustnej chuci, zaklinany

całym tym nędzarskim chórem do wynaturzonej, pogańskiej płodności. Matka

Tłui wynajmuje się gospodyniom do szorowania podłóg. Jest to mała, żółta

jak szafran kobieta i szafranem zaprawia też podłogi, jodłowe stoły,

ławy i szlabany, które w izbach ubogich ludzi zmywa. Raz zaprowadziła

mnie Adela do domu tej starej Maryki. Była wczesna poranna godzina,

weszliśmy do małej izby niebiesko bielonej, z ubitą polepą glinianą na

podłodze, na której leżało wczesne słońce, jaskrawożółte w tej ciszy

porannej, odmierzanej przeraźliwym szczękiem chłopskiego zegara na

ścianie. W skrzyni na słomie leżała głupia Maryka, blada jak opłatek i

cicha jak rękawiczka, z której wysunęła się dłoń. I jakby korzystając z

jej snu, gadała cisza, żółta, jaskrawa, zła cisza, monologowała, kłóciła

się, wygadywała głośno i ordynarnie swój maniacki monolog. Czas Maryki

- czas więziony w jej duszy, wystąpił z niej straszliwie rzeczywisty i

szedł samopas przez izbę, hałaśliwy, huczący, piekielny, rosnący w

jaskrawym milczeniu poranka z głośnego młyna-zegara, jak zła mąka, sypka

mąka, głupia mąka wariatów.

3

W jednym z tych domków, otoczonym sztachetami brązowej barwy, tonącym

w bujnej zieleni ogródka, mieszkała ciotka Agata. Wchodząc do niej,

mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane kule, tkwiące na tyczkach, różowe,

zielone i fioletowe, w których zaklęte były całe świetlane i jasne

światy, jak te idealne i szczęśliwe obrazy zamknięte w niedościgłej

doskonałości baniek mydlanych. W półciemnej sieni ze starymi

oleodrukami, pożartymi przez pleśń i oślepłymi od starości,

odnajdowaliśmy znany nam zapach. W tej zaufanej starej woni mieściło się

w dziwnie prostej syntezie życie tych ludzi, alembik rasy, gatunek krwi

i sekret ich losu, zawarty niedostrzegalnie w codziennym mijaniu ich

własnego, odrębnego czasu. Stare, mądre drzwi, których ciemne

westchnienia wpuszczały i wypuszczały tych ludzi, milczący świadkowie

wchodzenia i wychodzenia matki, córek i synów-otworzyły się bezgłośnie

jak odrzwia szafy i weszliśmy w ich życie. Siedzieli jakby w cieniu

swego losu i nie bronili się - w pierwszych niezręcznych gestach

wydali nam swoją tajemnicę. Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z

nimi? Pokój był ciemny i aksamitny od granatowych obić ze złotym

deseniem, lecz echo dnia płomiennego drgało i tutaj jeszcze mosiądzem na

ramach obrazów, na klamkach i listwach złotych, choć przepuszczone przez

gęstą zieleń ogrodu. Spod ściany podniosła się ciotka Agata, wielka i

bujna, o mięsie okrągłym i białym, centkowanym rudą rdzą piegów.

Przysiedliśmy się do nich, jakby na brzeg ich losu, zawstydzeni trochę

tą bezbronnością, z jaką wydali się nam bez zastrzeżeń, i piliśmy wodę z

sokiem różanym, napój przedziwny, w którym znalazłem jakby najgłębszą

esencję tej upalnej soboty. Ciotka narzekała. Był to zasadniczy ton jej

rozmów, głos tego mięsa białego i płodnego, bujającego już jakby poza

granicami osoby, zaledwie luźnie utrzymywanej w skupieniu, w więzach

formy indywidualnej, i nawet w tym skupieniu już zwielokrotnionej,

gotowej rozpaść się, rozgałęzić, rozsypać w rodzinę. Była to płodność

niemal samoródcza, kobiecość pozbawiona hamulców i chorobliwie wybujała.

Zdawało się, że sam aromat męskości, zapach dymu tytoniowego, dowcip

kawalerski mógł dać impuls tej zaognionej kobiecości do rozpustnego

dzieworództwa. I właściwie wszystkie jej skargi na męża, na służbę, jej

troski o dzieci były tylko kapryszeniem i dąsaniem się nie zaspokojonej

płodności, dalszym ciągiem tej opryskliwej, gniewnej i płaczliwej

kokieterii, którą nadaremnie doświadczała męża. Wuj Marek, mały,

zgarbiony, o twarzy wyjałowionej z płci, siedział w swym szarym

bankructwie, pogodzony z losem, w cieniu bezgranicznej pogardy, w którym

zdawał się wypoczywać. W jego szarych oczach tlił się daleki żar ogrodu,

rozpięty w oknie. Czasem próbował słabym ruchem robić jakie

zastrzeżenia, stawiać opór, ale fala samowystarczalnej kobiecości

odrzucała na bok ten gest bez znaczenia, przechodziła triumfalnie mimo

niego, zalewała szerokim swym strumieniem słabe podrygi męskości. Było

coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej, była

nędza kreatury walczącej na granicy nicości i śmierci, był jakiś heroizm

kobiecości triumfującej urodzajnością nawet nad kalectwem natury, nad

insuficjencją mężczyzny. Ale potomstwo ukazywało rację tej paniki

macierzyńskiej, tego szału rodzenia, który wyczerpywał się w płodach

nieudanych, w efemerycznej generacji fantomów bez krwi i twarzy. Weszła

Łucja, średnia, z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą na dziecięcym i

pulchnym ciele o mięsie białym i delikatnym. Podała mi rączkę lalkowatą,

jakby dopiero pączkującą, i zakwitła od razu całą twarzą, jak piwonia

przelewająca się pełnią różową. Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców,

które bezwstydnie mówiły o sekretach menstruacji, przymykała oczy i

płoniła się jeszcze bardziej pod dotknięciem najobojętniejszego pytania,

gdyż każde zawierało tajną aluzję do jej nadwrażliwego panieństwa. Emil,

najstarszy z kuzynów, z jasnoblond wąsem, z twarzą, z której życie zmyło

jakby wszelki wyraz, spacerował tam i z powrotem po pokoju, z rękami w

kieszeniach fałdzistych spodni. Jego strój elegancki i drogocenny nosił

piętno egzotycznych krajów, z których powrócił. Jego twarz, zwiędła i

zmętniała, zdawała się z dnia na dzień zapominać o sobie, stawać się

białą pustą ścianą z bladą siecią żyłek, w których jak linie na zatartej

mapie plątały się gasnące wspomnienia tego burzliwego i zmarnowanego

życia. Był mistrzem sztuk karcianych, palił długie, szlachetne fajki i

pachniał dziwnie zapachem dalekich krajów. Z wzrokiem wędrującym po

dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne anegdoty, które w pewnym punkcie

urywały się nagle, rozprzęgały i rozwiewały w nicość. Wodziłem za nim

tęsknym wzrokiem, pragnąc, by zwrócił na mnie uwagę i wybawił mnie z

udręki nudów. I w samej rzeczy zdawało mi się, że mrugnął na mnie

oczyma, wychodząc do drugiego pokoju. Podążyłem za nim. Siedział nisko

na małej kozetce, z kolanami krzyżującymi się niemal na wysokości głowy,

łysej jak kula bilardowa. Zdawało się, że to ubranie samo leży,

fałdziste, zmięte, przerzucone przez fotel. Twarz jego była jak

tchnienie twarzy - smuga, którą nieznany przechodzień zostawił w

powietrzu. Trzymał w bladych, emaliowanych błękitnie dłoniach portfel, w

którym coś oglądał. Z mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo

bladego oka, wabiąc mnie figlarnym mruganiem. Czułem doń nieprzepartą

sympatię. Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi

dłońmi fotografie, pokazywał wizerunki nagich kobiet i chłopców w

dziwnych pozycjach. Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te

delikatne ciała ludzkie dalekimi, niewidzącymi oczyma, gdy fluid

niejasnego wzburzenia, którym nagle zmętniało powietrze, doszedł do mnie

i zbiegł mię dreszczem niepokoju, falą nagłego zrozumienia. Ale

tymczasem ta mgiełka umiechu, która się zarysowała pod miękkim i

pięknym jego wąsem, zawiązek pożądania, który napiął się na jego

skroniach pulsującą żyłą, natężenie trzymające przez chwilę jego rysy w

skupieniu - upadły z powrotem w nicość i twarz odeszła w nieobecnoć,

zapomniała o sobie, rozwiała się,

1

Już wówczas miasto nasze popadało coraz bardziej w

chroniczną szarość zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia,

puszystą pleśnią i mchem koloru żelaza. Ledwo rozpowity z brunatnych

dymów i mgieł poranka - przechylał się dzień od razu w niskie

bursztynowe popołudnie, stawał się przez chwilę przezroczysty i złoty

jak ciemne piwo, ażeby potem zejść pod wielokrotnie rozczłonkowane,

fantastyczne sklepienia kolorowych i rozległych nocy. Mieszkaliśmy w

rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i ślepych fasadach,

które tak trudno od siebie odróżnić. Daje to powód do ciągłych omyłek.

Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe schody, dostawało

się zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków,

niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się o początkowym

celu wyprawy, ażeby po wielu dniach, wracając z manowców dziwnych i

splątanych przygód, o jakimś szarym świcie przypomnieć sobie wśród

wyrzutów sumienia dom rodzinny. Pełne wielkich szaf, głębokich kanap,

bladych luster i tandetnych palm sztucznych mieszkanie nasze coraz

bardziej popadało w stan zaniedbania wskutek opieszałości matki,

przesiadującej w sklepie, i niedbalstwa smukłonogiej Adeli, która nie

nadzorowana przez nikogo, spędzała dnie przed lustrami na rozwlekłej

toalecie, zostawiając wszędzie ślady w postaci wyczesanych włosów,

grzebieni, porzuconych pantofelków i gorsetów. Mieszkanie to nie

posiadało określonej liczby pokojów, gdyż nie pamiętano, ile z nich

wynajęte było obcym lokatorom. Nieraz otwierano przypadkiem którąś z

tych izb zapomnianych i znajdowano ją pustą; lokator dawno się

wyprowadził, a w nietkniętych od miesięcy szufladach dokonywano

niespodzianych odkryć. W dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w

nocy budziły nas ich jęki, wydawane pod wpływem zmory sennej. W zimie

była jeszcze na dworze głucha noc, gdy ojciec schodził do tych zimnych i

ciemnych pokojów, płosząc przed sobą świecą stada cieni, ulatujących

bokami po podłodze i ścianach; szedł budzić ciężko chrapiących z

twardego jak kamień snu. W świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali

się leniwie z brudnej pościeli, wystawiali, siadając na łóżkach, bose i

brzydkie nogi i z skarpetką w ręce oddawali się jeszcze przez chwilę

rozkoszy ziewania - ziewania przeciągniętego aż do lubieżności, do

bolesnego skurczu podniebienia, jak przy tęgich wymiotach. W kątach

siedziały nieruchomo wielkie karakony, wyogromnione własnym cieniem,

którym obarczała każdego płonąca świeca i który nie odłączał się od nich

i wówczas, gdy który z tych płaskich, bezgłowych kadłubów z nagła

zaczynał biec niesamowitym, pajęczym biegiem. W tym czasie ojciec mój

zaczął zapadać na zdrowiu. Bywało już w pierwszych tygodniach tej

wczesnej zimy, że spędzał dnie całe w łóżku, otoczony flaszkami,

pigułkami i księgami handlowymi, które mu przynoszono z kontuaru. Gorzki

zapach choroby osiadał na dnie pokoju, którego tapety gęstwiały

ciemniejszym splotem arabesek. Wieczorami, gdy matka przychodziła ze

sklepu, bywał podniecony i skłonny do sprzeczek, zarzucał jej

niedokładności w prowadzeniu rachunków, dostawał wypieków i zapalał się

do niepoczytalności. Pamiętam, iż raz, obudziwszy się ze snu późno w

nocy, ujrzałem go, jak w koszuli i boso biegał tam i z powrotem po

skórzanej kanapie, dokumentując w ten sposób swą irytację przed bezradną

matką. W inne dni bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w

swych księgach, zabłąkany głęboko w labiryntach zawiłych obliczeń. Widzę

go w świetle kopcącej lampy, przykucniętego wśród poduszek, pod wielkim

rzeźbionym nadgłowiem łóżka, z ogromnym cieniem od głowy na ścianie,

kiwającego się w bezgłośnej medytacji. Chwilami wynurzał głowę z tych

rachunków, jakby dla zaczerpnięcia tchu, otwierał usta, mlaskał z

niesmakiem językiem, który był suchy i gorzki, i rozglądał się

bezradnie, jakby czegoś szukając. Wówczas bywało, że zbiegał po cichu z

łóżka w kąt pokoju, pod ścianę, na której wisiał zaufany instrument. Był

to rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej, podzielonej na

uncje i napełnionej ciemnym fluidem. Mój ojciec łączył się z tym

instrumentem długą kiszką gumową, jakby krętą, bolesną pępowiną, i tak

połączony z żałosnym przyrządem - nieruchomiał w skupieniu, a oczy jego

ciemniały, zaś na twarz przybladłą występował wyraz cierpienia czy

jakiej występnej rozkoszy. Potem znów przychodziły dni cichej skupionej

pracy, przeplatanej samotnymi monologami. Gdy tak siedział w świetle

lampy stołowej, wśród poduszek wielkiego łoża, a pokój ogromniał górą w

cieniu umbry, który go łączył z wielkim żywiołem nocy miejskiej za oknem

- czuł, nie patrząc, że przestrzeń obrasta go pulsującą gęstwiną tapet,

pełną szeptów, syków i seplenień. Słyszał, nie patrząc, tę zmowę pełną

porozumiewawczych mrugnięć perskich oczu, rozwijających się wśród

kwiatów małżowin usznych, które słuchały, i ciemnych ust, które się

uśmiechały. Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę,

liczył i sumował, bojąc się zdradzić ten gniew, który w nim wzbierał, i

walcząc z pokusą, żeby z nagłym krzykiem nie rzucić się na oślep za

siebie i nie pochwycić pełnych garści tych kędzierzawych arabesek, tych

pęków oczu i uszu, które noc wyroiła ze siebie i które rosły i

zwielokrotniały się, wymajaczając coraz nowe pędy i odnogi z

macierzystego pępka ciemności. I uspokajał się dopiero, gdy z odpływem

nocy tapety więdły, zwijały się, gubiły liście i kwiaty i przerzedzały

się jesiennie, przepuszczając dalekie świtanie. Wtedy wśród świergotu

tapetowych ptaków, w żółtym zimowym świcie zasypiał na parę godzin

gęstym, czarnym snem. Od dni, od tygodni, gdy zdawał się być pogrążonym

w zawiłych konto-korrentach - myśl jego zapuszczała się tajnie w

labirynty własnych wnętrzności. Wstrzymywał oddech i nasłuchiwał. I gdy

wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin, uspokajał go

uśmiechem. Nie wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia, te

propozycje, które nań napierały. Za dnia były to jakby rozumowania i

perswazje, długie, monotonne rozważania prowadzone półgłosem i pełne

humorystycznych interludiów, filuternych przekomarzań. Ale nocą

podnosiły się te głosy namiętniej. Żądanie wracało coraz wyraźniej i

donioślej i słyszeliśmy, jak rozmawiał z Bogiem, prosząc się jak gdyby i

wzbraniając przed czym, co natarczywie żądało i domagało się. Aż pewnej

nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie, żądając, aby mu dał

świadectwo usty i wnętrznościami swymi. I usłyszeliśmy, jak duch weń

wstąpił, jak podnosi się z łóżka, długi i rosnący gniewem proroczym,

dławiąc się hałaśliwymi słowy, które wyrzucał jak mitralieza.

Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca, jęk tytana ze złamanym biodrem,

który jeszcze urąga. Nie widziałem nigdy proroków Starego Testamentu,

ale na widok tego męża, którego gniew boży obalił, rozkraczonego szeroko

na ogromnym porcelanowym urynale, zakrytego wichrem ramion, chmurą

rozpaczliwych łamańców, nad którymi wyżej jeszcze unosił się głos jego,

obcy i twardy - zrozumiałem gniew boży świętych mężów. Był to dialog

groźny jak mowa piorunów. Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki, a

w szczelinach ukazywała się twarz Jehowy, wzdęta gniewem i plująca

przekleństwa. Nie patrząc widziałem go, groźnego Demiurga, jak leżąc na

ciemnościach jak na Synaju, wsparłszy potężne dłonie na karniszu

firanek, przykładał ogromną twarz do górnych szyb okna, na których

płaszczył się potwornie mięsisty nos jego. Słyszałem jego głos w

przerwach proroczej tyrady mego ojca, słyszałem te potężne warknięcia

wzdętych warg, od których szyby brzęczały, mieszające się z wybuchami

zaklęć, lamentów, gróźb mego ojca. Czasami głosy przycichały i zżymały

się z cicha jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybuchały

wielkim zgiełkliwym hałasem, burzą zmieszanych szlochów i przekleństw. Z

nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności wionęła

przez pokój. W świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej

bieliźnie, jak ze straszliwym przekleństwem wylewał potężnym chlustem w

okno zawartość nocnika w noc szumiącą jak muszla.

2

Mój ojciec powoli zanikał, wiądł w oczach. Przykucnięty pod wielkimi poduszkami, dziko

nastroszony kępami siwych włosów, rozmawiał z sobą półgłosem, pogrążony

cały w jakieś zawiłe wewnętrzne afery. Zdawać się mogło, że osobowość

jego rozpadła się na wiele pokłóconych i rozbieżnych jaźni, gdyż kłócił

się ze sobą głośno, pertraktował usilnie i namiętnie, przekonywał i

prosił, to znowu zdawał się przewodniczyć zgromadzeniu wielu

interesantów, których usiłował z całym nakładem żarliwości i swady

pogodzić. Ale za każdym razem te hałaśliwe zebrania, pełne gorących

temperamentów, rozpryskiwały się przy końcu, wśród klątw, złorzeczeń i

obelg. Potem przyszedł okres jakiego uciszenia, ukojenia wewnętrznego,

błogiej pogody ducha. Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku, na

stole, na podłodze i jakiś benedyktyński spokój pracy zalegał w świetle

lampy nad białą pościelą łóżka, nad pochyloną siwą głową mego ojca. Ale

gdy matka późnym wieczorem wracała ze sklepu, ojciec ożywiał się,

przywoływał ją do siebie i z dumą pokazywał jej świetne, kolorowe

odbijanki, którymi skrzętnie wylepił stronice księgi głównej.

Zauważylimy wówczas wszyscy, że ojciec zaczął z dnia na dzień maleć jak

orzech, który zsycha się wewnątrz łupiny. Zanikowi temu nie towarzyszył

bynajmniej upadek sił. Przeciwnie, stan jego zdrowia, humor, ruchliwość

zdawały się poprawiać. Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie,

zanosił się wprost od śmiechu, albo też pukał w łóżko i odpowiadał sobie

proszę w różnych tonacjach, całymi godzinami. Od czasu do czasu złaził

z łóżka, wspinał się na szafę i przykucnięty pod sufitem porządkował coś

w starych gratach, pełnych rdzy i kurzu. Niekiedy ustawiał sobie dwa

krzesła naprzeciw siebie i wspierając się rękami o poręcze, bujał się

nogami wstecz i naprzód, szukając rozpromienionymi oczyma w naszych

twarzach wyrazów podziwu i zachęty. Z Bogiem, zdaje się, pogodził się

zupełnie. Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie

sypialni, oblana ciemną purpurą bengalskiego światła, i patrzyła przez

chwilę dobrotliwie na uśpionego głęboko, którego śpiewne chrapanie

zdawało się wędrować daleko po nieznanych obszarach światów sennych.

Podczas długich, półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec mój

zapadał od czasu do czasu na całe godziny w gęsto zastawione gratami

zakamarki, szukając czegoś zawzięcie. I nieraz bywało podczas obiadu,

gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu, brakło ojca. Wówczas matka musiała

długo wołać Jakubie! i stukać łyżką w stół, zanim wylazł z jakiejś

szafy, oblepiony szmatami pajęczyny i kurzu, z wzrokiem nieprzytomnym i

pogrążonym w zawiłych, a jemu tylko wiadomych sprawach, które go

zaprzątały. Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę

symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna

zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, z

wzrokiem zamglonym i z miną chytrze umiechniętą trwał godzinami, ażeby

z nagła przy czyim wejściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiać

jak kogut. Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa, w które się z

dnia na dzień głębiej wplątywał. Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych

potrzeb, nie przyjmując tygodniami pokarmu, pogrążał się z dniem każdym

głębiej w zawiłe i dziwaczne afery, dla których nie mieliśmy

zrozumienia. Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb, odpowiadał

urywkami swego wewnętrznego monologu, którego przebiegu nic z zewnątrz

zmącić nie mogło. Wiecznie zaaferowany, chorobliwie ożywiony, z

wypiekami na suchych policzkach nie zauważał nas i przeoczał.

Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności, do jego cichego

gaworzenia, do tego dziecinnego, w sobie zatopionego świegotu, którego

trele przebiegały niejako na marginesie naszego czasu. Wtedy już znikał

niekiedy na wiele dni, podziewał się gdzieś w zapadłych zakamarkach

mieszkania i nie można go było znaleźć. Stopniowo te zniknięcia

przestały sprawiać na nas wrażenie, przywykliśmy do nich i kiedy po

wielu dniach znów się pojawiał, o parę cali mniejszy i chudszy, nie

zatrzymywało to na dłużej naszej uwagi. Przestaliśmy po prostu brać go w

rachubę, tak bardzo oddalił się od wszystkiego, co ludzkie i co

rzeczywiste. Węzeł po węźle odluźniał się od nas, punkt po punkcie gubił

związki łączące go ze wspólnotą ludzką. To, co jeszcze z niego

pozostało, to trochę cielesnej powłoki i ta garść bezsensownych dziwactw

- mogły zniknąć pewnego dnia, tak samo nie zauważone jak szara kupka

śmieci, gromadząca się w kącie, którą Adela co dzień wynosiła na

śmietnik.

Nadeszły żółte, pełne nudy dni zimowe. Zrudziałą ziemię pokrywał

dziurawy, przetarty, za krótki obrus śniegu. Na wiele dachów nie

starczyło go i stały czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki kryjące

w sobie zakopcone przestrzenie strychów - czarne, zwęglone katedry,

najeżone żebrami krokwi, płatwi i bantów - ciemne płuca wichrów

zimowych. Każdy świt odkrywał nowe kominy i dymniki, wyrosłe w nocy,

wydęte przez wicher nocny, czarne piszczałki organów diabelskich.

Kominiarze nie mogli opędzić się od wron, które na kształt żywych

czarnych liści obsiadały wieczorem gałęzie drzew pod kościołem, odrywały

się znów, trzepocąc, by wreszcie przylgnąć, każda do właściwego miejsca

na właściwej gałęzi, a o świcie ulatywały wielkimi stadami - tumany

sadzy, płatki kopciu, falujące i fantastyczne, plamiąc migotliwym

krakaniem mętnożółte smugi świtu. Dni stwardniały od zimna i nudy, jak

zeszłoroczne bochenki chleba. Napoczynano je tępymi nożami, bez apetytu,

z leniwą sennością. Ojciec nie wychodził już z domu. Palił w piecach,

studiował nigdy niezgłębioną istotę ognia, wyczuwał słony, metaliczny

posmak i wędzony zapach zimowych płomieni, chłodną pieszczotę

salamander, liżących błyszczącą sadzę w gardzieli komina. Z zamiłowaniem

wykonywał w owych dniach wszystkie reparatury w górnych regionach

pokoju. O każdej porze dnia można go było widzieć, jak - przykucnięty na

szczycie drabiny - majstrował coś przy suficie, przy kamiszach wysokich

okien, przy kulach i łańcuchach lamp wiszących. Zwyczajem malarzy

posługiwał się drabiną jak ogromnymi szczudłami i czuł się dobrze w tej

ptasiej perspektywie, w pobliżu malowanego nieba, arabesek i ptaków

sufitu. Od spraw praktycznego życia oddalał się coraz bardziej. Gdy

matka, pełna troski i zmartwienia z powodu jego stanu, starała się go

wciągnąć w rozmowę o interesach, o płatnościach najbliższego ultimo,

słuchał jej z roztargnieniem, pełen niepokoju, z drgawkami w nieobecnej

twarzy. I bywało, że przerywał jej nagle zaklinającym gestem ręki, ażeby

pobiec w kąt pokoju, przylgnąć uchem do szpary w podłodze i z

podniesionymi palcami wskazującymi obu rąk, wyrażającymi najwyższą

ważność badania - nasłuchiwać. Nie rozumieliśmy wówczas jeszcze smutnego

tła tych ekstrawagancji, opłakanego kompleksu, który dojrzewał w głębi.

Matka nie miała nań żadnego wpływu, natomiast wielką czcią i uwagą

darzył Adelę. Sprzątanie pokoju było dlań wielką i ważną ceremonią,

której nie zaniedbywał nigdy być świadkiem, śledząc z mieszaniną strachu

i rozkosznego dreszczu wszystkie manipulacje Adeli. Wszystkim jej

czynnościom przypisywał głębsze, symboliczne znaczenie. Gdy dziewczyna

młodymi i śmiałymi ruchami posuwała szczotkę na długim drążku po

podłodze, było to niemal ponad jego siły. Z oczu jego lały się wówczas

łzy, twarz zanosiła się od cichego śmiechu, a ciałem wstrząsał rozkoszny

spazm orgazmu. Jego wrażliwość na łaskotki dochodziła do szaleństwa.

Wystarczyło, by Adela skierowała doń palec ruchem oznaczającym

łaskotanie, a już w dzikim popłochu uciekał przez wszystkie pokoje,

zatrzaskując za sobą drzwi, by wreszcie w ostatnim paść brzuchem na

łóżko i wić się w konwulsjach śmiechu pod wpływem samego obrazu

wewnętrznego, któremu nie mógł się oprzeć. Dzięki temu miała Adela nad

ojcem władzę niemal nieograniczoną. W tym to czasie zauważyliśmy u ojca

po raz pierwszy namiętne zainteresowanie dla zwierząt. Była to

początkowo namiętność myśliwego i artysty zarazem, była może także

głębsza, zoologiczna sympatia kreatury dla pokrewnych, a tak odmiennych

form życia, eksperymentowanie w nie wypróbowanych rejestrach bytu.

Dopiero w późniejszej fazie wzięła sprawa ten niesamowity, zaplątany,

głęboko grzeszny i przeciwny naturze obrót, którego lepiej nie wywlekać

na światło dzienne. Zaczęło się to od wylęgania jaj ptasich. Z wielkim

nakładem trudu i pieniędzy sprowadzał ojciec z Hamburga, z Holandii, z

afrykańskich stacji zoologicznych zapłodnione jaja ptasie, które dawał

do wylęgania ogromnym kurom belgijskim. Był to proceder nader zajmujący

i dla mnie - to wykluwanie się piskląt, prawdziwych dziwotworów w

kształcie i ubarwieniu. Nie podobna było dopatrzyć się w tych monstrach

o ogromnych, fantastycznych dziobach, które natychmiast po urodzeniu

rozdzierały się szeroko, sycząc żarłocznie czeluściami gardła, w tych

jaszczurach o wątłym, nagim ciele garbusów - przyszłych pawi, bażantów,

głuszców i kondorów. Umieszczony w koszykach, w wacie, smoczy ten pomiot

podnosił na cienkich szyjach ślepe, bielmem zarosle głowy, kwacząc

bezgłośnie z niemych gardzieli. Mój ojciec chodził wzdłuż półek w

zielonym fartuchu, jak ogrodnik wzdłuż inspektów z kaktusami, i wywabiał

z nicości te pęcherze ślepe, pulsujące życiem, te niedołężne brzuchy,

przyjmujące świat zewnętrzny tylko w formie jedzenia, te narośle życia,

pnące się omackiem ku światłu. W parę tygodni później, gdy te ślepe

pączki życia pękły do światła, napełniły się pokoje kolorowym pogwarem,

migotliwym świergotem swych nowych mieszkańców. Obsiadały one karnisze

firanek, gzymsy szaf, gnieździły się w gęstwinie cynowych gałęzi i

arabesek wieloramiennych lamp wiszących. Gdy ojciec studiował wielkie

ornitologiczne kompendia i wertował kolorowe tablice, zdawały się

ulatywać z nich te pierzaste fantazmaty i napełniać pokój kolorowym

trzepotem, płatami purpury, strzępami szafiru, grynszpanu i srebra.

Podczas karmienia tworzyły one na podłodze barwną, falującą grządkę,

dywan żywy, który za czyimś niebacznym wejściem rozpadał się, rozlatywał

w ruchome kwiaty, trzepocące w powietrzu, aby w końcu rozmieścić się w

górnych regionach pokoju. W pamięci pozostał mi szczególnie jeden

kondor, ogromny ptak o szyi nagiej, twarzy pomarszczonej i wybujałej

naroślami. Był to chudy asceta, lama buddyjski, pełen niewzruszonej

godności w całym zachowaniu, kierujący się żelaznym ceremoniałem swego

wielkiego rodu. Gdy siedział naprzeciw ojca, nieruchomy w swej

monumentalnej pozycji odwiecznych bóstw egipskich, z okiem zawleczonym

białawym bielmem, które zasuwał z boku na źrenice, ażeby zamknąć się

zupełnie w kontemplacji swej dostojnej samotności - wydawał się ze swym

kamiennym profilem starszym bratem mego ojca. Ta sama materia ciała,

ścięgien i pomarszczonej twardej skóry, ta sama twarz wyschła i

koścista, te same zrogowaciałe, głębokie oczodoły. Nawet ręce, silne w

węzłach, długie, chude dłonie ojca, z wypukłymi paznokciami, miały swój

analogon w szponach kondora. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, widząc go

tak uśpionego, że mam przed sobą mumię - wyschłą i dlatego pomniejszoną

mumię mego ojca. Sądzę, że i uwagi matki nie uszło to przedziwne

podobieństwo, chociaż nigdy nie poruszaliśmy tego tematu.

Charakterystyczne jest, że kondor używał wspólnego z moim ojcem naczynia

nocnego. Nie poprzestając na wylęganiu coraz nowych egzemplarzy, ojciec

mój urządzał na strychu wesela ptasie, wysyłał swatów, uwiązywał w

lukach i dziurach strychu ponętne, stęsknione narzeczone i osiągnął w

samej rzeczy to, że dach naszego domu, ogromny, dwuspadowy dach gontowy,

stał się prawdziwą gospodą ptasią, arką Noego, do której zlatywały się

wszelkiego rodzaju skrzydlacze z dalekich stron. Nawet długo po

zlikwidowaniu ptasiego gospodarstwa utrzymywała się w świecie ptasim ta

tradycja naszego domu i w okresie wiosennych wędrówek spadały nieraz na

nasz dach całe chmary żurawi, pelikanów, pawi i wszelkiego ptactwa.

Impreza ta wzięła jednak niebawem - po krótkiej świetności - smutny

obrót. Wkrótce okazała się bowiem konieczna translokacja ojca do dwóch

pokojów na poddaszu, które służyły za rupieciarnie. Stamtąd dochodził

już o wczesnym świcie zmieszany klangor głosów ptasich. Drewniane pudła

pokojów na strychu, wspomagane rezonansem przestrzeni dachowej,

dźwięczały całe od szumu, trzepotu, piania, tokowania i gulgotu. Tak

straciliśmy ojca z widoku na przeciąg kilku tygodni. Rzadko tylko

schodził do mieszkania i wtedy mogliśmy zauważyć, że zmniejszył się

jakoby, schudł i skurczył. Niekiedy przez zapomnienie zrywał się z

krzesła przy stole i trzepiąc rękoma jak skrzydłami, wydawał pianie

przeciągłe, a oczy zachodziły mu mgłą bielma. Potem, zawstydzony, śmiał

się razem z nami i starał się ten incydent obrócić w żart. Pewnego razu

w okresie generalnych porządków zjawiła się niespodzianie Adela w

państwie ptasim ojca. Stanąwszy we drzwiach, załamała ręce nad fetorem,

który się unosił w powietrzu, oraz nad kupami kału, zalegającego

podłogi, stoły i meble. Szybko zdecydowana otworzyła okno, po czym przy

pomocy długiej szczotki wprawiła całą masę ptasią w wirowanie. Wzbił się

piekielny tuman piór, skrzydeł i krzyku, w którym Adela, podobna do

szalejącej Menady, zakrytej młyńcem swego tyrsu, tańczyła taniec

zniszczenia. Razem z ptasią gromadą ojciec mój, trzepiąc rękoma, w

przerażeniu próbował wznieść się w powietrze. Zwolna przerzedzał się

tuman skrzydlaty, aż w końcu na pobojowisku została sama Adela,

wyczerpana, dysząca, oraz mój ojciec z miną zafrasowaną i zawstydzoną,

gotów do przyjęcia każdej kapitulacji. W chwilę później schodził mój

ojciec ze schodów swojego dominium - człowiek złamany, król-banita,

który stracił tron i królowanie.

Ta ptasia impreza mego ojca była ostatnim wybuchem kolorowości,

ostatnim i świetnym kontrmarszem fantazji, który ten niepoprawny

improwizator, ten fechtmistrz wyobraźni poprowadził na szańce i okopy

jałowej i pustej zimy. Dziś dopiero rozumiem samotne bohaterstwo, z

jakim sam jeden wydał on wojnę bezbrzeżnemu żywiołowi nudy drętwiącej

miasto. Pozbawiony wszelkiego poparcia, bez uznania z naszej strony

bronił ten mąż przedziwny straconej sprawy poezji. Był on cudownym

młynem, w którego leje sypały się otręby pustych godzin, ażeby w jego

trybach zakwitnąć wszystkimi kolorami i zapachami korzeni Wschodu. Ale

przywykli do świetnego kuglarstwa tego metafizycznego prestidigitatora,

byliśmy skłonni zapoznawać wartość jego suwerennej magii, która nas

ratowała od letargu pustych dni i nocy. Adeli nie spotkał żaden wyrzut

za jej bezmyślny i tępy wandalizm. Przeciwnie, czuliśmy jakie niskie

zadowolenie, haniebną satysfakcję z ukrócenia tych wybujałości, których

kosztowaliśmy łakomie do syta, ażeby potem uchylić się perfidnie od

odpowiedzialności za nie. A może był w tej zdradzie i tajny pokłon w

stronę zwycięskiej Adeli, której przypisywaliśmy niejasno jakąś misję i

posłannictwo sił wyższego rzędu. Zdradzony przez wszystkich, wycofał się

ojciec bez walki z miejsc swej niedawnej chwały. Bez skrzyżowania szpad

oddał w ręce wroga domenę swej byłej świetności. Dobrowolny banita

usunął się do pustego pokoju na końcu sieni i oszańcował się tam

samotnością. Zapomnieliśmy o nim. Obiegła nas znowu ze wszech stron

żałobna szarość miasta, zakwitając w oknach ciemnym liszajem świtów,

pasożytniczym grzybem zmierzchów, rozrastającym się w puszyste futro

długich nocy zimowych. Tapety pokojów, rozluźnione błogo za tamtych dni

i otwarte dla kolorowych lotów owej skrzydlatej czeredy, zamknęły się

znów w sobie, zgęstniały plącząc się w monotonii gorzkich monologów.

Lampy poczerniały i zwiędły jak stare osty i bodiaki. Wisiały teraz

osowiałe i zgryźliwe, dzwoniąc cicho kryształkami szkiełek, gdy kto

przeprawiał się omackiem przez zmierzch pokoju. Na próżno wetknęła Adela

we wszystkie ramiona tych lamp kolorowe świece, nieudolny surogat, blade

wspomnienie świetnych iluminacji, którymi kwitły niedawno wiszące ich

ogrody. Ach! gdzie było to świegotliwe pączkowanie, to owocowanie

pośpieszne i fantastyczne w bukietach tych lamp, z których jak z

pękających czarodziejskich tortów ulatywały skrzydlate fantazmaty,

rozbijające powietrze na talie kart magicznych, rozsypując je w kolorowe

oklaski, sypiące się gęstymi łuskami lazuru, pawiej, papuziej zieleni,

metalicznych połysków, rysując w powietrzu linie i arabeski, migotliwe

ślady lotów i kołowań, rozwijając kolorowe wachlarze trzepotów,

utrzymujące się długo po przelocie w bogatej i błyskotliwej atmosferze.

Jeszcze teraz kryły się w głębi zszarzałej aury echa i możliwości

barwnych rozbłysków, lecz nikt nie nawiercał fletem, nie doświadczał

świdrem zmętniałych słojów powietrznych. Tygodnie te stały pod znakiem

dziwnej senności. Łóżka cały dzień nie zaścielone, zawalone pościelą

zmiętą i wytarzaną od ciężkich snów, stały jak głębokie łodzie gotowe do

odpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejś czarnej, bezgwiezdnej

Wenecji. O głuchym świcie Adela przynosiła nam kawę. Ubieraliśmy się

leniwie w zimnych pokojach, przy świetle świecy odbitej wielokrotnie w

czarnych szybach okien. Poranki te były pełne bezładnego krzątania się,


Back to IndexNext